czwartek, 31 stycznia 2008

Dziecko ulicy

Zamiast iść wczoraj na obiad do jakiejś normalnej restauracji w okolicach ul. Targowej na Pradze, to nie, my tacy skromni, tacy bez ąę, ćś, źdż, tacy prosocjalni, tacy prawie że lewicowi (na papierze) wpadliśmy na lunch do czegoś, co przypomina bar gastronomiczny; a gdyby tam mieli na ścianach fotosy księżyca, byłby astronomiczny, a gdyby tam mieli fotosy Bitwy pod Racławicami Kossaka i Styki, byłby panoramiczny, a gdyby tam mieli fotosy kobiecych łon, byłby ginekologiczny.

Ale był jaki był, z garkuchnią, co nie szczędziła w rozsiewaniu zapachów. Jedzenie w miarę dobre, choć nieco przesolone. Nie dziwmy się, pracujące tam panie sprawiają wrażenie, że ich życie jest przepieprzone, więc jakże by nie miały przynajmniej przesalać? Trochę zgryźliwe, lecz właśnie takie być powinny w miejscu, gdzie się gryzie, przeżuwa, połyka.

Wtem wchodzi do środka facet średniego wzrostu, ni dziad moczowy, nic dresiarz, żaden też odpychający alkoholik z czerwonym nochalem, czy menel, który urządził sobie wycieczkę z bliskich Szmulek w okolice Bazaru Różyckiego, raczej praski niebieski ptak, w kurtce całkiem porządnej, spodniach bez zarzutu, twarz ogolona, czapka z daszkiem.

- Po ile ta zupa? – Facet staje nad dziewczyną i wskazuje palcem na jej talerz.

Zaskoczona odpowiada:

- Dwa złote pięćdziesiąt.

- Dobra?

- Dobra...

- A co tu mają jeszcze?

- Tam jest lista – zniecierpliwiona wskazała na rozwieszone na ścianie menu.

Ptaszek wpatruje się na nie i zaczyna machać swoimi niebieskimi skrzydłami, robi się go pełno w małym lokalu. Pyta głośno:

- Kto da mi dwa pięćdziesiąt na zupę? Ja jestem dziecko ulicy.

- Panie! – Krzyczy bufetowa. – Panie, tu jest bar, proszę się uspokoić!

- Ale ja jestem... dziecko ulicy. – Usprawiedliwia się, absolutnie nie zbity z tropu, wręcz przeciwnie. Gdyby policjanci zastali go z zakrwawionymi rękami, którymi wyjmowałby nóż z ciała ofiary, wyjaśniłby im, że musiał zabić tego burżuja, co nie chciał odpalić mu pięć złotych na szlugi, ba, miał pełne prawo do zaszlachtowania bogatej świni, bo on jest przecież dzieckiem ulicy.

Mężczyzna podchodzi do gościa, który właśnie kończy jeść. Na talerzu zostało trochę resztek.

- Dokończę, co?

Gość nie wie co odpowiedzieć. Kiwa głową. Inni klienci patrzą na bezwstydnego głodomora; wiedzą, że więcej tu gry, niż burczenia w żołądku.

Mężczyzna bezceremonialnie siada przy talerzu z resztkami i wymiata je w przeciągu kilku sekund.

- Co się patrzycie, ja jestem dziecko ulicy – podkreśla. – A ma pan dwa pięćdziesiąt? – zwraca się do swojego mimowolnego dobroczyńcy, zawiązującego szalik. Ten, jakby zahipnotyzowany bezczelnością, daje mu coś do ręki. Nie coś, to dwa pięćdziesiąt. A może pięć złotych...

Dziecko ulicy wychodzi w pośpiechu z baru. My za nim. Po chwili widzimy, że próbuje wbić się do pobliskiej Biedronki. Tam niekończące się kolejki do kas, nie ma szans na... piwo. Zniecierpliwione dziecko ulicy skręca w pobliską ul. Kijowską, by szukać kolejnej szansy.

2 komentarze:

daniel pisze...

Lubię pobliski bar mleczny w centrum Gdyni i multum obserwacji socjologicznych, jakich można uświadczyć, stołując się w tym miejscu, ale zamiast oglądać niebieskie ptaki, ostatnio przychodzi mi wąchać kwiat miejscowego żebractwa.

Kornaga pisze...

Ten kwiat to kwiat zła...