wtorek, 8 stycznia 2008

1095

Dzisiaj mijają 3 lata, odkąd przeprowadziliśmy się na Kabaty. Było wtedy, jak na styczeń, wyjątkowo ciepło. Czterech mocarzy z firmy przeprowadzkowej w miarę szybko uwinęło się z robotą. Ale i tak jeszcze przez kilka dni jeździliśmy do byłego mieszkania po odzież, doniczki, drobiazgi. Pierwsze danie, zjedzone na nowym to była jakaś wietnamszczyzna, zakupiona na pobliskim bazarku (tylko z nazwy, bo to jeden z najdroższych „bazarków” w W-wie). Byliśmy tak zajęci ustawianiem sprzętów, że kiedy poczuliśmy głód, wystarczyłoby trochę keczupu i suchego chleba, też byśmy go pożarli, mlaskając ze smakiem.

Przez te 1095 dni urządziliśmy sporo imprez; ucierpiały ściany, podłoga, żaluzje, kasy również sporo poszło, ale nie żałujemy, żałują drobnomieszczanie i drobnoblokowcy. Z ciekawszych parties:

1) Parapetówka w rustykalnym stylu (mięsiw wszelakich co niemiara, gorzałki całe wiadra);

2) Sylwester 2006 (siedemdziesięciu gości, sto balonów, osiem worków ze śmieciami, kilkadziesiąt pustych butelek – kiedy to wszystko wyniosłem, mięśnie w rękach bolały mnie przez pół tygodnia);

3) Noc Frankofońska (Sekwana wina);

4) Oglądanie meczy podczas mistrzostw świata w Niemczech (boisko piwa, starte gardła, choć jesteśmy ostatnimi, których można zakwalifikować do fanów futbolu);

5) Biesiada Książkowa (pisał o niej później WiK, dodatek kulturalny do Wprost, każdy gość musiał przeczytać fragment przyniesionej przez siebie książki, dyskusje);

6) Wieczór Arabski (po powrocie z trzeciej podróży do Egiptu, kuchnia wschodnia, szisza, tańce brzucha);

7) Jo Party (urodziny żony w zwariowanym stylu fusion – i punk, i rock‘n’ roll, do tego disco polo i sporo orientalnych beatów).

Inspiracji więc nie brakowało i nie brakuje. Po prostu dobrze nam na Kabatach. Jest tu nieco chłodniej niż w śródmieściu, więc po wyjściu z metra człowiek od razu czuje się rześko.
- I co jeszcze przeważyło - zapytacie - że się tu przeprowadziliście?
No, na Kabatach słońce później zachodzi, komarzyce nie kąsają, a psy po załatwieniu się same wrzucają kupki do koszy. W pobliskim hipermarkecie Tesco organizują niekończące się promocje, których nie uświadczysz gdzie indziej - np. chleb żytni kosztuje 99 gorszy, paczka kabanosów tylko 1,50 zł, a jeśli kupisz dwa piwa, dwa kolejne otrzymasz gratis i jeszcze paczkę orzeszków ziemnych. Kto jest katolikiem i chodzi do kabackiego kościoła, ma zagwarantowane miejsce w raju - czy mu się to podoba, czy nie. W basenie przy ulicy Wilczy Dół zasadzili sprowadzone prosto z wybrzeży Bali rafy koralowe, więc bez konieczności wylotu do Sharm El Sheikh można zakosztować rozkoszy snorkelingu. Na Kabatach mieszkają najpiękniejsze kobiety, najprzystojniejsi mężczyźni i najsłodsze dzieci. Nikogo nie trapią koszmary senne, nowotwory czy utarczki z urzędem podatkowym, a listy wrzucone do skrzynki na drugi dzień trafiają do adresata. Nawet połączenia komórkowe są u nas tańsze, zaś esemesy zawsze kosztują 1 grosz. Oprócz metra obsługuje nas pięćdziesiąt sześć klimatyzowanych autobusów i jedenaście helikopterów. Śniegu dawno tu nie widzieliśmy, o gołoledzi słyszymy tylko w telewizji. Aha, dentyści są za darmo; płaci się tylko za polerowanie zębów. Nic więc dziwnego, że każdy chce mieszkać na Kabatach.

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Czy dałoby się zaaranżować pojedynek Żulczyk-Kornaga? Chętnie bym popatrzył, jak Kornaga tłucze Jakuba.

daniel pisze...

Niech pisarze walczą piórami, celerbity death match zostawmy podupadającym gwiazdkom ekranu.

PS. Do Warszawy mnie nie ciągnie, choć to z pewnością ułatwiłoby parę spraw.

daniel pisze...

PS. miało być 'celebrity', wyszedł kwas.

chiara76 pisze...

Gratulować?
Nam "stuknęło" we wrześniu 5 lat. Jednak nie umiem się tu odnaleźć i żałuję coraz bardziej, że w ogóle wynosiłam się z Żoliborza...
Pozdrawiam sąsiada i życzę powodzenia ;) także pod kątem literackim!

robert pisze...

i oby jak najdłużej na tych kabatach Wam się dobrze mieszkało

Kornaga pisze...

Ja już tyle się razy przeprowadzałem, że na razie mi wystarczy. Jeśli już, to do
1) Paryża
2) Berlina
3) Rzymu