środa, 29 października 2008

Roma



Zazdrość ta była w pełni uzasadniona, bo odkąd pamiętam, nie skąpiłem jej wobec Edwarda Gibbona, autora „Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego” (jaka szkoda, że polskie tłumaczenie jest niepełne, ot resztki ze stołu wielkiej uczty erudycji), który prawie trzy wieki temu przybył na ruiny Forum Romanum i tutaj, zapewne w blasku zachodzącego słońca, siedząc na którejś z upadłych kolumn, delektował się i zarazem płakał na widok tej zrujnowanej wspaniałości po Cesarstwie; wtedy też zadecydował o napisaniu dzieła swojego życia, które zmieniło historiografię, i na zawsze już stworzyło mit Wiecznego Miasta, jego minionej potęgi i dziedzictwa, które po dzień dzisiejszy przenika naszą zachodnią cywilizację (przepraszam za wzniosłą frazę, nie mogę inaczej).

Pan Gibbon wreszcie nie musi zważać na małego, słowiańskiego zawistnika; wreszcie i on spełnił swoje marzenia do spółki ze słowiańską żoną, z którą w dwuosobowym legionie peregrynował po miejscach, gdzie przechadzał się Caligula, Klaudiusz, Trajan czy Sewer. A przy tym dopisała pogoda, z czterech dni dwa były wręcz niemożebnie słonecznie, kiedy wyznaczyliśmy sobie główne trasy, antyczną i nowożytną. Rzym jest wspaniałym miastem, w którym naprawdę się bez reszty (w euro…) zakochaliśmy. Ave!

3 komentarze:

daniel pisze...

Coś czuję, że do tego Rzymu jeszcze wrócisz. Z wielu powodów i na wiele sposobów... Tymczasem, odliczam dni na zabieg znieczulenia.

Anonimowy pisze...

(prowadzenie: K. Szczuka, na twarzy wyraźnie ślady starzenia; biedactwo).
tez sie kiedys zestarzejesz. i nie bedzie ci stawal! nie moge sie doczekac...

Dawid Kornaga pisze...

Ależ oczywiście. To po prostu zwyczajna obserwacja, a nie złośliwość; uważam, że K. Szczuka jest nadal atrakcyjna. A moje kurze łapki są coraz bardziej intensywne, normalnie jak kawa arabica.