czwartek, 24 stycznia 2008

Gangrena - recenzja

Źródło: www.melante.bloog.pl

Gangrena… To bardzo delikatne słowo na określenie tego, czym jest główny bohater tego utworu. Tak, dokładnie, czym - a nie kim.
Sięgnęłam po „Gangrenę” zachęcona przez komentarze krytyków: „współczesna wersja Zbrodni i kary!”, „Szokująca, poruszająca, nikt nie przejdzie obok niej obojętnie (…)” itp. itd.
Po pierwszych dziesięciu stronach, przerzucałam kartki jak w gorączce. Coś mnie pchało do czytania kolejnych linijek, jakiś podstawowy instynkt, jakaś zwierzęca cząstka mojej natury. Ta opowieść, monolog gwałciciela - zabójcy, fascynowała mnie, ale też odpychała. Z upływem stron, który przypominał upływ krwi z jątrzącej się rany, nad fascynacją górę wzięło obrzydzenie. Z każdą stroną czułam coraz większy ucisk w żołądku…
Trudno napisać coś o treści tej książki. Jest tam przynajmniej jeden makabrycznie okrutny i brutalny gwałt oraz kilkanaście mniej okrutnych, ale przez to może jeszcze bardziej wyzutych z ludzkich uczuć, godności i moralności, gwałtów. Główny bohater jawi się jako człowiek bardzo inteligentny (jest matematykiem) i, w swoim mniemaniu, lepszy od innych ludzi. Krótko mówiąc – to psychopata pierwszej wody, który swoimi uczynkami próbuje udowodnić tezę Nietzschego o śmierci Boga. Gwałcąc brutalnie Emilię, kobietę, którą śledził przez wiele tygodni, wzywa Boga „czemu nie trzaśniesz mnie błyskawicą w dupę?”… I na dodatek samego siebie nazywa pomazańcem. Podrywa nastolatki w klubach, manipuluje nimi i gwałci, gdy są pijane. Nie mówiąc już o oszukiwaniu swojej dziewczyny – grzech chyba najbardziej nieszkodliwy, ze wszystkich jego zbrodni.
Druga strona, tego zardzewiałego medalu, to Babcia. Przypuszczalnie kobieta, która go wychowała. Tylko w stosunku o niej, Adam (główny bohater), wykazuje jakieś ludzkie odruchy. Cała reszta jego działań jest ściśle wykalkulowana, jak na matematyka przystało, obliczona na uzyskanie konkretnego efektu – zmanipulowania człowieka tak, by zrobił to, na co Adam ma akurat ochotę.
Czyżby więc autorowi chodziło o rozdmuchanie odwiecznego dylematu psychologów od resocjalizacji: „człowiek z twarzą potwora, czy potwór z ludzką?”??? Nie wiem. W każdym razie, jeśli ma to być współczesna wersja „Zbrodni i kary”, to czekam na drugi tom, bo w tej książce jest tylko zbrodnia.
Teraz powinno nastąpić podsumowanie, więc napiszę tak…
Gdybym musiała czytać tę książkę dłużej, niż dobę – rodzaj wyrafinowanej autotortury, teraz dochodzę do takiego wniosku – to w końcu podarłabym ją na małe kawałeczki i spuściła w klozecie.
Trzeba mieć mocną psychikę, by po lekturze tej książki, będąc kobietą, nie popaść w depresję i manię prześladowczą. Ja dzisiaj zrezygnowałam z makijażu i butów na obcasie – pewnie do jutra mi przejdzie (mam nadzieję).
Nie polecam tej książki kobietom (szczególnie tym, które przeżyły jakąś napaść).

2 komentarze:

robert pisze...

a ja w przeciwieństwie do osoby piszącej tą recenzję polecam tę książkę. fakt, jest brutalna ale prawdziwa

Kornaga pisze...

W sumie postrzegam powyższy tekst jako chorobliwą fascynację. Kobietka jest wrażliwa, to dobrze. "Gangrena" to nie popowa hosztaplerka. Ona poniekąd to wyczuła - gdzieś między marginesami. Najważniejsze, że ta proza PORAżA. O nic mi tak nie chodzi, jak o Arystotelowskie katharsis.