środa, 30 stycznia 2008

Bez nazwiska

Na 40% zasłużonym bohaterem wieczoru promocyjnego w klubie Punkt (Aleja samobójców autorstwa Krajeńskiego i Czubaja) został jego prowadzący, pan...

- Kornaga, tylko bez nazwisk, mendo jedna pisarska. Już dostałeś opierdol, że jak ostatnie chamidło radzisz diwie operowej, by schudła o 10 kilo, więc pohamuj się z pokazywaniem pazurków.

- Ale ja tak z ironii... Ja i sobie dowalam, jak trzeba. Diva nie święta krowa, a wygląda jak krowa.

- Stul pysk, wampirze paskudny! Opowiedz bez nazwisk, jak było w Punkcie i idź na drinka albo butelkę Cisowianki. OK?

- No dobrze.

Prowadzący Bez Nazwiska, który z kolei w 2005 r. wspaniale poprowadził mój wieczór literacki z okazji wydania Gangreny, tym razem mimowolnie wysunął się na prowadzanie przed bohaterami wieczoru. Pamiętam, wtedy chciałem, by napił się ze mną po kieliszku wina. Oświadczył, że jest byłym alkoholikiem. Nie wolno mu pić.

Przez ten czas widocznie wiele się zmieniło. Wczoraj wyglądał na byłego byłego alkoholika. Nie jest to jakiś zarzut, wręcz przeciwnie, żadnej hipokryzji, żadnego podnoszenia podbródka. Każdy człowiek ma prawo pić, ile mu się podoba i kiedy mu się podoba. Także pan Prowadzący Bez Nazwiska.

Tylko że przez to niechcący wystawił się na plan pierwszy.

Postronni zastanawiali się, może nie pijany, może jakieś leki, może wątroba, może nerki, może dusza? Jeśli nie 40% szaleństwa, to zapewne inna przyczyna.

Ale przyczyna nas nie interesuje. To sprawa pana Prowadzącego Bez Nazwiska. Nic nam to tego, a tobie – Kornaga – tym bardziej, maro wstrętna, złośliwa.

Niech obrazy mówią same za siebie. Prowadzący Bez Nazwiska miał problemy z mówieniem, składnia mu się zapętliła, jakby nie pamiętał, o co chciał zapytać. A jak pytał, to nie pamiętał, o co właściwie i po co. Policzyliśmy, że kiedy Czubaj opowiadał o książce, siedzący za nim Prowadzący Bez Nazwiska siedem razy kichnął. Dwa razy wypadły mu z ust na stół i podłogę przeżuwane paluszki, które dziwnie wolno przeżuwał. Spotkanie zaczęło się o 20.15, skończyło praktycznie pół godziny później; Prowadzący Bez Nazwiska gasł w oczach, aż żal go nam się zrobiło.

Zobaczyłem go ponownie w toalecie. Prawie nie kontaktował. Nie widział. Zataczał się, opierał o ścianę. Daremnie próbował się dostać do kabiny, w której ktoś już był. Potem do drugiej, również zajętej.

Wierzę, że facet dojdzie do siebie, bo tęga z niego głowa. Cokolwiek doprowadziło go do takiego stanu, niech wyparuje z organizmu i da mu spokój na długi czas. Lepiej, żeby nie kroczył swoją prywatną aleją samobójców.

4 komentarze:

robert pisze...

pan bez nazwiska był niesamowity:) chyba na wszystkich duże wrażenie zrobił

daniel pisze...

Twoje relacje ze spotkań autorskich są bezbłędne. lol Szacunek. Gdybym zobaczył cię na swoim wieczorze promocyjnym, autentycznie wpadłbym w panikę. Pzdr.

Counterfeit pisze...

Tak troszkę nie możesz się zdecydować... Niby reportażowo, trochę literacko... Podoba się. Mimo, że klimatów warszawskich od jakiegoś czasu nie śledzę.

"Aleję samobójców" czytałem, strawne, ale do wysokiej formy dużo brakuje.

Kornaga pisze...

Jest różnie. I reportażowo, i literacko (mam nadzieję) - w zależności od tematu i mojego stopnia wkurwienia lub jego braku...