środa, 31 grudnia 2008

Dziedzictwo Estery

Dobra rada wujka Dawida dla wszystkich, którzy w nadciągającym roku sięgną po raz pierwszy po książki węgierskiego pisarza Sandora Marai: nie zaczynajcie od Dziedzictwa. Wyznania patrycjusza,
od tego wszystko się zaczyna zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Później obowiązkowo wybitne Dzienniki. Po odrobieniu zadania pełna dowolność.

Marai bardziej jest eseistą niż fabularotem. Każda jego książka to przypowieść; gdyby Jezusowi zabrakło apostoła do spisania Ewangelii, pan Sandor spokojnie mógłby dołączyć do teamu ewangelicznego. Albo zostać co najmniej asystentem Pawła z Tarsu. Jego pisanie, przynajmniej dla mnie, wciąga inteligentnymi maksymami egzystencjalnymi - autor produkuje ich co niemiara, czytelnik aż żałuje, że Marai nie zrobił tego, co Sartre - oprócz prozy zaczął pisał książki filozoficzne. A tak ładuje swoje obserwacje w ilości wręcz inflacyjnej do fabuły, przez to dialogi brzmią papierowo, a może inaczej: jak dialogi z Uczty Platona. Taki to urok pana Marai, czasem przynudza, lecz uczy, głosząc nowinę o pewnych regułach życia. Nie zawsze można się z nimi zgodzić, jednak czuć, że autor ma swój charakter. Co zresztą potwierdził, w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat strzelając do siebie z pistoletu (wcześniej, jak notuje w Dzienniku, chodził na lekcję strzelania; szok!).

W ramach odreagowania po smucie Estery wpierw posłucham do oporu, do obrzydzenia perwersyjnie mi się podobającego singla Lady Gaga Poker Face (kto czuje się nieprzekonany, niech obejrzy klip), a później, po dwudziestej wybiorę się z żoną na szalony bal sylwestrowy.

niedziela, 28 grudnia 2008

Wojna (na basenie)

W Strefie Gazy znów wojna, na naszym kabackim basenie Aqua Relaks - również. Naturalnie, na miarę miejsca i przyziemnych emocji. Wszystko przez to, że w określonych godzinach, do trzydziestego pierwszego grudnia roku szatańskiego dwa tysiące osiem wejście na basen jest, jak napisali, "nieodpłatne". Ten wymęczony synonim obiegowego "gratis" czy "za darmo" też działa, i to jak działa!

Jako stali fitness-bywalcy nie poznaliśmy wczoraj i dzisiaj naszego tłuszcz-spalającego-miejsca, taki najazd wodnych barbarzyńców. Rozpuszczone dzieciaki, zazwyczaj puszyste dziewczynki swawolą miast pływać, chlapią, rzucają się przed siebie, za siebie, rozbryzgują wodę. Dwie sauny oblężone jak Stalingrad, owłosieni obficie na piersiach i nad penisem brzuchale, których nigdy dotąd w Aqua Relaks nie widziałem (a bywam tam często), pojawili się w sile pięciu plutonów z kalorycznego (nie)bytu, zajmując każdy metr kwadratowy przestrzeni. Szkoda, że para czy żar nie potrafią rozpuszczać, wchodzi taki pacjent, siada, poci się, poci i nagle - bach - czary, mary, znika. Definitywnie. ZUS później dziwi się, że ubyło mu płatników. Żona stwierdziła, że pewnie wielu z nich poszło na mszę do pobliskiego kościoła w kostiumach pod garniturami, byle tylko skorzystać do godziny czternastej z "nieodpłatnej" wejściówki.

Najgorsze są krowy basenowe. To istoty płci żeńskiej, które cechują się udami jak dąb i tyłkami jak materace do skakania w parkach rozrywki. Ich napompowane sadłem uda wyróżniają się cellulitową rzeźbą terenu, podczas chodzenia drżą niczym żelatyna w kadziach. Krowy basenowe pływają, owszem, lecz tylko przez chwilę. Najważniejsze dla nich jest to, że w ogóle ruszyły swoje stadionowe dupy z domu, by później móc powiedzieć "Ha, byłam na basenie, dbam o siebie, chudnę" swoim zatroskanym bliskim, którym nie po myśli mordowanie się w nieodległej przyszłości z ciężką trumną, wypełnioną martwym ciałem krowy basenowej. Przeciętna krowa basenowa najmniej cieszy swe imponujące ciało w basenie, po przepłynięciu dwóch, trzech odcinków ładuje się, a raczej wypełnia jacuzzi, anektując je na dobre pół godziny. Tam, zatroskana swoim stanem, próbuje rozpuścić naleciałości gastronomicznej łapczywości. Lecz nic z tego, bąbelki jedynie szumią jej w głowie od domniemanego triumfu nad swoją zatrważającą nadwagą. Zdjęcie powyżej pokazuje prażącą się w słońcu krową basenową - tym razem na wyjeździe, na plaży w Sharm el Sheikh.

czwartek, 25 grudnia 2008

Księga zemsty dla miłośników zwierząt

Nie, to nie jest prowokacja wymierzona w bezlitosnych realizatorów akcji szlachtowania naszych mniejszych braci, jakby powiedział św. Franciszek, w tym przypadku - karpi na świąteczne stoły. Fakty fabularne są takie: włochaci, rogaci czy kopytni bohaterowie zabawnego zbioru opowiadań Highsmith biorą bezwzględny odwet na przedstawicielach gatunku homo sapiens, którzy ich w jakiś sposób źle traktowali, bili, wykorzystywali ponad przyjęte ramy. Może nie jest to inspirująca stylistycznie literatura, ot, zmyślne stories, jak to przyszła kryska na człowieka. Za to po lekturze nabiera się pokory wobec innych stworzeń, a sugestywne opisy zbrodni, jakich zwierzęta dokonują na naszych bliźnich, uaktywniają się ostrzegawczo w wyobraźni, i zamiast kopnąć szczekającego na nas pieska mówimy:
- Nio, psiuńska, chodź tu, no chodź tu, ty, ty mój słodki. Nie szczekaj tak, co złego to nie ja.

Teraz, kiedy karmię naszego bojownika, przyglądam się mu z większą uwagą, czy aby nie wykazuje rozgniewania monotonną karmą... Chcąc mu się podlizać, zacząłem go rozpieszczać. Sucha karma, dotąd podawana mu dzień za dniem, została urozmaicona - uwaga - żywymi larwami komarów! Kupuje się je w woreczku za złotówkę i dawkuje tej krwiożerczej rybce. Jaka zadowolona, kiedy może spełnić się w swojej naturalnej roli drapieżnika. A jaka nienasycona, kiedyś wlałem całą zawartość woreczka, jadła bez opamiętania, brzuszek rósł jej w oczach niczym podczas piwnej biesiady, przejedzona nie odpuszczała, nadal polując na biedne larwy. Waliła później przerażająco długie kupki, aż trzy ślimaki, zatrudnione na etacie oczyszczania kuli, skuliły się z przerażenia.

Wniosek z tego taki, że sugestywnie zapodana proza potrafi zmienić nieco życie, a przynajmniej - niektóre przyzwyczajenia... ... ...

sobota, 20 grudnia 2008

Students.pl - recenzja

Społeczność polskich wampirów w "Znieczuleniu miejscowym"

Dawid Kornaga w swym najnowszym dziele pt.: „Znieczulenie miejscowe” zmory przeszłości zastępuje wampirami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Polskimi wampirami, należy dodać. Tymi, które tak zmyślnie kształtują nasze narodowe przywary i pesymistyczne nastawienie do życia.

Ciąg dalszy na

www.students.pl/kultura/details/15635/Spolecznosc-polskich-wampirow-w-Znieczuleniu-miejscowym

piątek, 19 grudnia 2008

Mam wrażenie


że dziś jest już 24 grudnia, ludzie jacyś tacy nieobecni tu, a obecni właśnie w tym dniu. Łakocie, nie zważając na podkręcaną przez mediowe newsy recesję, pchają się dosłownie do rąk, może na osłodę? Dlatego w ramach odreagowania fragment nowej prozy:

Jasnowłosa Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii była ekstremalną rasistką, więc masz główny powód, dlaczego postanowiła mnie ujeżdżać. Czuła się panią globu, gdy leżałem na plecach, ona zaś robiła, co robiła. Zapomnij o odwróceniu jej na bok czy pozycji na misjonarza, nic z tego, odebrałaby to jako znieważenie białej kobiety. Tylko i wyłącznie
- Na jeźdźca, Farid. Zapomnij o innych konfiguracjach. Ciesz się moim boskim ciałem.
Faktycznie, Bóg rasistów obdarzył ją kształtami, które na co dzień zobaczysz jedynie na rozkładówkach topowych pism erotycznych. Swoją przewagę na męską chucią wykorzystywała z całym zaangażowaniem. Jakaś impreza u – jak rymują polscy raperzy – ziomów, pamiętam dobrze, dopalacze różnej proweniencji, wódka i jej wysokoprocentowe siostry, Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii napalona jak nigdy, jej słomiane włosy niczym słońce nad pustynią w południe, pigment się praży pod wpływem gorejącej ochoty (właśnie tak, to nie jest grafomańska wstawka, trzeba było to zobaczyć, cud na żywo, włosy jaśniejące pod wpływem pożądania), zwalamy się na filmowy materac w filmowym pokoju na filmowym pierwszym piętrze, reszta: wyłącznie dokument. Stwardniał mi jak jeden z tych jasnożółtych gatunków sera spod Bordeaux, mógłbym wyważać nim drzwi, bramy i mury, burzyć ustroje totalitarne na Bliskim i Dalekim Wschodzie, tłamsić recesje, windować ceny ropy, wystarczy, że ONZ poprosiłaby mnie o pomoc. Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii pozbywa się stringów, lecz nie pozbywa się swych pieprzonych urojeń i dawaj, nakazuje podekscytowana:
- No, kładź się, Farid, wskoczę sobie.
Wskoczę? Co ja jestem, basen?
Udając, że mam woskowinę w uszach, zachodzę ją błyskawicznie od tyłu, gdy podtrzymuje się rękami o materac, pakuję się bezszelestnie oprócz jednego charakterystycznego plusku, jedno porządne pchnięcie i piesek gotowy.
Jak zaczęła krzyczeć! Nie z rozkoszy, z upokorzenia. Nie rób takich oczu, dokładnie z upokorzenia. Arab bierze ją od tyłu, co za zniewaga, klęska, porażenie.
Mimo to pozwala na kilkanaście przesunięć, w tę i we w tę, dochodzi rozwścieczona niczym oblężony pluton nazistów, wyślizguje się, umyka do północnej Lotaryngii, tryskam w powietrze, konkretnie na materac, a ta z pyskiem do mnie, jak śmiałem, jak mogłem, co ja sobie wyobrażam (ohydny poloarabie, ty wschodni niedojebie). Niedojebie? Chwyciłem ją za włosy i przywłaszczyłem kępkę. Nie zważając na jej łzy. Na przekleństwa. Ja, bojownik o równość i pozycję pieska. I parę innych zwierzaków.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Gangrena - recenzja z horror online


www.horror.webd.pl, autor recenzji: M@rio

Adam to młody mężczyzna, który mieszka z babcią i trzema kotami. Żyje z udzielania korepetycji z matematyki, a babcia jest dla niego całym światem. Mimo tej łagodnej powierzchowności, mężczyzna ten jest zatwardziałym zwyrodnialcem i socjopatą, który nie przepuści żadnej okazji, aby zaspokoić swe chore zachcianki. Od dłuższego czasu, śledząc atrakcyjną Emilię, Adam snuje makabryczny plan upokorzenia i wykorzystania niewinnej kobiety. Któregoś dnia nadarza się odpowiednia okazja...

Plugastwo, skandal, pornografia – tymi oto słowami krytycy najczęściej witali powieść Dawida Kornagi. Trzeba przyznać, że dawno we współczesnej literaturze polskiej nie pojawiło się tak skandalizujące dzieło. Chyba nie będzie nadużyciem, jeśli nazwę „Gangrenę” polskim odpowiednikiem „American Psycho” (który nota bene wywołał podobne reakcje amerykańskich krytyków, co „Gangrena”). Świat widziany oczami psychopatycznego Adama bywa prawdziwie straszny. Jego chore myśli, seksualne obsesje i żądze czynią powieściowy świat prawdziwie zezwierzęconym. Dla Adama bowiem najważniejsza jest chuć, nie licząc oczywiście obsesyjnego przywiązania do schorowanej babci. Książkowy psychopata to osoba zupełnie toksyczna, która zatruwa swoim złem i wewnętrznym jadem całe otoczenie. Jak powiedział sam autor w jednym z wywiadów, skrzywiona osobowość głównego bohatera żywi się zwykłą codziennością, przetrawiając utarte opinie i tworząc na ich podstawie swoją prywatną, bezkompromisową ideologię, w której kobiety są tylko erotycznymi zabawkami. Z kart powieści wylewa się wręcz fala mizoginii. Kobiety lawinowo są gwałcone, wykorzystywane, a nawet mordowane. Szczególnie przytłaczającym momentem w powieści jest scena, gdy Adam gwałci, a następnie dusi Bogu ducha winną Emilię.

W gruncie rzeczy główny bohater książki to taki potwór z ludzką twarzą. Jego wewnętrzne monologi przypominają nieustający słowotok szaleńca, który ma pretensje do całego świata. Bluzgi, ubliżanie i poniżanie są tutaj na porządku dziennym. Kornaga dokonuje na swej powieści jeden wielki gwałt językowy. Nie baczy na żadną poprawność polityczną, czy utarte zasady literackie, momentami sprowadzając język książki do poziomu rynsztokowego. „Gangrena” przesycona jest drobiazgowymi opisami przemocy. Autor przyznał kiedyś, że zadaniem jego powieści jest porażać czytelnika, aby osiągnąć Arystotelowskie katharsis. Ja osobiście niespecjalnie czułem się oczyszczony po lekturze jego książki, niemniej jednak proza ta wzbudziła we mnie spore zainteresowanie. „Gangrena” to również opowieść o zagubieniu człowieka we współczesnym świecie. Kornaga zdaje się pytać o los człowieka, który błądząc na swej drodze życia, staje się niewolnikiem własnych popędów. Czy nie ma żadnych mechanizmów, które mogłyby powstrzymać takiego człowieka? Treść książki mówi wprost: nie ma, a jeśli są, to są one dalece nieskuteczne (vide reakcja mundurowych na potyczkę Adama z grupą wyrostków). Przekonany o swej własnej wyższości, główny bohater jest tak naprawdę chorobą, która trawi resztę społeczeństwa.

Ten książkowy festiwal patologii i zła może zszokować niejednego czytelnika. Typ bohatera, jakim jest Adam, Stephen King określił mianem współczesnego wcielenia mitu wilkołaka. Adam, za dnia ułożony korepetytor i oddany opiekun babci, wieczorami zdejmuje maskę przykładnego obywatela i wyrusza na polowanie, gwałcąc i zabijając słabszych. Najbardziej w tym wszystkim przeraża obraz drugiego człowieka, zdegenerowanego do granic możliwości, który może jeździć tym samym tramwajem, co my i który może być tym popularnym Kowalskim z bloku obok. Czy na takich ludzi jest jakieś lekarstwo?

„Gangrena” Dawida Kornagi to prawdziwie piekielna i wściekła powieść, która gra na nosie wielu krytykom literackim. Autor raz za razem przekracza kolejne granice, czyniąc ze swojego bohatera bestię w ludzkiej skórze. Ta odhumanizowana wizja świata, którą widzimy oczami Adama jest dla współczesnego czytelnika o wiele bardziej przejmująca niż niejeden tradycyjny horror literacki. A trzeba przyznać, że swoboda w posługiwaniu się słowem w połączeniu z solidnym stylem, wciąga niczym ruchome piaski w ten powieściowy wir szaleństwa. Panie Kornaga, brawa za odwagę!

niedziela, 14 grudnia 2008

Upiór w operze

Gdyby konsorcja budowlane potrafiły tak jak Roma wystawiać musicale - a więc: z rozmachem i zachłannym wręcz profesjonalizmem i oddaniem sprawie - nasza ukochana PL mogłaby się pochwalić najlepszymi autostradami i drogami na świecie. Co tu dużo mówić, Upiór w operze to niezła jazda, musical, któremu blisko do opery, nie tylko ze względu na tytuł. Może brakuje w nim porywającego lead songu, jak w innych musicalach, za to ani fabuła nie jest infantylna, ani muzyka kiczowata.

Ciekawe, który wampir ze Znieczulenia miejscowego wybrałby się na Upiora?

sobota, 13 grudnia 2008

Disco Zachęta

Słowa organizatora:
Nowa odsłona nagrodzonej Złotym Lwem wystawy "Hotel Polonia. The Afterlife of Buildings" prezentowanej niedawno w pawilonie polskim podczas 11. Międzynarodowej Wystawy Architektury w Wenecji. To przewrotna prezentacja fotografii i fotomontaży 6 ważnych budynków zrealizowanych w Polsce w ostatnich latach. Kuratorzy i artyści zastanawiają się, co stanie się z tymi budowlami, gdy zaniknie przypisana im funkcja? Co stanie się z Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego, gdy książki zostaną zdigitalizowane? Co począć z biurowcem Metropolitan Normana Fostera, gdy zmieni się model pracy biurowej? Co z terminalem lotniczym, gdy pod wpływem wzrostu cen ropy latanie znów będzie luksusem? Co stanie się z sanktuarium w Licheniu, gdy nawet Polacy przestaną chodzić do kościoła? Obiekty te, dziś ważne i prestiżowe, zaprezentowane zostały „przed” i „po” wielkiej zmianie. Przed – na uroczystych, nastrojowych zdjęciach Nicolasa Grospierre’a. Po – w hipotetycznej przyszłości, na surrealistycznych fotomontażach Kobasa Laksy.

I rzeczywiście, wczoraj w nocy Zachęta, stara dobra "Zniechęta" świetnie się zaprezentowała. Wystawa odbyła się w salach, w których kiedyś bawiliśmy się podczas Smirnoff Black Experience; wspomnienia były nadal żywe, bo spotęgowane pewnymi analogiami jak ostra muzyka, którą DJ rozprowadzał ze swej konsoli, jak napoje regenerująco-deregulujące (tym razem na koszt własny), jak znajome nam osoby. Dodam, że jak komuś gdzieś w necie wpadną zdjęcia "Afterlife", koniecznie niech przeczyta towarzyszące im teksty. Są po prostu rewelacyjne, potężna dawka ironii, świetna stylizacja na poważny ton, inspirujące zestawienia słów, może nie tak mocne jak rozpruwacz analny, lecz kto to wie. Ich autorowi ślę ukłony szacunku za poczucie humoru i opanowanie wymagającej, buntowniczej frazy.

piątek, 12 grudnia 2008

Wahabitki


Po wczorajszym wieczorze literackim (Czubaj i jego kryminał 21.37) w Zwiąż mnie, jestem przekonany, że ten klub, jak jego sąsiedzi - Hydrozagadka, Saturator i Skład Butelek - tworzą warszawski Prenzlauer Berg. Może znacznie skromniejszy, nawet nie może, lecz dobre i to. W Berlinie właśnie Prenzlauer zrobił na nas największe wrażenie, wspaniałe kluby-ostoje w kamienicach, alternatywa w swojej najbardziej inspirującej postaci.

W Zwiąż mnie udało nam się zająć pomieszczenie po lewej stronie przed salą z didżejką. Przechrzciliśmy ją na vip room. Chłodno w niej było, naprawdę. Na pewno nikt by nie rozebrał się do naga i poprosił o związanie. Szczęśliwie, kiedy towarzystwo dopisuje, to i mniej czuje się wszelkie niedogodności. I tak przez bite trzy godziny w gronie, a raczej chmielu przyjaciół można było oddać się rozluźniającej atmosferze, łącznie z zachwycającą, spontaniczną sesją fotograficzną pt. wahabitki. Spoglądająca na to z oldskulowego obrazka czarna madonna była naprawdę przerażona. Oprócz sesji, pewnie przez literacki kontekst, pewnie przez nazwę klubu, zebrało się na dosyć kontrowersyjne metafory i zestawienia lingwistyczne. Żałuję, że ich nie spisaliśmy. Szczególnie pamiętam jedno wyrażenie: rozpruwacz analny. Cokolwiek to znaczy i cokolwiek implikuje, niech każdy dopowie sobie sam.

czwartek, 11 grudnia 2008

THE BEST OF PIKSEL 2006-2008

Wystawa THE BEST of PIKSEL to podsumowanie prawie 3 lat działalności wyjątkowego miejsca na matrycy warszawskiej sztuki niezależnej - pracowni i galerii PIKSEL oraz grupy artystycznej o tej samej nazwie.

Na wernisażu, otwierającym wystawę, sporo ciekawych prac. Już dawno nie rozśmieszył mnie sam opis/eksplikacja pracy (tym razem w sensie pozytywnym), otóż: "(...) powstała podczas re-instalacji skanera". Genialne! Artysta, który korzysta z każdej okazji. Niczym wampir.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Kamorra

Tej książki przedstawiać nie trzeba. Jest tak dobra, jak piszą, zresztą fakt goni tu fakt, a talent autora do wciągającej narracji pozwala wyjść mu poza ramy klasycznego reportażu. Po prostu nie wyobrażam sobie, że pragnąca go zamordować mafia faktycznie to zrobi - to będzie zwycięstwo nad słowem, a tego, jak pisze Roberto Saviano, kamorra i jej podobne obawiają się najmocniej. Jedyne, co mnie nużyło podczas lektury, to włoskie nazwiska; nie mogłem do końca poczuć "bohaterów" kamorry. Już nie mogę doczekać się filmu na motywach Gomorry.

piątek, 5 grudnia 2008

Przystań literacka - wywiad

Daniel Koziarski: - W swojej czwartej książce pod tytułem "Znieczulenie miejscowe" wysłałeś zastęp wampirów, by te dotkliwie pokąsały polską rzeczywistość. Nie boisz się, że kogoś zbyt mocno zaboli?

Dawid Kornaga: - Jestestwem wampira jest kąsanie, smakowanie czyjejś krwi. Ta opowieść już z założenia - poprzez specyficzne postacie, jakie ją zaludniają - musiała "wgryzać się" w pewne aspekty rzeczywistości. Jeśli kogoś zabolą pewne spostrzeżenia, to niech pocieszy się, że przynajmniej na papierze, w wyobraźni, a nie naprawdę...

Rzut oka na okładkę. Nie obawiasz się zbyt oczywistego skojarzenia z klasycznym horrorem? Przecież "Znieczulenie" jest co najwyżej horrorem nietypowym. W związku z tym kolejne pytanie - czy dla Dawida Kornagi, abstrahując od oczywistej zależności, bardziej przerażająca jest polska rzeczywistość czy sami Polacy?


Okładka, dla mnie zdecydowanie w stylu camp, ma tylko jedno zadanie - przyciągnąć uwagę. Od razu widać, że nie jest na poważnie, śmiertelnie poważnie, jak to jawi się na coverach klasycznych powieści z dreszczykiem. Poza tym ja tu niczego nie chcę ukryć, to naprawdę historie o polskich wampirach, historie, jakich jeszcze nie było w naszej literaturze, na dodatek ze sporym, humorystycznym akcentem. Inteligentny czytelnik na pewno zapozna się z opisem na okładce, sylwetką autora. Przekona się, że to nie żaden horror, a wręcz przeciwnie: powieść współczesna osadzona w konwencji literatury pięknej, z całym niezbędnym bagażem stylizacji, metafor, odniesień etc. Nie mam nic ani do polskiej rzeczywistości, ani do Polaków; sam jestem jednym z nich. Kto nie znosi swojego kraju, wzrusza tylko obojętnie ramionami lub atakuje go bez opamiętania. Ja nie potrafię przybrać jednoznacznej postawy. Wolę co nieco skrytykować, to znowu pochwalić, oczywiście w nadziei, że można to jeszcze ulepszyć, a przynajmniej - zmienić dotychczasowe postrzeganie danego problemu. Nie należę do pisarzy, dla których liczą się tylko fajerwerki fabularne.


Ciąg dalszy na stronie Przystani Literackiej:
http://www.przystan-literacka.pl/index.php?show=2404

środa, 3 grudnia 2008

Dostępność, a raczej jej brak

W odpowiedzi na liczne zapytania, dlaczego Znieczulenia miejscowego nie ma w warszawskich empikach już od 30 dni (tak!) od premiery, odpowiadam, czego się dowiedziałem. Otóż książka, jak kilka innych tytułów, leżała lub leży sobie w centralnym magazynie, chyba w Sochaczewie. A że empiki zaopatrywane są teraz nie przez handlowców wydawnictwa (szkoda!), tylko przez ich magazyn centralny, wszystko zależy też od zamówień poszczególnych kierowników salonów. No i wampir zabity, i to nie kołkiem osinowym...

Sytuacja, jak widać, wygląda na razie beznadziejnie, po prostu szkoda słów. Zęby się zaciskają, a autor najchętniej wbiły je w parę szyj winnych tej komplikacji.

Jeśli więc ktoś jeszcze chce kupić Znieczulenie bez zamawiania w necie, proponuję albo księgarnię firmową wydawnictwa na ulicy Garażowej 7 (rabat 10%), albo w Trafficu, albo w jakiejś księgarence, choć to ostatnie raczej wydaje się nierealne. Wampiry na pewno będą ci, czytelniku, wdzięczne.

A gdyby ktoś cudem zobaczył Znieczulenie w empiku, proszę o informację.

niedziela, 30 listopada 2008

Hydrozagadka

Po wieczornym zlustrowaniu galerii Raster (promocja nowego numeru, a może stosowniej: numerku DIK Fagazine), nasza Ekipa, choć w niepełnym składzie, to pełna werwy i ludycznej zaciętości, mimo zacinającego śniegu, deszczu i co tam jeszcze z nieba leciało, systemem abordażowym - przesiadając się z tramwaju na tramwaj - dotarła do Hydrozagadki.

Zaanektowaliśmy stadem złączone ze sobą stoliki na antresoli, by nie słyszeć rzępolenia przygotowującego się do koncertu zespołu. Zgodnie podjęto radykalne działania (co widać na zdjęciu) zmierzające do częściowej utraty kontroli nad rzeczywistością - bym tym ostrzej ją widzieć. Przyznam, jakoś tak o prozie mało się gadało. Może to i lepiej - w końcu po prostu się ją mimochodem, mimołykiem tworzyło.

Dobrze, że po tej eskapistycznej sesji przyjaciele zaprosili nas wszystkich do siebie na herbatę. I znów z tramwaju na tramwaj, przez kałuże, deszcze niespokojne do mieszkania na Grochowie. To jest ta wampiryczna wytrwałość, niech zazdrości, kto jej (jeszcze albo w ogóle) nie ma.

sobota, 29 listopada 2008

Już jakby Święta

Lodówka pusta jak brzuch eremity, więc chcąc nie chcąc wybraliśmy się na wielkie zakupy do superhipermarketu. Było jeszcze wcześnie, a tu prawdziwy najazd konsumentów, którego mogliby pozazdrościć nawet Marsjanie lub inna obca cywilizacja, pragnąca skolonizować naszą planetę. Samochodów jak główek kapusty przed piętnastoma laty na Kabatach. W środku kotłowisko, w pierwszej alei, zaraz przy wejściu, hurtownicy "w trosce" o zbliżające się Mikołajki nawalili zabawek jak dinozaury kup w Parku Jurajskim. Najbardziej przerażające wydały się nam wielkie lalki w dziwkarskich minispódniczkach, sięgające tak przynajmniej do pępka. Idealny substytut dla spragnionych pedofilów. Lalki miały w sobie coś przerażającego, bo ludzkiego; pamiętacie laleczkę Chucky? Przyznam, przeraziłbym się takiej w ciemności, stojącej w kącie pokoju.

Później coraz gorzej (komunikaty o zagubionych dzieciach, pewnie przez te góry zabawek, stały się wręcz nudne i przewidywalne), manewrowaliśmy wózkiem normalnie jak Sowieci czołgami pod Kurskiem. Ludzie, miłośnicy dziesięciu przykazań, przykazania miłości i paru innych, sprytnie skonstruowanych maksym, by być cicho i nie wychylać się przez całe życie, z obłędem w oczach absolutnie nie zważali na innych bliźnich. Gorzej niż na meczu południowoamerykańskich drużyn o puchar kontynentu, wszystkie chwyty dozwolone ku radości kibiców. W tym przypadku kibicami byli menedżerowie superhipermarketu, zadowoleni z zalewu ludzkiej masy płacącej. A to dopiero początek, co będzie na tydzień przed Świętami? Wielu kasjerkom przybędzie mięśni w rękach od przesuwania towarów.

Wytrwaliśmy. Kosztem mojego późniejszego bólu głowy. I wydania dodatkowo około 5 PLN. Otóż dopiero w domu okazało się, że ktoś w amoku pomylił swój wózek w z naszym i wrzucił do niego siatkę z kilkoma olbrzymi pomidorami. Gdyby choć nadawały się do jedzenia, nie, rasowe "hipermarketówki", sflaczałe doszczętnie.

środa, 26 listopada 2008

Guns

O tym pichconym przez kilkanaście lat albumie chyba już wszystko napisano, ja tylko dodam skromnie z mojej strony, że wcale nie jest taki zły czy nieudany, jak co niektórzy stwierdzają. Na pewno daleko mu do "Use your Ilusion", ale sporo w nim mocy, melodii i swoistego kombinowania; a że to nie takie oryginalne, nie oznacza, że kiepsko się tego słucha. Tak jak są piękne kobiety, tak są też ładne - i też dostarczają przyjemności, prawda? Bezkompromisowe krytyki mają w sobie coś z faszyzmu, są definitywne i zakochane w swoich konstatacjach; boję się ludzi, którzy mają do nich inklinację. Należy docenić - to nie żart - wytrwałość Axle Rose'a, że pomimo odejścia głównych muzyków zespołu, nie popadł w zapomnienie, wciąż kombinował, kręcił, smęcił i wreszcie dokonał swojego. Ponadto tyle już zarobił... Więc gdzie miał się spieszyć? Za pomocą megalomanii i wrodzonej upartości spełnił swoje marzenie. I daje czadu. Przynajmniej.

niedziela, 23 listopada 2008

Kojec Kogutów


Niewątpliwie "Biały tygrys" to powieść wciągająca, jednak niekoniecznie zasłużyła sobie na tegorocznego Bookera; nie mnie jednak oceniać wybory Anglosasów, wpadłbym w jakiś żałośnie mentorski ton. Moim zdaniem książka wybitna, poniekąd z podobnego rytu kulturowego to "Londonistan", którą polecam każdemu, kto szuka w literaturze nie tylko doznań fabularnych.

Prowadzenie narracji w "Białym tygrysie" jest po prostu mistrzowskie; każdy pisarz, czy początkujący, czy doświadczony na pewno weźmie sobie do serca parę niuansów, które mimowolnie wypłyną podczas lektury przed jego czujnymi oczami. Zgrabne rzeźbienie typów charakterologicznych, stopniowanie dialogów, długie, gdy trzeba, krótkie, gdy trzeba, no po prostu gratulacje i szacunek.

Co mnie razi, to sama konwencja realistyczna, przez którą nie potrafiłem mimo wszystko poczuć głównego bohatera. Autor powieści wybrał sobie "wsioka" na hero, jednak niekonsekwentnie go zbudował. Przykład? Teza o tym, że Indie to kraj - Kojec Kogutów; system kastowy zastąpił układ bogacz-biedak, trudno uciec z tego kojca, "tresura" odbywa się od małego. Wszystko to ciekawe, kiwam głową. Lecz absolutnie nie kupuję tych błyskotliwych konstatacji w pakiecie z bohaterem-narratorem, czuję, że to manifest zaangażowanego społecznie i politycznie pisarza. A właśnie chcę czuć bohatera "Tygrysa"; na to nie ma szans. Przez całość książki ewidentnie jest niewykształconym służącym z Ciemności, ostatecznie autor próbuje wmówić nam, że to jednak cwaniaczek, do tego błyskotliwy i... Nie, więcej nie zdradzę, bo zepsuję ewentualną lekturę. "Biały tygrys" to powieść naprawdę warta przeczytania, tyle.

czwartek, 20 listopada 2008

Listospadek


Wiatr wlatuje nawet do dziurek nosa. Na ulicach zakwitają stłuczki niczym truskawki w czerwcu. Politycy na wizji jacyś tacy niemrawi. Każdy pieprzy o złej pogodzie. A ja mam to gdzieś, bo zamierzam dziś w najmilszym towarzystwie na świecie spróbować najbardziej wylansowany sikacz w dziejach - czyli Beaujolais nouveau. Bo dziś jego dzień, trzeci czwartek listopada. Francuzi potrafiliby światu sprzedać nawet zeschnięte, marchewkowe wiórki (pewnie to robią w swoich hipermarketach), kto zaś wątpi w ich możliwości, w Znieczuleniu miejscowym znajdzie liczne tego dowody...

środa, 19 listopada 2008

Recenzje


Pierwsze recenzje:

Jarosław Czechowicz (krytycznymokiem.blogspot.com)

Jeśli uważacie, że na co dzień mijacie na ulicy takich samych ludzi jak wy, to bardzo się mylicie! Jeżeli jesteście przekonani, iż świat zdominowany przez homo sapiens podlega rzekomo rozumnemu człowiekowi i nie ma w nim miejsca na rządy innych, inteligentniejszych i potężniejszych istot, jesteście w dużym błędzie. Nowa książka Dawida Kornagi udowodni wszem wobec, iż wokół nas żyją… wampiry. I to nie byle jakie wampiry! Cwane to bestie, sprytne i tak doskonale kamuflujące swą obecność, że nijak nie możemy odkryć ich obecności czy to na wykładach z teorii filozofii, czy to pod łóżkiem domu rozkoszy, czy też w perfumerii, na plaży, w parku lub w budce z kebabem. A jeśli myślicie, że pojawiły się znienacka i straszą Bogu ducha winnych Polaków w XXI wieku, wbijając swe zęby w ich szyje, dowiecie się, że jeden z nich uczestniczył w bitwie pod Grunwaldem i pod Warną, drugi był wielbicielem przedwojennego kina lwowskiego, a jeszcze jeden namiętnie wypijał krew stróżów porządku na mrocznych polskich ulicach podczas stanu wojennego.

Kornaga wybornie udowadnia, iż nie wyczerpały się w polskiej literaturze pomysły na krytykę polskości i codziennych absurdów, jakie są udziałem każdego z nas. Podążając śladami jego wampirów, wędrujemy ścieżkami wydeptanymi już przez wielu literackich kontestatorów polskiej rzeczywistości. Skąd innowacyjny pomysł na lubujących się we krwi bohaterów? „(…) A na tym właśnie polega bycie wampirem, na byciu sobą, co nieliczni potrafią; kiedy ktoś się odważy, zaraz wytykają go palcem, że niby zęby mu się wydłużyły, serce zhardziało, sumienie poplątało.” Bohaterowie odważni, bohaterowie z krwi (sic!) i kości, bohaterowie wyraziści i przekonujący… obecność takowych jest mocno deficytowa we współczesnej literaturze polskiej. Ci wampiryczni są straszni i … przekonujący. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo!

Na pierwszy rzut oka nie są rozpoznawalni. Były agent nieruchomości Stefan po prostu beztrosko podróżuje sobie Polskimi Kolejami Państwowymi oraz stołecznym metrem w porze nocnej, wbijając czasami zęby w szyje konduktorów i pasażerów. Maurycy zostaje eksmitowany i poznaje, czym jest życie bezdomnego w światowej stolicy mało światowego państwa nad Wisłą. Ugryźć w szyję jest łatwo, ale czy wówczas warto? Jeremi chętnie rozmawia z samotnikami i skutecznie namawia do samobójstwa niepewnego swej wartości pisarzynę oraz starszą panią, z którą nikt już nie chce utrzymywać kontaktu. Paulina natomiast „podgryza” polskie gwiazdeczki show businessu, których blask jest tak samo nikły jak ślad po ukąszeniu sprytnej wampirzycy. Wiesław zaś, poliglota i znany tłumacz, wymierzy krwawą zemstę pisarzowi, który zignoruje swego wielbiciela na wieczorze autorskim. Strasznie? Śmiesznie? Tragicznie? To jedynie namiastka tego, co czeka czytelnika tej fascynującej – jak to określa autor – kompilacji o wielu losach jednostkowych i jednym, smutnym losie smutnego kraju…

Ta książka ma przerażać, bawić i zmuszać do refleksji. Przerażać, czyli tak naprawdę na nowo ukazywać codzienne fobie rodaków. Dlaczego? „Polska to kraj ukrytych strachów. Czają się w przeróżnych miejscach i wyskakują znienacka, a potem ludzie gadają, że Matka Boska się im objawiła na korze sosny, co przed domem od dwudziestu dwóch lat rośnie”. Lektura „Znieczulenia miejscowego” wyraźnie i na trwale odbije swoje piętno na czytających. Nie jest to może literackie objawienie na miarę wizerunku Świętej Panienki, przed którą Polacy padają na kolana, ale… Kornaga na pewno spowoduje, że polskie kolana ugną się nieco, kiedy przyjdzie nam poznać zawikłane losy polskich wampirów.

Powieść ma bawić. Rozciągnąć w uśmiechu choć na moment zastygłe w wiecznym napięciu rysy twarzy przerażonych samymi sobą i wściekłych na siebie nawzajem rodaków. „My, jak się dąsamy, to tak, że z wąsów iskry lecą. Wiecznie nastroszeni. Wiecznie czujni. W Polsce bowiem ciągle zmagamy się z naszymi podstępnymi marami i czarami.” Kornaga udowodni, że podstępne mary mogą się czaić nawet tam, gdzie się ich zupełnie nie spodziewamy. Swoistym zaś aktem ekspiacji ma być… uśmiech i zachowanie dystansu do samych siebie.

Książka ma także zmusić do refleksji. Refleksji o istocie polskich bolączek, kompleksów, lęków i urojeń. Jak pisze autor: „Polska – w przeciwieństwie do liberalnych, innowacyjnych, bogatych, cudownych, tolerancyjnych, po prostu dorobionych w każdym detalu krajów Europy – to dominium ukrytych strachów, upiorów i wampirów, które coraz częściej wychodzą do nas. I z nas.” Truizmem może być stwierdzenie, że „Znieczulenie miejscowe” powstało ze złości i zatroskania, że to książka, która wyskoczyła niejako z naszych gardeł, trzewi i umysłów. I jeżeli ktoś może mieć do Kornagi pretensję o to, iż tchnął życie w straszne wampiry, należałoby najpierw zapytać – czy to my sami nie jesteśmy wampirami, o jakich napisał autor?

Mocną stroną książki jest ironiczny język, który pozornie trywializuje ważkie kwestie, a jednocześnie ostrą brzytwą satyry tnie wymagającą operacji na żywym organizmie tkankę społeczną, którą wszyscy tworzymy. Z pewnością uczucie niedosytu wywoła fakt, iż zbyt wiele rozwiniętych opowieści nie ma w książce spójnego zamknięcia. Z drugiej jednak strony jest „Znieczulenie miejscowe” powieścią – kolażem, literacką galerią postaci i zdarzeń, które dopiero wspólnie tworzą dość przygnębiający obraz polskości.

Dawid Kornaga pokazał, że potrafi być pisarzem twórczym, zaangażowanym w codzienne problemy własnego kraju i pisarzem, który po raz kolejny sięga po oryginalną i odmienną od wcześniejszego dokonania formę, będącą złośliwym Stendhalowskim lustrem, w jakim przejrzy się smutna Polska i smutni Polacy. W miejscowym znieczuleniu łatwiej będzie znieść widok, którego możemy się tylko wstydzić.


Daniel Koziarski (daniel-koziarski.bloog.pl)

Była sobie Polska, kraj od gór do morza, najprzedniejszy w Europie, co tyle krwi w przeszłości przelał, że kurwa ich wszystkich mać, niestraszne mu więc własne wampiry, które chętnie zawartością żył i tętnic swoich obywateli żywi.

W tym zdaniu zawiera się niejako esencja nowej powieści Dawida Kornagi pt. ,Znieczulenie miejscowe'. Autor ,Gangreny' po wzięciu pod lupę w ,Rzęsach na opak' psującej się podstawowej komórki społecznej, przestawia się na skalę makro, rozprawiając się z Polską (jak długa i szeroka terytorialnie) oraz z Polakami (jak długa jest lista naszych narodowych przypadłości, lęków, kompleksów i jak szerokie pasmo naszych mentalnych klęsk, przyzwyczajeń i stereotypów).

Kornaga ubrał swoją powieść w zgrabną formę - krótkie rozdziały przedstawiają sylwetki rozmaitych polskich wampirów, umiejscowionych na rozmaitych tłach społeczno-historycznych (a nawet geograficznych, bo przecież i wampiry podatne są na pokusę emigracji), które - każdy w swojej kategorii - zadowalają się specyficzną grupą dawców (tak na przykład wampir Mirosław pije krew duchownych i uduchowionych; wampir Stefan odżywia się krwią konduktorską). Za każdym razem dana grupa i określone tło pozwalają autorowi w zręczny sposób rzucać światło na pewien wycinek polskiej rzeczywistości. Za pomocą błyskotliwej ironii, bezkompromisowej chłosty albo dla odmiany odrobiny defetyzmu, wyciąga on pewne rzeczy przed nawias, aby poddać mniej lub bardziej subtelnej ocenie.

Z tymi ocenami nie zawsze musimy się zgadzać (możemy na przykład zgrzytać zębami na zbyt oczywiste momentami kpiny z religijności Polaków), ale przecież czasami należy odczytywać je po prostu przez pryzmat autorskiej prowokacji. Tak samo należałoby interpretować wypowiadane kategorycznym sądem tu i ówdzie - wprost - stwierdzenia o Polsce i Polakach - wszak tych, którzy nie mają poczucia humoru i odrobiny dystansu do siebie i rzeczywistości może w oczywisty sposób razić mentorski ton Kornagi czy stosowane przez niego niejednokrotnie w ,Znieczuleniu miejscowym' poglądowe uogólnienia i skróty myślowe.

W ,Znieczuleniu miejscowym' skrzy się od humoru (znakomity jest humor obserwacyjny - vide podział polskich taksówkarzy na grupy) i autorskiej erudycji (filozofia, historia, geografia, popkultura); Kornaga zgrabnie żongluje konwencjami i nie stroni od zmian stylu (pojawia się m.in. pastisz, internetowy czat, felieton w ogórkowym stylu).

O ile w głośnej ,Gangrenie' Kornaga szył prowokację grubymi nićmi przemocy i wulgarności, to w ,Znieczuleniu miejscowym' robi to w sposób zdecydowanie bardziej subtelny i przemyślany, z nieporównywalnie lepszym i głębszym efektem końcowym, a co najważniejsze, z pokaźną dawką humoru na wysokim poziomie.

Pozostaje mi zatem polecić, żeby udali się Państwo w podróż po Polsce w towarzystwie wampirów stworzonych przez Kornagę - naprawdę nie będzie bolało (nie potrzeba będzie stosować żadnego znieczulenia, chyba, że ktoś jest za bardzo przeczulony na punkcie polskości). Za to, na podstawie pobranych przez książkowe wampiry próbek krwi, będziemy mogli przejrzeć się w wielkim społecznym lustrze i dojść do naprawdę ciekawych wniosków. A potem, naturalnie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku czytelniczego, z powrotem schować biało-czerwone upiory do szaf i udawać, że nie mamy się czego wstydzić, bo przecież polska krew jest najbardziej wartościowa i nieskażona na świecie (naturalnie, kto śmie wątpić, ten jest głupi, ma wszy, krzywy kręgosłup i zaraz dostanie w policzek).


ssrobertos.blogspot.com

Znieczulenie miejscowe, czyli kolejna twarz Dawida Kornagi. Na samym początku warto powiedzieć, że to naprawdę kawał dobrej literatury.
Kornaga w swojej nowej książce przenosi nas w świat, który fascynuje, niepokoi, bawi, ale przede wszystkim wgryza się w czytelnika. To doskonały zestaw kilku bohaterów. Czytając ma się wrażenie, że autor rozmawia z nimi, że pisze ich biografie. Przedstawia bohaterów w sytuacjach, które mogłoby się wydawać zarezerwowane są dla zwykłych śmiertelników, przez co ci bohaterowie są bliscy czytelnikom. Czytając ma się wrażenie, że są oni obdzierani ze wszystkich sekretów. Mimo tego książka niepokoi. Zastanawiam się ilu takich wampirów spotykam codziennie na ulicy, w pracy, itd.
Jest jeszcze jedna rzecz. Ta książka, to znakomity obraz Polski, naszego społeczeństwa, które jest jak wampir.
Książkę polecam zdecydowanie. Jest to wybitna pozycja na miałkim rynku polskim

poniedziałek, 17 listopada 2008

Passé


A jednak pewne książki, mimo wielkiej prawdy o życiu, stają się niekiedy NIEZNOŚNIE archaiczne, szczególnie gdy ta archaiczność wpływa na konstrukcję całości, a całość - na konstrukcję bohatera.

Po Łaskawych, w ramach odreagowania, a przed zanurkowaniem w prozie współczesnej (oprócz pewnego tomu Żywotów równoległych Plutarcha, który wyjdzie pod koniec listopada), czytam właśnie ponownie (jakoś po szesnastu latach) Panią Bovary i zaczynam odczuwać coraz większy dystans do dzieła Flauberta.

Oto społeczno-biologiczny status quo ówczesnej madame:
"Mężczyzna przynajmniej jest swobodny; może dać się porwać namiętnościom, zwiedzać obce kraje, zwalczać przeszkody, kosztować najniedostępniejszych rozkoszy. Kobieta, przeciwnie, zawsze jest skrępowana. Bezbronna i ulegająca wpływom, ma przeciwko sobie pokusy ciała i zależność prawną. Wola jej, jak woalka od kapelusza, drży za każdym powiewem wiatru, zawsze ją pociąga jakieś pragnienie, wstrzymuje jakiś wzgląd przyzwoitości."

Tylko wyjątkowy gbur, ultrakonserwatysta i niepoprawny onanista mógłby się pod tym podpisać. Stąd blisko do uznania powieści mistrza Flauberta za literacki rekwizyt. A poniekąd ostrzeżenie dla wszystkich, którym marzy się ponadczasowe dzieło. Skoro nie udało się takiemu geniuszowi jak Flaubert, dlaczego wierzysz, że uda się tobie? To nie defetyzm, to twórczy manifest. Naturalnie, literatura z pękiem kluczy do współczesności, ukrytych aluzji i "jednowarstwowych" kotar na pewno żyje krócej. Ale nie taka jest tu przedmiotem tej krótkiej analizy.

niedziela, 16 listopada 2008

Łaskawe


Arcydzieło. Odurzające obrazami, obezwładniające stylem narracji. Scena z mrówkami (oczywiście nie zdradzę szczegółów) najlepiej oddaje nieograniczoną wyobraźnię autora. Ostatnie strony nieco przekombinowane, odezwał się w Littellu nieodrodny syn ojca, również pisarza, ale zdaje się, kryminałów czy sensacyjniaków. Poza tym porażający fresk potwora i jego obsesji.

piątek, 14 listopada 2008

Po WWL


Przyznam, byłem pełen obaw przed tym wieczorem literackim, sporo osób nie potwierdziło przyjścia, sporo oświadczyło, że nie dotrze, sporo oświadczyło, że dotrze, a nie dotarło, a nie ma nic gorszego, niż kilkanaście dusz na spotkaniu (w "Znieczuleniu miejscowym" jest taki epizod, w którym na spotkanie pisarza H. właściwie nie przyszedł nikt oprócz wampira Wiesława...). Szczególnie tak zamkniętym, w specjalnie do tego wynajętej klubogalerii Piksel. Jakie było moje zdziwienie, gdy frekwencja przekroczyła tzw. najśmielsze wyobrażenia, zeszło się znanych mi i nieznanych osób chyba ze sto albo i więcej! Przed dwudziestą drugą skończyło się wino (tak intensywnie czerwone, że wielu amatorów miało czerwone kreski i zakrzepy na ustach, normalnie jak krwiopijcy po kolacji), a przecież było go naprawdę sporo, prawie czterdzieści butelek; niestety, WWL to nie wesele w Kanie Galilejskiej, zabrakło sponsora-cudotwórcy. Przy okazji przepraszam rzeszę tych, dla których zabrakło miejsc siedzących; nie przewidzieliśmy takiej ofensywy wampirycznej. To był mój chyba najlepszy dotąd wieczór literacki, wspaniały prowadzący, świetna atmosfera, a do tego niezwykle klimatyczny set DJ Hiro Szymy i projekcja "Nosferatu" z 1922 r. na wielkim płótnie-ekranie. Nie mnie osądzać i podsumowywać, pragnę tylko jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy przyszli.

niedziela, 9 listopada 2008

Wampiryczny wieczór literacki


W programie m.in. rozmowa o "Znieczuleniu miejscowym" (prowadzenie: Cezary Polak, "Dziennik") oraz inspirowany klimatem książki set muzyczny live (DJ Hiro Szyma, producent Audiowizualnej Grupy Przyjaciół RH+).

13 listopada (czwartek), godz. 19,
klubogaleria Piksel,
ul. Noakowskiego 12 m.43 (I piętro)

Szczegóły na www.piksel.art.pl

piątek, 7 listopada 2008

Ngo Van Toung


Wietnam po warszawsku, czyli spotkanie z Ngo Van Tuong w ramach "literatury na peryferiach" w Teatrze Komuny Otwock, cyklu prowadzonych przez Cezarego Polaka. Dziwna sprawa z tym językiem polskim pana Ngo (po naszemu zwany Tomkiem), 25 lat w naszym kraju, a ma nie tylko straszny akcent, po prostu kiepsko mówi, niezrozumiale, kaleczy słowa, jakby nauczył się ich dopiero wczoraj. Podejrzewam, że byle sprzedawca z budki z sajgonkami lepiej potrafi się porozumieć. Być może lepiej wypadł jego polski podczas drugiej części spotkania, do której nie dotrwaliśmy; po powrocie z Rzymu rozchorowałem się (nosowy głos wyraźnie słyszalny podczas wywiadu w TVN), wczoraj rozrywający kaszel po prostu nie dawał mi spokoju, w efekcie zagłuszyłbym (chyba poważną) rozmowę o literaturze, a co jak co, ostatnia to rzecz, którą chciałbym skrzywdzić.

wtorek, 4 listopada 2008

Telewampiry


Jutro o godzinie 10.45 wywiad w TVN z autorem "Znieczulenia miejscowego", prowadzenie Anna Dziewit.

WYWIAD dostępny na stronie www.dziendobrytvn.plejada.pl

http://dziendobrytvn.plejada.pl/24,12125,news,,1,ksiazka_o_wampirach,aktualnosci_detal.html

piątek, 31 października 2008

Definitywny koniec stresogennego miesiąca


Więc wczoraj w Obiekcie Znalezionym na wieczorze promo książki Dehnela "Balzakiana" (prowadzenie: K. Szczuka, na twarzy wyraźnie ślady starzenia; biedactwo). Niby autor mówi słuszne rzeczy, niby tak jak trzeba podsumowuje "rzeczywistość dokoła nas", ale jakże zakochany w sobie, bezkresnie zakochany w słowach, które w ilościach nadliczbowych produkują jego zwoje mózgowe, że jedyne, co wzbudza, co czuję (czyżby jego predestynacją był epigonizm?) - to nuda, straszna nuda, ziewanie i chęć zamówienia w barze czegoś na odtrutkę; może to organiczne, nie wiem. Szczęśliwie, koło przyjaciół i znajomych dopisało, więc wieczór można uznać za udany. Szczególnie że ponad dwie godziny wcześniej byłem jeszcze w BUW-wie na prezentacji książki mojego dobrego i zdolnego kolegi ze studiów, Jacka Wasilewskiego (do spółki z innym, nieco starszym autorem, niezwykle błyskotliwym, niezwykle - Adamem Skibińskim) - "Prowadzeni słowami". Jacek to wytrawny specjalista od słów, wykłada na UW, doradza, kreuje. Książka, z jednej strony poradnik, jak nie dać się "mistrzom ogłupiania/czy zrywania mas", z drugiej - erudycyjna wykładnia retorycznych chwytów), jest naprawdę warta polecenia, choć może nieco za długa; taki przywilej uniwersyteckich wykładowców. Szkoda, że po spotkaniu nie mogłem zostać tam dłużej, ale punktualność rzecz ultraświęta, trzeba było pędzić do Obiektu.

Jutro tzw. Święto Zmarłych, Wszystkich Świętych (no, nie każdy, kto wyciągnął kopytka, zasługuje na poklask, może na poklask, że wyciągnął wreszcie kopytka...). Amerykańskie dynie straszą na wystawach sklepowych, w kinach rozliczne premiery horrorów, a już za parę dni wyjdzie pseudohorror - "Znieczulenie miejscowe". Kto chce posmakować "wampirycznego" fragmentu (niestety, to jedynie liźnięcie fabuły, ale cóż, zapłać, przeczytasz więcej), to proszę: http://www.proszynski.pl/Znieczulenie_miejscowe-p-29991-.html

Wczoraj wieczorem, trochę przez spontan, trochę przez sztucznie stymulowaną atmosferę Halloween trafiliśmy na kilkadziesiąt minut do klubu Bollywood. Miejsce jest niejako poszerzeniem oferty niedalekiego Sheesha Lounge, orientalna muzyka i kuchnia. No właśnie, kuchnia. Otóż miejsca do wygibasów tyle co na najeżonym szpilami stołeczku fakira, reszta, wielkości Kalkuty, z przeznaczeniem na stoliki, a więc konsumpcję, a więc wydawanie pieniędzy. Jeśli zamówi się tam nargilę przed dwudziestą, zamiast 25 - 15 PLN. Faktycznie pyszne przystawki, ale poza tym klimat, z którym zetknęliśmy się na "największej dyskotece w Tunezji" - klubie Bora Bora. "Dancefloor" nieproporcjonalnie mały do całości, dedykowanej merkantylnie stolikom, a więc konsumpcji, a więc wydawaniu pieniędzy... Tak czy owak Boolywood warty jest polecenia na romantyczną kolację; zmyślnie podświetlone detale i egzotyczna muzyka mogą podziałać niczym afrodyzjak.

środa, 29 października 2008

Roma



Zazdrość ta była w pełni uzasadniona, bo odkąd pamiętam, nie skąpiłem jej wobec Edwarda Gibbona, autora „Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego” (jaka szkoda, że polskie tłumaczenie jest niepełne, ot resztki ze stołu wielkiej uczty erudycji), który prawie trzy wieki temu przybył na ruiny Forum Romanum i tutaj, zapewne w blasku zachodzącego słońca, siedząc na którejś z upadłych kolumn, delektował się i zarazem płakał na widok tej zrujnowanej wspaniałości po Cesarstwie; wtedy też zadecydował o napisaniu dzieła swojego życia, które zmieniło historiografię, i na zawsze już stworzyło mit Wiecznego Miasta, jego minionej potęgi i dziedzictwa, które po dzień dzisiejszy przenika naszą zachodnią cywilizację (przepraszam za wzniosłą frazę, nie mogę inaczej).

Pan Gibbon wreszcie nie musi zważać na małego, słowiańskiego zawistnika; wreszcie i on spełnił swoje marzenia do spółki ze słowiańską żoną, z którą w dwuosobowym legionie peregrynował po miejscach, gdzie przechadzał się Caligula, Klaudiusz, Trajan czy Sewer. A przy tym dopisała pogoda, z czterech dni dwa były wręcz niemożebnie słonecznie, kiedy wyznaczyliśmy sobie główne trasy, antyczną i nowożytną. Rzym jest wspaniałym miastem, w którym naprawdę się bez reszty (w euro…) zakochaliśmy. Ave!

czwartek, 23 października 2008

Nogi mojej żony


Uwaga, jedyna okazja, by bez wzbudzania mojego słusznego gniewu zobaczyć fragment seksownych nóg mojej żony - i to gdzie? w najnowszej październikowej LAMPIE nr 10 (55).
Dokładnie na stronie 31, jakby ktoś nie mógł się już doczekać i pędził do Empiku.

Tak się kiedyś późną jesienią 2005 złożyło, że wybraliśmy się na wieczór autorski śp. Mirosława Nahacza do śp. klubu Aurora. Teraz LAMPA publikuje zapis z tamtego spotkania (brawo za odnotowanie takiego choćby szczegółu jak tekst pani, która poprosiła o dedykację, bo chciała już wyjść, jako że nie była w stanie wytrzymać intensywności nikotynowych oparów), prowadzone przez Kazimierza Malinowskiego. Los sprawił, że siedzieliśmy blisko bohatera wieczoru, cokolwiek bełkotliwie się wówczas wyrażającego; szkoda chłopaka.

niedziela, 19 października 2008

Kitsch(en) Party


Sobotnia noc była idealna, by urządzić zwariowaną imprezę, po której dotąd szumi mi w głowie. Zaproszeni świetnie się poprzebierali, zwycięzca w kategorii męskiej dostał w nagrodę wyjątkowo ohydną, tandetną podróbkę Kena, a zwyciężczyni - jeszcze gorszą "Barbie". Dziękuję tym, którzy mimo wszystko przyszli.

czwartek, 16 października 2008

W przygotowaniu


"Znieczulenie miejscowe", a więc eklektyczna powieść o polskich wampirach planowana jest na 4 listopada. Wkrótce pojawi się okładka - bardzo w stylistyce camp.

środa, 15 października 2008

Wizytantki w dżungli


Świetna sztuka na podstawie równie świetnej książki. Polifoniczna narracja na scenie po prostu hipnotyzuje. Przedstawienie ostre, krytyczne względem "świętych" instytucji, podpór państwa - Kościoła, wojska. Wystawione z rozmachem, którego nie powstydziłaby się żadna zachodnia scena. Jeszcze długo pozostanie nam w głowach. Ach, te wizytantki...

niedziela, 12 października 2008

Saturator. I hiszpańskie zejście


Sobotnią nocą na 11 Listopada numer 22, w trzypoziomowym Saturatorze, choć w pobliżu połyskują w bramach praskie kastety i noże, to lepiej być nie może, pięćdziesiątki gonią pięćdziesiątki, pod kuratelą coli z lodem, a może lodu z colą, niebezpieczne teamy, dobrze znane to tu, to tam, lecz nic to, gdy parę ochłapów muzyki na przekąskę. Nikt się nie boi, amstaffy dawno już śpią, przez minione miesiące bandyterka poznała, że tutejsza klientela a la student, artysta malarz, poeta, prozaik i co tam jeszcze wymyślą antropologowie kultury niczego wartościowego za pazuchą nie nosi, więc po chuja przypierdolić na dobry wieczór frajerowi, skoro żadnego większego pożytku z akcji wymuszania funduszy, zaś ryzyko nieprzewidzianych komplikacji podwójnie wręcz przewidywalne. Wiadomo przecie, że rozpieszczone córeczki podsekretarzy stanu uwielbiają miejsca alternatywne, skrzywdzisz taką, dwuznacznie spojrzysz między szczelinę jej ud, jeszcze gotowa zadzwonić do tatusia, co rozgniewany słusznie bez wahania spuści z kagańca władzy watahę borowików trujących, a z tymi skurwielami w garniturach nie ma żartów, jak robią wpierdol, to nie w imię wendety – w imię suwerenności państwowej, przyszłego świętego Jana Pawła, deficytu budżetowego i wskaźników inflacji. W pobliskiej Hydrozagadce koncert Pustek, więc tłok, Paweł Dunin-Wąsowicz krąży w towarzystwie kobiety, z trudem odklejając lizusów i animatorów kultury od swoich łokci, więc z przykrością zaniechuję pogawędki, nie lubię niechybnych psujów dialogowych; młodzież przy barze przepija swoje szanse, w TVN leci tymczasem „Mam talent”, oni tego bezczelnie nie oglądają, cała RP vol.3 wzrusza się niewidomymi divami operowymi i piętnastoletnimi klonami Amy Winehouse, a oni nic sobie z tego, piwo butelkowe niejedną wizję w sobie kryje, niestety, wysikane po dwudziestu czterech minutach nie pozostawia wiążących zobowiązań wzmożonego rozwoju ukrytych zdolności. Przy kontenerach, jakże blisko do Zwiąż mnie i Składu butelek począł swój udany biznes popółnocny zaparkowany hot-dog bus, 5 PLN za radość wzięcia do buzi, moje drogie dziewczynki, mięsistej paróweczki wujka Mariusza W., któremu nie w głowie chemiczne kastracje emanowane przez wilcze oczy przyszłego prezydenta. Nocnym do metra Świętokrzyska, tutaj wreszcie autentyczna atrakcja, leży nieprzytomna, obsikana i zarzygana na peronie przy schodach, facet ze straży metra konsultuje się z kimś przez krótkofalówkę, gapie dociskają pierścień ciekawości, nieszczęsna to Hiszpanka, kurczaczek, nie kobieta, przy niej dwóch kolegów, których w podstawówce męczyli Cervantesem, bezradni, co robić, zeszła, podobno wypiła solo pół litra zabójczej polskiej wódki, a to nie wino, to polska wódka, bezlitosna jak atak husarii, więc zeszła dosłownie, zwieracze puściły; przybywa straż miejska, karetka w drodze, a w międzyczasie sprzątacz w czerwonym wdzianku skrupulatnie usuwa mopem iberyjskie wymiociny, Zapatero, jak możesz, spójrz, co twoje dzieci wyczyniają u wschodnich dzikich ludów, zdaje się mówić, lecz go ignorujemy. Przyjeżdża metro, zostawiamy niezakończony epizod na peronie, biedny, pewnie skończy się kroplówką, bo na pewno nie eldoradem zadowolenia.

sobota, 11 października 2008

Sekrety Rzymu


Lektura tej książki już od początku była błędem, w którym jednak pogrążałem się strona po stronie. To opowieści dla ludzi, którzy Rzym mają w jednym palcu, kojarzą topografię i praktycznie widzieli wszystko, łącznie z toaletą aktualnego papieża, a teraz mogą nieco złagodzić swoje zblazowanie, odkrywając nowe-stare fakty. Ja jeszcze w Rzymie nie byłem, ale wkrótce będzie szansa na nadrobienie tej wstydliwej nieobecności.

poniedziałek, 6 października 2008

Miłość wg babskiej prasy


Tego się nie spodziewaliśmy, a jednak. A jednak listopadowy "Świat Kobiety" opublikował reportaż o mojej żonie (str. 128), naturalnie w kontekście miłości. To "jednak" wynikało z licznych zastrzeżeń, jakie postawione zostały jeszcze przed wywiadem, nie mówiąc już o autoryzacji; szczęśliwie dziennikarka jest osobą empatyczną, więc nie doszło do konfliktu. Moja żona zdecydowanie sprzeciwiła się tytułowi artykułu, to była grafomania w czystej postaci, totalne kłamstwo typu "uśpiona kobiecość". Redaktorka nawet nie odpisała na jej mejla z propozycją jakiegoś normalnego tytułu. Ostatecznie dobre duchy czuwały, bo obecny tytuł, mimo że trochę landrynkowy, ujdzie, zwłaszcza na łamach tak sprofilowanego pisma. Z tego wszystkiego najciekawsza była sesja fotograficzna w naszym mieszkaniu i na ulicy Wąwozowej. W sumie warto było, trochę optymizmu na tak smętną pogodę. Żal tylko ściska, ile - oprócz prawdy - jest w tym pewnej projekcji, fokusowania, selekcji.

piątek, 3 października 2008

Tysiąc i więcej stron


„Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było”, tak Littell zaczyna swoją cegłę – „Łaskawe”. Już mi się podoba. Są opasłe książki, o których spokojnie można powiedzieć, że częściowa kastracja wcale by im nie zaszkodziła, wręcz przeciwnie. Autor cierpi na manię bezkrytycyzmu, pragnie zwrócić uwagę świata swoim zdanioklepaniem, słowa wypadają mu uszami, wydostają się spod paznokci, wykwitają z porów w skórze, wydostają się z kozami z nosa, a już lawinowo skapują spod powiek, kiedy pisze, pisze i ani przestać nie zamierza, tak pisze, sto tysięcy pomysłów go atakuje, on zaś nie ma sumienia, by je hurtowo dilejtować, przygarnia więc kolejne stada zdań bez pokrycia, uprawia grafomańską adopcję i… zapędza się z powielaniem synonimicznych porównań jak ja teraz:) Co do „Łaskawych” nie mam wątpliwości jeszcze przed lekturą – ta powieść po prostu musi być tak opasła. Bohater mojej „Gangreny” zamordował zaledwie parę kobiet, zasługuje na dwieście kilkanaście stron. Max Aue zmiótł z powierzchni ziemi tysiące ludzi, więc zasługuje na co najmniej tysiąc stron…

poniedziałek, 29 września 2008

Czarownice z Salem


Nie ma sensu streszczać tej klasyki autorstwa Millera, mogę tylko odnotować, że spektakl jest wyreżyserowany w taki sposób, że działa sugestywnie na widza, co niewątpliwie jest zasługą świetnej obsady, ale także samej sztuki. Każde czasy urządzają właściwie swoim obsesjom i fobiom polowania na czarownice, czy to byli agenci, czy domniemani, czy wiedźmy, czy poeci przeklęci... Scenografia urządzona ze zmysłem, jedyny błąd to umieszczenie części widowni po obu stronach sceny, co po prostu rozprasza odbiór. Szczególnie nakłuwała oczy pewna staruszka z czerwonymi włosami. I nawet charyzma Zapasiewicza wymiękała przy zderzeniu z intensywnością koloru, widoczną praktycznie ze środka sceny. To dobre w Awinionie, a nie na deskach Powszechnego.

czwartek, 25 września 2008

Jutro w Planie B


Wczorajsze spotkanie z autorem "Jutro wyjeżdżam do Laponii" prowadziła nasza przyjaciółka, Justyna. Fakt jest faktem, przyszliśmy tam wszyscy dla niej, ale nie zaszkodziło też poznać debiutanta, który okazał się - szczęśliwie - dowcipnym, pełnym autoironii człowiekiem.

Plan B wyróżnia się niestety taką właściwością, że praktycznie nie ma tam gdzie pooddychać, nie tyle świeżym powietrzem, ile w ogóle pooddychać. Nasza wesoła ekipa po zakończeniu wieczoru literackiego została w sali dla niepalących, która przypomina jakiś dark room, ma się wrażenie, że zaraz padnie się tam trupem, a rigor mortis nastąpi szybciej niż w kostnicy. Odosobnienie na nic się jednak zdało, ubrania mamy przepalone do ostatniej niteczki; taki urok bywania w jednej z najbardziej popularnych, alternatywnych miejscówek w Warszawie.

To był udany wieczór. A może noc.

niedziela, 21 września 2008

172


Właśnie na tej stronie „Pod wulkanem” zahamowałem, aż oczy mi zadymiły, i dalej, choć próbowałem jeszcze przebrnąć przez parę wersów na stronie 173, nie pojechałem, nie wpadłem do krateru. Nieodwołalnie straciłem zainteresowanie autodestrukcyjnym Konsulem, jego labilną żoną i przyrodnim bratem.

Dawno mi się to nie zdarzyło. Jedną z najgorszych powieści, jakie w życiu czytałem, jest „Pod słońcem Scortów” Laurenta Gaude; pozycja wyróżniona nie wiadomo jakim cudem nagrodą Gouncortów, krytykowana za grafomanię i stylistyczną, i etyczną. Do jej lektury przystąpiłem „z dużą dozą tolerancji”. Utraciłem ją zaledwie po kilku stronach, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Kiedyś Tadeusz Nyczek pisał, jak to chciał walnąć „Gangreną” o podłogę, tak go zirytowała jej wulgarność. Mnie w „Słońcu” rozdrażniła przede wszystkim jakaś taka komunistyczno-familijna narracja i wręcz obezwładniający banał, poczęty przez absolutny brak autoironii pana Gaude; cóż, taki się urodził, tak będzie pisał.

No dobrze, ale co to ma do rzeczy w kontekście zaniechanego arcydzieła Malcolma Lowry’ego? Jego dziełu „Słońce Scortów” nie dorasta nawet do pierwszego rozdziału. „Pod wulkanem” wyróżnia się gęstym metaforycznie stylem, lingwistycznym miksem, absolutnie nie można zarzucić mu symplifikacji rzeczywistości czy ogranych chwytów typu „odwieczne trio”; tutaj wszystko podane jest w nowym, odświeżającym sosie, a raczej lawie… „Pod wulkanem” zasługuje na postawienie przy cyklu Prousta czy „Ulissesie” Joyce’a. Dlaczego więc się poddałem? Dlaczego popełniam dywersję i jeszcze rozgłaszam to publicznie, narażając się na ewentualną krytykę, żem leń, ignorant, bezguście i pochopny krytykant?

„Pod wulkanem” ma wszystko, co literacko najlepsze, ale nie ma – przynajmniej dla mnie – jakiejś takiej drugoplanowej melodii, takiego rytmu, który skutecznie zagoni mnie do przeczytania tej powieści do ostatniej kropki na stronie 404. Czytając, wielokrotnie odniosłem wrażenie, że autor (alkoholik zresztą) nie tylko pisał niektóre (jeśli nie wszystkie) akapity na niezłym rauszcie, ale później popełnił karygodny błąd – nie zredagował tego, co począł przy namiętnym współżyciu z whisky czy tequilą. W efekcie pewne fragmenty, początkowo atrakcyjne literacko, przemieniają się w rozmemłane ustępy, nużące, nieangażujące czytelnika.

Jeśli się mylę, trudno. Odkładam powieść Lowry’ego na półkę. Z zakładką na stronie na 172. Ciekawe, czy pewnego dnia ponownie ją otworzę.

środa, 17 września 2008

Zimno


Faktycznie, dawno nie było tak zimnego września. Spadek gwałtowny, niedawno trzydzieści stopni, nagle sześć, siedem. Na igoogle - w ramach meteorologicznego masochizmu - oprócz prognozy pogody na Warszawę ustawioną mam także Lizbonę, Rzym, Ateny i Paryż. Ten ostatni daje jako takie pocieszenie, że również inni cierpią; wtedy i nam łatwiej, prawda? Nie do końca jednak w to wierzę, Paryż zawsze jest gorący - swoją atmosferą, która sprawia, że moglibyśmy tam latać co weekend. W Paryżu wszystko smakuje lepiej, kobiety są szykowniej ubrane, pieski bardziej słodkie, ludzie na ulicy milsi, politycy mniej kłamliwi, w Sekwanie trudniej się utopić niż w Wiśle, kieszonkowcy, jak kradną, to z uśmiechem, po wypiciu dwóch butelek wina na głowę nie ma się kaca, ale to nie koniec miłych niespodzianek, bo w Paryżu sprzedają najdłuższe bagietki, w Paryżu zawsze jest wiosna lub lato, zima została oficjalnie zgilotynowana dawno temu, zaś jesień wygnano na Gujanę Francuską bez prawa powrotu, poza tym na ulicach jest nieprawdopodobnie czysto, nic dziwnego, skoro emigranci szorują każdą płytę, każdą kostkę specjalnymi szczotkami, aż im dłonie bieleją z wysiłku. Paryżu kochany, jak my cię uwielbiamy! W Warszawie już przy dwudziestu stopniach odechciewa się funkcjonować. Ja sam najchętniej albo bym teraz wyjechał w stronę w miarę łagodnego słońca, albo po prostu nie wychodził z mieszkania. Sporo książek do przeczytania, choćby "Pod wulkanem", której treść rozgrzewa na tyle, że chce się sięgnąć po ochładzającego drinka. To i tak nic nie pomoże, śmiem wątpić. Pada deszcz. Czasem jakieś cegły z nieba, bo nas tam nie lubią za paranoidalne nastawienie. Choć na Kabatach grzeją, to w innych częściach Warszawy panują syberyjskie warunki, niemowlęta zamarzają w kojcach, mężczyznom kostnieją moszny, jedynie akwizytorzy czerpią zyski ze sprzedaży chińskich farelek, które mają w zwyczaju zapalać się o czwartej nad ranem i wielu do końca nie rozróżni, czy płomienie, które pożerają ich łóżka, to jawa czy sen.

sobota, 13 września 2008

Mieszkanie dla Łukasza


Mój brat szuka kawalerki w centrum Warszawy. Kuchnia + pokój. Jest już na półmetku castingu, mieszkania prężą się i cmokają kokieteryjnie. Jako że żyjemy w Polsce, większość z mieszkań to prawdziwe wyrzuty sumienia... Zdjęcie obok (na dodatek przesłane przez agencję nieruchomości) pokazuje nie tyle real, ile straszną prawdę, a potem ludzie się dziwią, że większości podoba się instytucja spowiedzi czy piosenki Dody etc.

piątek, 12 września 2008

Cafe Róża


Gdy tęskno za Portugalią, to Cafe Róża, gdzie win nadatlantyckich dostatek, po cenach jeszcze nie tak agresywnych, jak w innych winiarniach. I rzeczywiście, o ile wino dało się pić bez poczucia kwasu, że zapłaci się za nie minifortunę, zamówione tosty z czymś przypominającym tapenade okazały się nie tylko drogie, ale normalnie nie do przełknięcia, nie mówiąc już o najbardziej paskudnych oliwkach z oregano, jakie kiedykolwiek próbowaliśmy jeść. Serce się kroi na przypomnienie paryskich restauracyjek, gdzie do wina dają gratis miseczkę z zielonymi oliwkami, posypanymi ziołami, polane oliwą. W Cafe Róża dostaliśmy czarne oliwki w posoce własnej, posypane oregano... Portugalia na miarę Polski, ot co.

środa, 10 września 2008

Redakcja


Jedną z najprzyjemniejszych chwil w życiu prozaika (brzmi jak wypis z książki do biologii, drogie dzieci, a za chwilę opowiem wam o jego zwyczajach godowych) jest redakcja książki - już po redakcji wydawnictwa. Siedzę więc to na sofie, to przy stoliku, piję napoje pobudzająco-rozniecające, czytam "Znieczulenie miejscowe". Pogodę mamy na Kabatach słoneczną, nasz bojownik, po tygodniowej chorobie spowodowanej niepotrzebną zmianą pokarmu, szczęśliwie doszedł do siebie, choć mało brakowało, by legł na dnie swojej kuli, moja irytacja całokształtem nieco złagodniała, bez roztkliwiania się nad sobą i wszechświatem mogę zapieprzać do północy.

poniedziałek, 8 września 2008

Dwa dni, dwa miasta


Weekendowy wyjazd do 1) Wrocławia w sobotę, 2) Poznania w niedzielę. Cóż, Kraków jest nie do pobicia, jeśli chodzi o polskie miasta, po prostu bezkonkurencyjny swoim zagęszczeniem, atmosferą. Ale tam, gdzie byliśmy, i tak gwarniej, przyjaźniej niż w Warszawie. Szczególnie na wrocławskim rynku. Odnieśliśmy wrażenie, że tutaj dzień naprawdę trwa dwadzieścia sześć, siedem godzin. Nie chce się spać. Nie chce się wracać do domu. Ludzki teatr dookoła, tylko siedzieć, obserwować. We Wrocławiu sporo żuli, nagabują ludzi, ciągle chcą kasy, babcia chodzi i kwęka, by odpalić jej złotówkę, nawet w pociągu koleś ściemnia, że zabrakło mu do biletu. W Poznaniu zdecydowanie zamożniej, a może - pracowiciej.

środa, 3 września 2008

TV Patio


Wpierw był mejl:

"Jestem z firmy producenckiej Lemon, która zajmuje się produkcją programów dla Patio TV. Jest to nowa, ogólnopolska tv dla młodych ludzi, która rusza we wrześniu. Robimy program o młodych pisarzach, a dokładnie o tym, skąd wziąć pomysł na książkę."

No i przyjechali do mnie do domu (bo taka konwencja, że u twórcy na jego śmieciach, dosłownie i w przenośni), bystry dziennikarz i wyluzowany operator; poczęstowałem ich colą i sokiem, oni w zamian poczęstowali mnie pełnym profesjonalizmem, długi wywiad, za tło posłużyła moja kreatywna kanciapa (laptop, półka z kluczowymi dla mnie książkami i legendarną już, pluszową świnką z Wiednia zwaną Sissi), z którego zapewne ostanie się kilka minut w emisji gdzieś w październiku.

wtorek, 2 września 2008

Kilka dni


Przepychanki słowne, mejle, obietnice, zawody, ustalenia, spóźnienia, nerwy, rozbite szkło, chwiejnym krokiem przed siebie albo za siebie, przymierzanie, odcinanie, odrzucanie, projektowanie, kasowanie, bębnienie, czytanie, irytacja, imaginacja, muzyka, filmy, słuchawki, mp3, komentarze bez znaczenia, czapka na głowę, czapka z głowy, google maps, zoomowanie, analiza tatuaży, erotyka, zakupy w Merlinie, czyjeś zaproszenia ślubne, przeterminowane produkty w sklepie Żabka, nowy autobus na Wąwozowej - 179, kursujący podejrzanie często, nowy Absolut o smaku grapefruita, wino portugalskie, a i chilijskie, tęsknota za porządnym sztachnięciem się sziszą, Desperados, fado, kaszel alergiczny na pieczywo, weekendowe plany, łzy, moje łzy, playlista na planowaną imprezę, kicz i jeszcze raz kicz, karmienie bojownika Leonidasa Napoleona, fragment nowej książki Kuczoka – „Senność”, Gustaw, wyrodne dziecko Katriny, risotto w nowym piekarniku, whisky, moja kochanko, kontemplacje, kurwice, fragmenty dziennika braci Goncourtów, przepychanki o okładkę „Znieczulenia”, propozycje, pogróżki. Minęło zaledwie kilka dni...

środa, 27 sierpnia 2008

Cichy zabójca w Komisariacie


Wieczór literacki naszej znajomej Izy Szolc w "baroklubie" Komisariat z okazji wydania "Cichego zabójcy". Iza próbuje w kolejnych książkach zmieniać szaty konwencji fabularnej, pytanie, czy ogólnym rozliczeniu wyjdzie z tego butik, czy lumpeks.

Nazwa miejsca jest wymarzona do promowania kryminału. Ale jego menedżer powinien trafić za kratki za brak mikrofonu. O ile prowadzący Klejnocki brzmiał i grzmiał, cichy, kobiecy głos Izy nie miał szans na dotarcie do wszystkich stolików. Na szczęście bardzo się starała, więc tyle dobrego.

Pamiętam dni świetności Komisariatu. Tak się złożyło, że kiedy go otwierano dobrych kilka lat temu, byliśmy tam zaproszeni na premierowe party; obowiązywały stroje w stylu "pimps and bitches". Mnie udało się upodobnić do ulicznego batiara z Bronxu, z obowiązkowym łańcuchem i dżinsowymi spodniami z krokiem sięgającym kolan, a moja przyszła żona, cóż, zrobiła się na doskonałą dziwkę z dolnego Manhattanu... I w ogóle ludzie doskonale się poprzebierali, kajdanki, pałki, kapelusze, pończochy, podwiązki; cała ekipa spokojnie mogłaby wystąpić na planie klipu Lil Wayne'a.

Może Freud miałby i tu coś do powiedzenia, ludzie uwielbiają przebieranki. Pozostając w kontekście przebieranych imprez, dodam, że jedną z najbardziej udanych, na jakiej się bawiliśmy, urządził mój brat (Perwers Party). Najmniej spontaniczne imprezy organizowane są w klubach, domówki sprzyjają pójściu na całość. Chociaż pewnie są i takie kluby, gdzie no limits. Niewątpliwie spory potencjał mają w sobie wszelkie parties w stylu "kicz" czy mody minionych dziesięcioleci. Bardziej prowokacyjne, typu "Sylwester w Watykanie" niekoniecznie się powiodą, nie wszędzie dostaniesz sutannę czy habit. Ciekawe, jak nasze czasy zostaną podsumowane przez bawiących się wnuków? Umieramy ze śmiechu, widząc fryzurę Samanty Fox. Czy ogoleni, rymujący Murzyni będą wyznacznikiem fasonu pokolenia pierwszej dekady nowego wieku, podsumowaniem naszych aspiracji i ducha mody?

W latach 60. ubiegłego wieku Truman Capote wymyślił sobie bal kostiumowy w nowojorskim Plaza Hotel - słynny "Black and White Ball". Pozazdrościć funduszy, rozmachu i sukcesu.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

PDW atakuje, czyli...


Czytam sporo książek, ale też czytam sporo recenzji książek... Czasem jestem naprawdę pod wrażeniem bezpretensjonalnej fristajlerki krytyków, np. Anny Marchewki, Piotra Kofty czy Agnieszki Ciechnowskiej, ale tym razem stary, zasłużony Paweł Dunin-Wąsowicz przeszedł samego siebie. Po prostu przeszedł, ni więcej, ni mniej. Może nawet przeskoczył, niesiony olimpiadą w Pekinie, kto go tam wie.

W najnowszej LAMPIE (lipiec 2008) PDW, recenzując książkę Jarosława Grzędowicza "Wypychacz zwierząt" (Fabryka Snów, takie wydawnictwo od produkcyjniaków SF), pisze:

Jeśli chodzi o uczciwość Grzędowicza jako jej praktyka, jako nabywca jego nowego tomu opowiadań "Wypychacz zwierząt" podaję nr konta (tu PDW rzeczywiście podaje nr swojego konta [sic!]) i apeluję do jego sumienia w sprawie zwrotu ceny zakupu tej książki w części proporcjonalnej do zawartości drukowanej całkiem niedawno w zakupionych wcześniej przeze mnie antologiach takich jak: "Deszcze niespokojne", "Hura! Niech żyje Polska", "PL +50" oraz "Wizje alternatywne" - chodzi o wypchane tym towarem co najmniej 290 z 470 stron, czyli 61% z 29 zł 99 gr - w zaokrągleniu kwotę 18 zł 30 gr.

PDW wygarnia więc Grzędowiczowi sprzedawanie tego samego towaru dwa razy. I słusznie domaga się rekompensaty. Cóż, bez wazeliny - niezła zagrywka. Ale w takiej formie to jeszcze chyba żaden krytyk nie zapodał.


Na zdjęciu: PDW podczas wieczoru literackiego (Czuły Barbarzyńca, 20.02.2004) ze mną w roli głównej z okazji wydania "Poszukiwaczy opowieści", a właściwie to premiery płyty z nagraniem rapera Gorzkiego z fragmentem "Poszukiwaczy" + wstawki autora.

piątek, 22 sierpnia 2008

ANNA ZOO


Po wczorajszym bankiecie w hotelu Le Regina (pewnej fajnej agencji PR) niełatwo dziś utrzymać równowagę percepcji, szczególnie że było dosyć intensywnie, hotelowe patio przemieniło się w żywą esplanadę, na której mogliśmy rozmawiać ze znajomymi i poznawać nowych znajomych...

Nie wiem więc, czy to był zwid, czy fakt, ale przechodząc dziś alejką w Galerii Mokotów zobaczyłem znajomego literata. Literat chyba mnie nie zauważył, więc chcąc się upomnieć o uwagę, otworzyłem usta, by wypowiedzieć jego imię, i wtedy zobaczyłem, że na koszulce od strony pleców ma logo... sklepu zoologicznego ANNA ZOO.

- Zaraz, zaraz. Krytyk literacki, dziennikarz, od niedawna autor prozy SF, co on robi w tym przebraniu? Zbiera materiał do nowej książki?

Nic nie powiedziałem. Literat skręcił w lewo, do sklepu. Nie mogąc w to uwierzyć, powłóczyłem się przez kilkanaście minut. W końcu nie wytrzymałem, wróciłem w okolice sklepu (dodam, że ten oddział wyspecjalizowany jest wyłącznie w rybach, tutaj m.in. kupiłem ostatnio żwirek dla naszego bojownika) i widok się powtarza, widzę znajomego literata za ladą!

Nie wszedłem.

środa, 20 sierpnia 2008

Pawilony


Pisząc językiem z Discovery Channel, Pawilony znajdują się na tyłach Nowego Światu, w prostej linii od Foksal do Smolnej. Kiedyś obsadzone przez drobnych rzemieślników, dzisiaj przeżywają drugą młodość jako alternatywne miejsce przesiadywania i marnowania lub wzbogacania swojego życia przez różnych różnistych, w tym i nas. Na Nowym Świecie Bierhalle, eleganckie restauracje, kawiarnie, wszystko sformatowane jak nauczyciele marketingu przekazali, a tuż obok za kamienicami raj dla freaków, backpackersów, miłośników sziszy, piwa i niewymagającej konsumpcji (choć i od jakiegoś czasu działa bar z sushi, także obowiązkowy plebejski Turek i Chińczyk). Ten kontrast robi wrażenie, szczególnie na turystach, którzy trafili tu jakimś cudem lub za dobrą radą przewodnika Lonely Planet.

Najlepiej jest tam właśnie jak wczoraj wieczorem, gdy po całym dniu upału następuje zgodne oczekiwanie na orzeźwiającą dawkę nocy; stoliki przed minipiwodajniami (nasza ulubiona nazwa to Kociarnia) tworzą jeden wielki ciąg, ludzie przy wyborze miejsca nie kierują się nazwą, tylko wolnymi krzesłami. A że takiego cudu jak krakowski Kazimierz w Warszawie nie uświadczysz, atrakcyjność Pawilonów jest tym większa (choć niezasłużona) - jak brzyduli po pięciu drinkach.

Najgorzej w zimie, kiedy Pawilony zrzucają kanikułową maskę i okazują się tym, czym są w rzeczywistości - kanciapami, pełnymi papierosowego dymu, potu i, mimo wszystko, owej wytęsknionej alternatywności, tolerancyjnej niszy, w której łatwo poderwiesz dziewczynę lub równie łatwo załapiesz w szczękę od jej chłopaka. Doskonałe miejsce dla ludzi o artystycznym duchu; prawnicy czy korporacyjne miśki nie mają tu co szukać szczęścia, chyba że zamierzają konsekwentnie zejść na złą drogę, wtedy serdecznie witamy, prosząc o postawienie dwóch kolejek tak na wszelki wypadek...