poniedziałek, 9 lutego 2009

Linia życia

Podobno ta moja linia życia nie jest długa, jak stwierdziła przyjaciółka, autorka tego zdjęcia. Zatem co mogę odpowiedzieć?
- Pożyjemy, zobaczymy.
Nic więcej.
Mogę żyć intensywnie - pierdolnę znienacka.
Mogę żyć leniwie - też pierdolnę.
Co robić?
Robić swoje: żyć. Czasem można mieć farta. Czasem nie. Odpowiem tak: zobaczymy. Lub: zobaczycie.
Generalnie to nie wierzę w nic, tym bardziej w te cygańskie gusła, by wydrzeć kasę od naiwniaczków na wódkę dla całego taboru...

piątek, 6 lutego 2009

Chutnikowy

To mała, wielka książka. Motoryczny styl. Z kobiet utkany, kobietami przenicowany. Pełen eseistycznych pazurów i pazurków. Stereofonicznych monologów. Poszatkowanych dialogów. Do tego błyskotliwe obserwacje, wysysające z rzeczywistości wszystko, co niezbędne, by fabuła miała to coś, a bohaterowie - krew, bez naskórkowego pastiszu czy autocenzuralnych wygibasów. Po prostu książka bliska moim własnym inklinacjom prozatorskim. Serdecznie gratuluję autorce pomysłu, realizacji i Paszportu Polityki.

wtorek, 3 lutego 2009

Nadzwyczajna biografia

Czytałem kilka biografii Balzaca, lecz nigdy takiej nieprzeciętnej; pióro Zweiga potrafi wyczarować na nowo postać tego tytana pióra i… robienia długów. Drobiazgowa analiza, w duchu modnego za czasów Zweiga freudyzmu, idealnie wpisuje się, przynajmniej w tym przypadku, w esencję gorączkowego życia Balzaca. Można tylko żałować, że biografia nie została dokończona na skutek samobójstwa Zweiga. Co prawda pociągnięta jest do końca żywota francuskiego pisarza, łącznie z przejmującym opisem jego dogorywania na łożu, jednak brakuje i stosownego „co potem” (a to podobno Zweig zamierzał przedstawić), jak i uzupełnienia szczegółów ostatnich tygodni Balzaca. Mimo to czyta się to wszystko doskonale i gardło ściska zazdrość, doskonale podkręcona przez Zweiga, że jeden człowiek mógł napisać aż tyle. To wiadomo, w każdej encyklopedii znajdzie się te fakty, i kawa, i praca w nocy, szlafrok. A jednak Zweig przybliża pisarską harówkę Balzaca, tego Mozarta literatury, z dokładnością mikroskopu.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Nabucco

Jak można zaniżać jakość opery przez taki casting? Taki, to znaczy: dwie siostry, córki Nabucco, grają osoby absolutnie do tych ról niepredestynowane. Umowność umownością, lecz tym razem przekroczone zostały wszelkie jej granice. Tusza (Fenena) lub wiek (Abigalille) dwóch diw (kogo mam na myśli, niech wejdzie na www.teatrwielki.pl/repertuar.php?action=det&id=1237) nie pozwalały rozkoszować zmysłów pięknem muzyki. Przeciętny miłośnik opery nie wymaga, by za każdym razem np. postać Feneny, córki Nabucco, grała taka śliczność jak Anna Netrebko czy Elina Garancza. Ale też nie MILF! Owszem, diwy mają świetne głosy, lecz nie w tej obsadzie, bo robi się śmieszno. I żałośnie.

środa, 28 stycznia 2009

Ciastka


Z pisarzem B. w Instytucie Kultury Węgierskiej. Rozmowa z tłumaczką, przedmiot: Postać pisarza Krúdy'ego w powieści Máraia Sinbad powraca do domu. Wszystko na poważnie do momentu, gdy puścili kilka fragmentów filmu na podstawie książki. Szok. Niby wiadomo, że węgierski to oprócz polskiego jeden z najtrudniejszych języków świata. Do tego jeszcze brzmienie; fonetyka węgierska poraża jak wytrawne Egri Bikaver wlane do kaszki owsianej. Napięcie rozładowały ciastka. Wyśmienite poniekąd, lecz długo się nimi nie nacieszyliśmy. Na wieczór przyszły w większości starsze panie i panowie. Niektórzy nie tyle starzy, co pokładający się w swojej starości, aż nachodziła ochota, by w ramach odreagowania obejrzeć Sześć stóp pod ziemią. Po oklaskach, wieńczących wreszcie przedłużającą się dyskusję, staruszkowie najechali żwawo stół i ogołocili pateny prawie co do okruszka. Udało nam się załapać na lampkę wina. Krúdy wiedział, co lubić.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Francuski

Kto ma jakiekolwiek jeszcze wątpliwości, że kultura francuska to jednie epizod w natłoku anglosaskich stories, po lekturze Madame raczej powinien zmienić zdanie. Liberze udało się napisać - jeśli chodzi o muzykę stylu - polską panią Bovary. Książka wzruszająca, książka wciągająca, konserwatywna w przesłaniu, liberalna w dowcipie. Ważna cegiełka w gmachu nie tylko polskiej prozy. Bez rewolucyjnych pretensji, wysokokaloryczna strawa dla erudytów i miłośników Słowa.

sobota, 24 stycznia 2009

Chojnowski o wampirach

Ta powieść zyskała już wielu fanów, bo Kornaga to autor ciekawy, niebanalny w ideach i nieoczywisty w językach. Swojego czasu karierę zrobiła zwłaszcza "Gangrena", czarna, brutalna, prowokacyjna wobec rzeczywistości, ale wbrew pozorom niezbyt głęboka.

Najnowsza powieść Dawida Kornagi, „Znieczulenie miejscowe", ma podobnie krytyczne ambicje i bardziej wyszukany pomysł. Oto Polska, kraj ukrytych strachów, zamieszkana przez Polaków i wampiry ("a kto śmie wątpić, ten jest głupi, ma wszy i krzywy kręgosłup").Ciąg dalszy recenzji

czwartek, 22 stycznia 2009

Recesja - proroctwo jakie, czy co...

Str. 189 (Znieczulenie miejscowe), fragment napisany jeszcze w 2006 r.:

Agencja reklamowa. Z własną ideologią, zasadami i tradycją. Znamy twoje potrzeby. A jeśli nie znamy, to je stworzymy. Idealne dla ciebie. Jedyne w swoim rodzaju. Bądź sobą, wybierz to, co ci zaproponujemy. Inaczej będziesz poza. Odstawiony wrak. Człowiek zbyteczny. Człowiek skanselowany przez brak uczestnictwa w wymianie towarów i usług. Ostatecznie nadajesz się do zawieszenia na wieszaku w sklepie z używanymi ubraniami. Kilkadziesiąt kilogramów człowieka-szmaty po naprawdę promocyjnej cenie. Kto pierwszy, ten skorzysta. Kto ostatni, nie skorzysta. Trudno. Trzeba było się spieszyć. Okazja czyni złodzieja. I konsumenta. Codzienna wojna. Nas to kręci, ponieważ nie kryje się za tym głębsza filozofia, żadne tam aprioryczne brednie o porządku rzeczy. Jedyna obowiązująca, potwierdzona w słuszności swoich wniosków filozofia dotyczy sprzedaży. Ona jest sednem wszechrzeczy. Nawet ewangeliści muszą w zgrabnej, obrazowej formie sprzedać ci swoje przesłanie, jeśli chcą, żebyś je przyjął, uznał za swoje, po prostu kupił. Kupił i dał przełknąć duszy. Dosyć tej mimowolnej metafizyki. Zaraz zechcecie sobie na niej poużywać. Nic wielkiego, nic odkrywczego kpić sobie z naszej pracy. Że niby kundelkami korporacji jesteśmy. Szczekamy, jak rozkażą. Kto nie jest? Kto nagi po ulicy chodzi? Posłuchajcie, oto system naczyń połączonych od Nowego Jorku, Pekinu, przez Tokio, Singapur, Bangkok, Bombaj, Bagdad, Jerozolimę, po Ateny, Pragę, Berlin, Warszawę; bez oglądania się na święta religijne czy państwowe płynie nim potok ubrań z markowymi metkami, samochodów, palmtopów, telefonów, kondomów, pigułek, figurek bożków i świętych. Miliardy miliardów rzeczy codziennego użytku łącznie ze sznurami, na których wieszają się wykluczeni przez przeznaczenie (łącznie z wampirem Tadeuszem). Kiedy poziom potoku obniża się choćby na pół roku, wszyscy biednieją, są zwalniani z pracy, pogarsza się im standard życia, miłość do kapitalizmu. Kiedy notowania giełdowe znów odzyskują dawną erekcję, miłość wraca, zwielokrotniona rozkoszą kupowania, używania, podróżowania, słowem cieszenia się codziennością. Nie wierzycie? Zacznijcie czytać dział gospodarczy w waszym ulubionym piśmie czy webserwisie, na dowody nie poczekacie długo. I nie ma odwołania, składania rączek do modlitwy o dobrobyt dla ludzi dobrej woli, którym nie chce się zakasać rękawów. Dusze słabe, podatne na taniuchne poglądy, że człowiek potrzebuje do życia niewiele – mylą się. Mylą się okrutnie, nie wiedząc, że rządzi nami prosta zasada: apetyt rośnie w miarę jedzenia. I nie tylko. Kolejna ważna sprawa to konsumowanie jako takie, a więc wykańczanie czegoś, wyczerpywanie jego zawartości. Kończy się pasta do zębów. Pakiet tabletek na ból głowy. Cola. Masło. Pomidory. Szampon. Ubrania blakną. Skarpety się kurczą. Gumki pękają. Żelazka przegrzewają. Telewizory spalają. Opony ścierają. Człowiek urodził się po to, by między innymi uzupełniać wciąż i siebie, i wszystko dokoła siebie. My się pytamy: Co szkodzi zapytać go z kokieterią w oku, czy przypadkiem nie zdecydowałby się na naszą najlepszą pastę, nasz krem, naszą szynkę, nasz długopis, naszą prezerwatywę, naszą wodę mineralną? Podajemy argumenty wesoło, kolorowo. Nie można tak? On decyduje. Nie uprawiamy terroryzmu. Nie podkładamy bomb. Najwyżej ulotki pod drzwi. Nic więcej. Kto tego nie rozumie, ten świata nie rozumie. W raju nie było reklamy, przyznajemy. Tu jest ziemia, nie raj. Tu jesteśmy my. I chuj.

wtorek, 20 stycznia 2009

Angora nr 4 (971)

Autor recenzji: Marek Koprowski

Wampiryzm polski

Według autora tej groteskowej, szyderczej, prowokacyjnej książki, Polska to taki kraj, "w którym prawdziwe upiory trwają w najlepsze, chodzą sobie po ulicy, występują w radiu i telewizji, patronują rocznicom, chowają się za plecami kombatantów, straszą Żydami, obcym kapitałem i europeizacją". Wśród tych upiorów przeszłości i teraźniejszości są - rzecz jasna - wampiry, bo jakże mogłoby ich nie być w naszym kraju, w którym od zarania uwielbia się przelewać krew, nie tylko za wolność naszą. No i te wampiry muszą w tym bogatym w krew kraju wyrwać dla siebie swoją działkę. Grasują na kolei, w metro, w kawiarniach, na plażach, deptakach, na Jasnej Górze, w zakazanych dzielnicach i zamkniętych osiedlach, w damskich ubikacjach - słowem, wszędzie tam, gdzie są potencjalni karmiciele. Polskie to wampiry, więc nic co polskie, obce im nie jest. Mogą mieć nawet problemy alkoholowe, jak wampir Stefan jeżdżący ostatnim metrem do Imielina, zwanym pijanym pociągiem. Krew pasażerów tej kolejki do jego ulubiona Krwawa Mary. Autor rozprawia się z naszymi narodowymi fobiami, natręctwami, mitami. Kpi z polskiej megalomanii, kąsa polski idiotyzm, przekłuwa nadęte, niczym nieusprawiedliwione ego "prawdziwych" Polaków. Karykaturalna galeria naszych grzechów głównych i pobocznych rozśmieszy normalnego człowieka, ale co bardziej wrażliwych "pępkocentrystów" zapatrzonych z zachwytem w swój polski pępek, może nawet porazić.

niedziela, 18 stycznia 2009

Pankiewicza 3

Ci, którzy bywają, cieszą się z nowej miejscówki. Jedyny warunek: wdrap się na wysokie piąte piętro, to kaloryczne spalanie oczyści cię na krótko przed wchłonięciem przez dekadencką atmosferę alternatywnego klubu. Jest tu to, co lubimy, a co nazywamy berlinskością a la Prenzlauer Berg. W tym rozrywkowym, lecz nie plastikowym Babilonie dobrze czują się również miłośnicy uroków własnej płci. Dzięki temu urządzone najtańszymi środkami, pozornie surowe miejsce, którego toalety można nominować do najgorszych w Warszawie, zyskuje niezbędny koloryt postaw i pozycji. Procenty rozpływają się konsekwentnie w żyłach rozgrzanych imprezowiczów. I nam się co nieco udzieliło do trzeciej nad ranem.

środa, 14 stycznia 2009

Krótka księga nienawiści

Stara nauczycielka

O, jest taki, jest w mojej klasie, łobuz jeden, Tomeczek! Mamusia go chucha, to i potwora wychowała. Że niby ma ADHD? W moich czasach nie było takiego wynalazku. A jak który skakał, brało się takiego za ucho i zaraz to całe ADHD wylatywało z niego raz na zawsze. Tomeczek nie lubi ułamków, rzuca w dzieci cyrklem. Nie ma lekcji, bym go nie upomniała. To zaraz płacze, chytrus. O, myślę sobie, mały diable, trzeba ci skrócić te różki, bo kto to widział?! Za dwa dni pojadę z klasą na wycieczkę. I będzie po różkach...

Uczeń Tomeczek

Niedobra ta nasza pani. Stara kura, gdacze przez całą lekcję o tych głupich ułamkach. Ostatnio zabrała mi grę, którą tata dał mi na gwiazdkę! Że niby gram na lekcjach, zamiast rozwiązywać zadania. Nie lubię matematyki, bo zamierzam zostać poetą albo takim, co wygra w programie, gdzie ludzie śpiewają i zgarniają kupę pieniędzy. A matematyczka tego nie rozumie. Za dwa dni jedziemy na wycieczkę szkolną w góry, będzie naszą wychowawczynią. Ale nuda! Jak wejdziemy na jakąś górę, to może pani się ześlizgnie? Na pewno się ześlizgnie, bo taka jest stara i nudna na dodatek!

Jajko na miękko

Jako jajko na miękko stanowczo protestuję przeciwko próbom ugotowania mnie na twardo. Jak wtedy będę wyglądać? Żałośnie, kamień, nie jajko. Obecnie jestem jędrne pod skorupką, pełne cieplutkiego żółtka, które wylewa się smakowicie na język. Kwintesencja smaku. Twarde jajka, nie, naprawdę nie trawię tych klonów. Skały, nie jajka. Kruszą się po rozcięciu, przynosząc wstyd wszystkim normalnym, ugotowanym na miękko jajkom.

Stażysta

Etatowcy. Poukładani jak słupki z comiesięcznymi wyliczeniami. Pensyjka na konto co miesiąc. W ogóle się już nie starają. Nie to, co ja. Młody, świeży, pełny zapału do pracy. Co dostaję w zamian? Sympoliczną płacę i mglistą obietnicę zatrudnienia “kiedyś w przyszłości”. Chcę teraz i zaraz! Podobno nie mają wolnych etatów. Wolnych? Tak sobie myślę, niebawem coś się zwolni. O na pewno.

Kot

Pilnie poproszę o pilnik, muszę wyostrzyć sobie pazury do ostatecznej rozprawy z pewnym sierściuchem. Nie z psem. Psy są całkiem znośne, jeśli nie traktować ich poważnie. Poszczeka taki kudłaty pajac, pokręci ogonem, obślini się i wróci do miski pełnej suchej karmy. Najgorsze są... koty. Jak to możliwe, że moja pani sprawiła sobie tego młokosa? Przecież jestem taki słodki. A on... Podobno rasowy. Raczej rasowy głupek, bo miauczy co chwila i ociera się o nogi taboretu. Kotu tego nie przystoi robić, kot powinien ocierać się wyłącznie o nogi człowieka. Wtedy w nagrodę zostanie pogłaskany. Nie słyszałem, by podobnie postępował taboret.

Szczoteczka do zębów

To ja się poświęcam, przyjmując na siebie codzienną porcję ohydnej, miętowej pasty i szoruję po tych jego zębach, a on, pozorowany higienista, myje je zaledwie przez kilkanaście sekund, posunie w prawo, w lewo, u góry, u dołu, wypłucze wodą, pociągnie mną ponownie, ja przygotowana do kilkuminutowej sesji solidnego mycia, pogodzona ze swoim losem wykorzystywanego narzędzia, pełna poświęcenia, by efekt był błyszczący, ale nic z tego, wyjmuje mnie w jednej czwartej drogi, nie pozwala cieszyć się pozytywną pracą, wrzuca z powrotem do kubka. O, wybiję mu zęby, wtedy naprawdę nie będzie mnie potrzebował.

Dyrektor kreatywny

Lubię wymyślać reklamy, ale nie znoszę pewnego typka z naszej agencji, art directora, który chodzi z głową podniesioną do góry, widząc tylko czubek swojego nosa. Kiedy omawiam z nim pomysły na kolejne kampanie, to ten d..., ten director od artu drapie się po swoim długim, długim nosie i mówi, że jedyne pomysły, jakie mu się podobają, to wyłącznie jego autorstwa. Siedzimy sobie na wygodnej sofie, a ja marzę, by jej część otwarła się, połknęła go razem z butami i nigdy więcej nie wypluła. Geniusz mi się znalazł od siedmiu pomysłów!

Cappuccino

Na wszystkie szlachetne ziarna tego świata! Jak możesz nie wypić mnie do końca? Zostawiasz tyle piany na dnie. I ty uważasz się za smakosza? Jesteś luropijem, nikim więcej. Szlachetna pianka, niczym ekskluzywne futro z norek wyróżnia mnie tak rozkosznie, zachęcając do delektowania się moim aromatem. A ty siorbiesz, zostawiasz kożuch. Udławisz się pewnego dnia, udławisz, mój drogi kawoszu.

Reżyser

Gapie! Gapie na planie! Kręcę sobie scenę, wszędzie taśmy, że nie wolno wchodzić, bo reżyser pracuje, a tu jakiś ciekawski. Raz w scenie batalistycznej trafił takiego bagnet. Mało mu było. To rzuciłem w niego granatem. Szkoda, że nie był prawdziwy. Gdyby tak mieć coś, co wykańcza gapiów, a tego nie widać. To byłoby takie filmowe. Oskar za kryminał o zabójstwie doskonałym.

Dentysta

Nieświeży oddech. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko i zająć się chirurgią. Przynajmniej kiedy otwiera się komuś brzuch, to nie ma zapachu jak z ust. Jak można mnie tak traktować? Co ja jestem, gąbka? Trochę szacunku. Idziesz leczyć zęby, a nie myjesz ich? Już ja ci zaaplikuję miejscowe znieczulenie, popamiętasz na wieki!

Listonosz

Szału dostaję, jak po całym dniu pracy mam jeszcze wnieść na czwarte piętro list polecony. Nie ma windy, to adresat mógłby się docenić, jak ciężką dosłownie mam pracę i zejść na dół po przesyłkę. Ale nie, siedzi sobie przed telewizorem, łysy leń, gałgan jeden, gazetkę czyta, herbatkę pije, a ja idę i idę do góry, aż mi w kręgosłupie strzyka, a stopy jak z waty. Ja mu dam polecony, to poleci!

Kelnerka

Już za samą mą świetną prezencję należy mi się sowity napiwek. Ostatnio przychodzi do naszej restauracji taki jeden pan prezes. Niby komplementy prawi, dania zachwala, a szczególnie mój serwis, lecz jak przychodzi płacić, bierze fakturę na swoją firmę. Ani drobniaka na stole nie zostawi. Niech się zadławi kiedyś, skąpiec, tą fakturą!

Kierowca autobusu

Haruję jak wół, przestrzegam rozkładu, co z tego, skoro zawsze się spóźniam. Nie, wcale nie przez korki. To mały pikuś. Najgorszy jest pewien pasażer z przystanku na Mielczarskiego. Zawsze się spóźnia! I zaczyna biec za odjeżdżającym autobusem. Normalnie bierze mnie na litość. Jakby wyczuwał moje dobre serce. To ja się zatrzymuję, drzwi otwieram, biorę nieboraka. Dasz palec, wezmą rękę. Zaraz zjawia się gromada spóźnialskich, walą do drzwi, nie mogę odjechać. I tak czekam, aż się władują. Gdyby drzwi mogły przecinać pasażerów, byłbym zawsze punktualny. To wszystko przez niego, tego z Mielczarskiego.

PiS-owiec

Układ istnieje. Każdy dzień to potwierdza coraz dobitniej i jest to oczywista oczywistość, że nie ma afery bez jego udziału, jego widocznego, choć ukrytego wkładu, gdyż nastawiony jest on jako liberalne sprzysiężenie wyłącznie na zysk, natomiast wszelkie próby jego przełamania odczytywane są jako atak, lecz ja nie zamierzam iść na ustępstwa i przyjdzie dzień, gdy wyplenię wszystko, co z układem związane.

Ochroniarz VIP-a

I co z tego, he, że taki z niego książę. Garniturek, krawacik, a pod materiałem wygląda jak anorektyczka. Wiem, co mówię, pilnowałem go kiedyś na basenie w pięciogwiazdkowym hotelu. Muchy w nosie, he, tyle ma, nic więcej. Że polityk z niego? Kłamca, nie polityk. No, ale pływał w tym basenie, a ja, głupi, zamiast przygwoździć go do dna, rozglądałem się czujnie, by nikt nie prosił go o autograf. Zwariował, w basenie o autograf? He, taki się czuje ważny. No nie mogę. VIP, szkieletor, nie VIP.

Grajek z gitarą

Ja tu muzykę prawie darmo serwuję, ja, człowiek po akademii muzycznej, a tu żadnego szacunku, rozumiecie? Jest taki jeden, przysiągłbym, z mojego roku. Z brzuchalem idzie, ze skrzypcami. Udaje, że mnie nie poznaje, karierowicz! Pewnie w operze lub filharmonii zgarnia kasę. Idzie, ja gram, a on rzuca mi monetę. Która okazuje się żetonem do wózka z hipermarketu. Że też mu się chce kupować te żetony! Już ja mu zagram kiedyś profesjonalnie po kościach. Już ja mu zagram.

Kurewka

Nie rozumiem tego faceta. Umawia się ze mną na godzinkę, kwiaty przynosi, pieniążki zawsze elegancko w beżowej kopercie, rączki całuje, wzdycha, acha i ocha. Ja, uczciwa dziewczyna, równie uczciwie chcę zarobić na życie, a tu niespodzianka, nic z tego, siadamy na łóżku zamiast się na nim położyć, i on zaczyna gadać, wykłady mi serwuje, jaka pogoda kiepska, jaka jestem piękna, jaka niepiękna jest jego żona, jaka jaka jaka. Co ja jestem, dyktafon?

Sprzedawczyni na bazarku

Damulka się znalazła, czapeczka, rękawiczki aksamitne, spódnice atłasowe. Przychodzi i wybiera pomidory. Jak ona je obmacuje, normalnie jakby jej za to płacili. Że chce kupić najlepsze, wyjaśnia mi. Co ja, głupia jestem, dobrze wiem, więc odpowiadam, że wszystkie moje pomidory są najlepsze. Ona swoje, przewraca, przestawia, aż wyjmuje jakiś miękisz i mi go z triumfem pod oczy podstawia, że niby kłamię. Nic dziwnego, to przez nią, obmacuje je, to i miękną w końcu. Sama powinna zmięknąć!


Czas na twój wpis...

wtorek, 6 stycznia 2009

Szczypanie nosa

Zaatakowała w piątek wieczorem, opierałem się przez parę godzin, lecz był to opór polskiej reprezentacji w starciu z brazylijską. Poległem około piątej nad ranem, rzucając białą, zasmarkaną chusteczkę na podłogę w sypialni. Gorączka jak u Nel W pustyni i w puszczy. Rosołek nie pomógł, trzeba było dołożyć do niego antybiotyk Amotaks, choć jak na razie nie widzę jakiejś szczególnej poprawy, wręcz przeciwnie, jestem blady, zakatarzony, "zakaszlany", słowem witaj chorobo na całego.

Choroba, choć zamieniła mnie w stwora z widmową twarzą, osłabionego jak polska gospodarka, przynajmniej na tyle się przydała – widzę to wyraźnie na termometrze – że nie wychodzę na zewnątrz. Nie tylko w Warszawie już dawno nie było takich mrozów; nawet Szarik zaszyłby się w Rudym 102 i nie wystawiał pyska ani na minimetr. Kto zatem chodzi do kiosku po prasę? Tutaj przekonam wszystkich singli, tych z nadania i tych z widzimisię, że naprawdę warto żyć w związku. To się zawsze przydaje. „Nie ma to jak poświęcenie, kochanie”. Poza tą oczywistą zaletą bycia złożonym przez wirusy, bakterie i inne dziwne mendy, które pokazywała kiedyś tak sugestywnie francuska kreskówka Było sobie życie, reszta jest monotonnym stanem apatii i nicnierobienia, wyplutych z flegmą chęci, wysmarkanej woli. Próbuję trochę pisać, lecz wyraźnie czuję, że nie mam tyle mocy nie tyle w umyśle (oby!), ile pod opuszkami, mordującymi się z klawiaturą. Większość czasu przeznaczam na lektury, lecz i to męczy jakoś podejrzliwie szybko, literki toną w antybiotykowym rozmemłaniu. Odkryłem, że jedynie obraz jest w stanie utrzymać mnie na powierzchni, a więc jako takiego funkcjonowania. Komedie i horrory, to jest to, co lekarze powinni dopisywać na recepcie. I tak, zaliczyłem brawurowo i z poświęceniem trylogię American Pie. Zdumiewający cykl. Kto kiedyś cieszył młodociany móżdżek lajtowowo erotyczną sagą produkcji izraelsko-niemieckiej Lody na patyku, ten przy American Pie stwierdzi ze zdumieniem, jak kino poszło dalej. No właśnie, w czym dalej? Nie, nie w erotyce, pośladki, piersi i takie tam to niekiedy nużąca scenografia dla tego, co tak naprawdę najciekawsze w American Pie – dialogi. I sytuacje zmierzające. Zmierzające do zaliczenia panienki. American Pie jest kawałkiem z tych, które albo można pokochać od pierwszego obejrzenia, albo znienawidzić: za często zatrważająco prostackie gagi, przestylizowane scenki wszelkich komplikacji, w które wikłają się bohaterowie. Mnie ujęło przeniesienie do czasów, kiedy został rok do matury. Bo tyle mają prawiczki z pierwszej części. Każda dziewczyna powinna obejrzeć Pie, może to by ją przekonało, że nie ma co uświęcać swojego tyłka dla wielkiej miłości z tym pierwszym i jedynym – tylko dać się ponieść choć przez chwilę niezobowiązującej namiętności, o ile tak można nazwać hormonalną powódź. American Pie zaskoczyła mnie też niewiarygodną wprost ilością wulgarności, zapodanej jednak w sposób dowcipny, konsekwentnie. Postaci są arcykomiksowe i to jest klucz do zrozumienia tego (nie)głupiego filmu. Jeśli kupisz konwencję, jeśli poczujesz się w wieku bohaterów tego filmu, jeśli nie oparłbyś się miękkiej szarlotce, którą można… zaliczyć na blacie w kuchni, to witaj w domu; dobra zabawa gwarantowana jak recesja w dwa tysiące zero dziewięć, a może i dziesięć. Gdybym miał teraz o czternaście lat mniej, odpalałbym Pie co tydzień, by szukać inspiracji; nie ma nic ciekawszego niż zrywanie lasek, panowie i panie (także).

Specyficzne filmy specyficznymi filmami, warto na koniec polecić wyjątkowo trafny felieton Jerzego Pilcha. W skrócie: to rzecz, by jako np. pisarz, kiedy już piszesz recenzję książki innego autora, nie oczerniać go – nawet jeśli dana rzecz ci się nie podoba. Coś w tym jest, szczególnie kiedy pomyślę o moich kolegach po fachu, którzy przywalili moim książkom w sposób chamski, bez empatii i przyzwoitości. Pilch wspaniale to wyjaśnia, nic tu dodać. Przy okazji pragnę się pokajać, że i mnie zdarzyło się parę razy kogoś – jednak nieznanego mi osobiście – pochlastać, choć bardziej w hermetycznym kontekście, nie publicznie. Może jestem na antybiotykach istotą o mizernej obecnie witalności, ale obiecuję poprawę, bo.

piątek, 2 stycznia 2009

O wampirach na Wartości.org.pl

„Stefan, z wyglądu niepodobny do nikogo, nawet do siebie (...)" - piszesz w swojej nowej książce „Znieczulenie miejscowe" o jednym z jej bohaterów. Jako prozaika łączy Cię ze Stefanem bardzo wiele. Masz swój styl pisania, który zmieniasz w każdej kolejnej książce na inny. Ale też tak samo własny. Skąd u Ciebie potrzeba bycia niepodobnym do siebie?

Wydaje mi się, że to kwestia nie estetycznego wyboru czy podparta lingwistycznymi teoriami chęć udowadniania sobie za każdym razem kresu swoich możliwości pisarskich, raczej - psychiczna potrzeba. Ale także zwyczajna, czytelnicza potrzeba.
Nie mógłbym „tłuc" powieści wciąż na ten sam temat, typu biedni ludzie w upadłych PGR-ach. Nie ukrywam, że fascynują mnie tematy mocno związane ze światem wartości, ich przełamywaniem czy odmiennym interpretowaniem: jak przemoc, gwałtowne namiętności czy tzw. tematy tabu. Eksplorowanie ich w jednej tylko stylistyce czy kreowanie podobnych do siebie bohaterów byłoby ciemnym zaułkiem, drogą do przynudzania.

Ciąg dalszy wywiadu na stronie nowego portalu Wartosci.org.pl

środa, 31 grudnia 2008

Dziedzictwo Estery

Dobra rada wujka Dawida dla wszystkich, którzy w nadciągającym roku sięgną po raz pierwszy po książki węgierskiego pisarza Sandora Marai: nie zaczynajcie od Dziedzictwa. Wyznania patrycjusza,
od tego wszystko się zaczyna zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Później obowiązkowo wybitne Dzienniki. Po odrobieniu zadania pełna dowolność.

Marai bardziej jest eseistą niż fabularotem. Każda jego książka to przypowieść; gdyby Jezusowi zabrakło apostoła do spisania Ewangelii, pan Sandor spokojnie mógłby dołączyć do teamu ewangelicznego. Albo zostać co najmniej asystentem Pawła z Tarsu. Jego pisanie, przynajmniej dla mnie, wciąga inteligentnymi maksymami egzystencjalnymi - autor produkuje ich co niemiara, czytelnik aż żałuje, że Marai nie zrobił tego, co Sartre - oprócz prozy zaczął pisał książki filozoficzne. A tak ładuje swoje obserwacje w ilości wręcz inflacyjnej do fabuły, przez to dialogi brzmią papierowo, a może inaczej: jak dialogi z Uczty Platona. Taki to urok pana Marai, czasem przynudza, lecz uczy, głosząc nowinę o pewnych regułach życia. Nie zawsze można się z nimi zgodzić, jednak czuć, że autor ma swój charakter. Co zresztą potwierdził, w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat strzelając do siebie z pistoletu (wcześniej, jak notuje w Dzienniku, chodził na lekcję strzelania; szok!).

W ramach odreagowania po smucie Estery wpierw posłucham do oporu, do obrzydzenia perwersyjnie mi się podobającego singla Lady Gaga Poker Face (kto czuje się nieprzekonany, niech obejrzy klip), a później, po dwudziestej wybiorę się z żoną na szalony bal sylwestrowy.

niedziela, 28 grudnia 2008

Wojna (na basenie)

W Strefie Gazy znów wojna, na naszym kabackim basenie Aqua Relaks - również. Naturalnie, na miarę miejsca i przyziemnych emocji. Wszystko przez to, że w określonych godzinach, do trzydziestego pierwszego grudnia roku szatańskiego dwa tysiące osiem wejście na basen jest, jak napisali, "nieodpłatne". Ten wymęczony synonim obiegowego "gratis" czy "za darmo" też działa, i to jak działa!

Jako stali fitness-bywalcy nie poznaliśmy wczoraj i dzisiaj naszego tłuszcz-spalającego-miejsca, taki najazd wodnych barbarzyńców. Rozpuszczone dzieciaki, zazwyczaj puszyste dziewczynki swawolą miast pływać, chlapią, rzucają się przed siebie, za siebie, rozbryzgują wodę. Dwie sauny oblężone jak Stalingrad, owłosieni obficie na piersiach i nad penisem brzuchale, których nigdy dotąd w Aqua Relaks nie widziałem (a bywam tam często), pojawili się w sile pięciu plutonów z kalorycznego (nie)bytu, zajmując każdy metr kwadratowy przestrzeni. Szkoda, że para czy żar nie potrafią rozpuszczać, wchodzi taki pacjent, siada, poci się, poci i nagle - bach - czary, mary, znika. Definitywnie. ZUS później dziwi się, że ubyło mu płatników. Żona stwierdziła, że pewnie wielu z nich poszło na mszę do pobliskiego kościoła w kostiumach pod garniturami, byle tylko skorzystać do godziny czternastej z "nieodpłatnej" wejściówki.

Najgorsze są krowy basenowe. To istoty płci żeńskiej, które cechują się udami jak dąb i tyłkami jak materace do skakania w parkach rozrywki. Ich napompowane sadłem uda wyróżniają się cellulitową rzeźbą terenu, podczas chodzenia drżą niczym żelatyna w kadziach. Krowy basenowe pływają, owszem, lecz tylko przez chwilę. Najważniejsze dla nich jest to, że w ogóle ruszyły swoje stadionowe dupy z domu, by później móc powiedzieć "Ha, byłam na basenie, dbam o siebie, chudnę" swoim zatroskanym bliskim, którym nie po myśli mordowanie się w nieodległej przyszłości z ciężką trumną, wypełnioną martwym ciałem krowy basenowej. Przeciętna krowa basenowa najmniej cieszy swe imponujące ciało w basenie, po przepłynięciu dwóch, trzech odcinków ładuje się, a raczej wypełnia jacuzzi, anektując je na dobre pół godziny. Tam, zatroskana swoim stanem, próbuje rozpuścić naleciałości gastronomicznej łapczywości. Lecz nic z tego, bąbelki jedynie szumią jej w głowie od domniemanego triumfu nad swoją zatrważającą nadwagą. Zdjęcie powyżej pokazuje prażącą się w słońcu krową basenową - tym razem na wyjeździe, na plaży w Sharm el Sheikh.

czwartek, 25 grudnia 2008

Księga zemsty dla miłośników zwierząt

Nie, to nie jest prowokacja wymierzona w bezlitosnych realizatorów akcji szlachtowania naszych mniejszych braci, jakby powiedział św. Franciszek, w tym przypadku - karpi na świąteczne stoły. Fakty fabularne są takie: włochaci, rogaci czy kopytni bohaterowie zabawnego zbioru opowiadań Highsmith biorą bezwzględny odwet na przedstawicielach gatunku homo sapiens, którzy ich w jakiś sposób źle traktowali, bili, wykorzystywali ponad przyjęte ramy. Może nie jest to inspirująca stylistycznie literatura, ot, zmyślne stories, jak to przyszła kryska na człowieka. Za to po lekturze nabiera się pokory wobec innych stworzeń, a sugestywne opisy zbrodni, jakich zwierzęta dokonują na naszych bliźnich, uaktywniają się ostrzegawczo w wyobraźni, i zamiast kopnąć szczekającego na nas pieska mówimy:
- Nio, psiuńska, chodź tu, no chodź tu, ty, ty mój słodki. Nie szczekaj tak, co złego to nie ja.

Teraz, kiedy karmię naszego bojownika, przyglądam się mu z większą uwagą, czy aby nie wykazuje rozgniewania monotonną karmą... Chcąc mu się podlizać, zacząłem go rozpieszczać. Sucha karma, dotąd podawana mu dzień za dniem, została urozmaicona - uwaga - żywymi larwami komarów! Kupuje się je w woreczku za złotówkę i dawkuje tej krwiożerczej rybce. Jaka zadowolona, kiedy może spełnić się w swojej naturalnej roli drapieżnika. A jaka nienasycona, kiedyś wlałem całą zawartość woreczka, jadła bez opamiętania, brzuszek rósł jej w oczach niczym podczas piwnej biesiady, przejedzona nie odpuszczała, nadal polując na biedne larwy. Waliła później przerażająco długie kupki, aż trzy ślimaki, zatrudnione na etacie oczyszczania kuli, skuliły się z przerażenia.

Wniosek z tego taki, że sugestywnie zapodana proza potrafi zmienić nieco życie, a przynajmniej - niektóre przyzwyczajenia... ... ...

sobota, 20 grudnia 2008

Students.pl - recenzja

Społeczność polskich wampirów w "Znieczuleniu miejscowym"

Dawid Kornaga w swym najnowszym dziele pt.: „Znieczulenie miejscowe” zmory przeszłości zastępuje wampirami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Polskimi wampirami, należy dodać. Tymi, które tak zmyślnie kształtują nasze narodowe przywary i pesymistyczne nastawienie do życia.

Ciąg dalszy na

www.students.pl/kultura/details/15635/Spolecznosc-polskich-wampirow-w-Znieczuleniu-miejscowym

piątek, 19 grudnia 2008

Mam wrażenie


że dziś jest już 24 grudnia, ludzie jacyś tacy nieobecni tu, a obecni właśnie w tym dniu. Łakocie, nie zważając na podkręcaną przez mediowe newsy recesję, pchają się dosłownie do rąk, może na osłodę? Dlatego w ramach odreagowania fragment nowej prozy:

Jasnowłosa Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii była ekstremalną rasistką, więc masz główny powód, dlaczego postanowiła mnie ujeżdżać. Czuła się panią globu, gdy leżałem na plecach, ona zaś robiła, co robiła. Zapomnij o odwróceniu jej na bok czy pozycji na misjonarza, nic z tego, odebrałaby to jako znieważenie białej kobiety. Tylko i wyłącznie
- Na jeźdźca, Farid. Zapomnij o innych konfiguracjach. Ciesz się moim boskim ciałem.
Faktycznie, Bóg rasistów obdarzył ją kształtami, które na co dzień zobaczysz jedynie na rozkładówkach topowych pism erotycznych. Swoją przewagę na męską chucią wykorzystywała z całym zaangażowaniem. Jakaś impreza u – jak rymują polscy raperzy – ziomów, pamiętam dobrze, dopalacze różnej proweniencji, wódka i jej wysokoprocentowe siostry, Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii napalona jak nigdy, jej słomiane włosy niczym słońce nad pustynią w południe, pigment się praży pod wpływem gorejącej ochoty (właśnie tak, to nie jest grafomańska wstawka, trzeba było to zobaczyć, cud na żywo, włosy jaśniejące pod wpływem pożądania), zwalamy się na filmowy materac w filmowym pokoju na filmowym pierwszym piętrze, reszta: wyłącznie dokument. Stwardniał mi jak jeden z tych jasnożółtych gatunków sera spod Bordeaux, mógłbym wyważać nim drzwi, bramy i mury, burzyć ustroje totalitarne na Bliskim i Dalekim Wschodzie, tłamsić recesje, windować ceny ropy, wystarczy, że ONZ poprosiłaby mnie o pomoc. Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii pozbywa się stringów, lecz nie pozbywa się swych pieprzonych urojeń i dawaj, nakazuje podekscytowana:
- No, kładź się, Farid, wskoczę sobie.
Wskoczę? Co ja jestem, basen?
Udając, że mam woskowinę w uszach, zachodzę ją błyskawicznie od tyłu, gdy podtrzymuje się rękami o materac, pakuję się bezszelestnie oprócz jednego charakterystycznego plusku, jedno porządne pchnięcie i piesek gotowy.
Jak zaczęła krzyczeć! Nie z rozkoszy, z upokorzenia. Nie rób takich oczu, dokładnie z upokorzenia. Arab bierze ją od tyłu, co za zniewaga, klęska, porażenie.
Mimo to pozwala na kilkanaście przesunięć, w tę i we w tę, dochodzi rozwścieczona niczym oblężony pluton nazistów, wyślizguje się, umyka do północnej Lotaryngii, tryskam w powietrze, konkretnie na materac, a ta z pyskiem do mnie, jak śmiałem, jak mogłem, co ja sobie wyobrażam (ohydny poloarabie, ty wschodni niedojebie). Niedojebie? Chwyciłem ją za włosy i przywłaszczyłem kępkę. Nie zważając na jej łzy. Na przekleństwa. Ja, bojownik o równość i pozycję pieska. I parę innych zwierzaków.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Gangrena - recenzja z horror online


www.horror.webd.pl, autor recenzji: M@rio

Adam to młody mężczyzna, który mieszka z babcią i trzema kotami. Żyje z udzielania korepetycji z matematyki, a babcia jest dla niego całym światem. Mimo tej łagodnej powierzchowności, mężczyzna ten jest zatwardziałym zwyrodnialcem i socjopatą, który nie przepuści żadnej okazji, aby zaspokoić swe chore zachcianki. Od dłuższego czasu, śledząc atrakcyjną Emilię, Adam snuje makabryczny plan upokorzenia i wykorzystania niewinnej kobiety. Któregoś dnia nadarza się odpowiednia okazja...

Plugastwo, skandal, pornografia – tymi oto słowami krytycy najczęściej witali powieść Dawida Kornagi. Trzeba przyznać, że dawno we współczesnej literaturze polskiej nie pojawiło się tak skandalizujące dzieło. Chyba nie będzie nadużyciem, jeśli nazwę „Gangrenę” polskim odpowiednikiem „American Psycho” (który nota bene wywołał podobne reakcje amerykańskich krytyków, co „Gangrena”). Świat widziany oczami psychopatycznego Adama bywa prawdziwie straszny. Jego chore myśli, seksualne obsesje i żądze czynią powieściowy świat prawdziwie zezwierzęconym. Dla Adama bowiem najważniejsza jest chuć, nie licząc oczywiście obsesyjnego przywiązania do schorowanej babci. Książkowy psychopata to osoba zupełnie toksyczna, która zatruwa swoim złem i wewnętrznym jadem całe otoczenie. Jak powiedział sam autor w jednym z wywiadów, skrzywiona osobowość głównego bohatera żywi się zwykłą codziennością, przetrawiając utarte opinie i tworząc na ich podstawie swoją prywatną, bezkompromisową ideologię, w której kobiety są tylko erotycznymi zabawkami. Z kart powieści wylewa się wręcz fala mizoginii. Kobiety lawinowo są gwałcone, wykorzystywane, a nawet mordowane. Szczególnie przytłaczającym momentem w powieści jest scena, gdy Adam gwałci, a następnie dusi Bogu ducha winną Emilię.

W gruncie rzeczy główny bohater książki to taki potwór z ludzką twarzą. Jego wewnętrzne monologi przypominają nieustający słowotok szaleńca, który ma pretensje do całego świata. Bluzgi, ubliżanie i poniżanie są tutaj na porządku dziennym. Kornaga dokonuje na swej powieści jeden wielki gwałt językowy. Nie baczy na żadną poprawność polityczną, czy utarte zasady literackie, momentami sprowadzając język książki do poziomu rynsztokowego. „Gangrena” przesycona jest drobiazgowymi opisami przemocy. Autor przyznał kiedyś, że zadaniem jego powieści jest porażać czytelnika, aby osiągnąć Arystotelowskie katharsis. Ja osobiście niespecjalnie czułem się oczyszczony po lekturze jego książki, niemniej jednak proza ta wzbudziła we mnie spore zainteresowanie. „Gangrena” to również opowieść o zagubieniu człowieka we współczesnym świecie. Kornaga zdaje się pytać o los człowieka, który błądząc na swej drodze życia, staje się niewolnikiem własnych popędów. Czy nie ma żadnych mechanizmów, które mogłyby powstrzymać takiego człowieka? Treść książki mówi wprost: nie ma, a jeśli są, to są one dalece nieskuteczne (vide reakcja mundurowych na potyczkę Adama z grupą wyrostków). Przekonany o swej własnej wyższości, główny bohater jest tak naprawdę chorobą, która trawi resztę społeczeństwa.

Ten książkowy festiwal patologii i zła może zszokować niejednego czytelnika. Typ bohatera, jakim jest Adam, Stephen King określił mianem współczesnego wcielenia mitu wilkołaka. Adam, za dnia ułożony korepetytor i oddany opiekun babci, wieczorami zdejmuje maskę przykładnego obywatela i wyrusza na polowanie, gwałcąc i zabijając słabszych. Najbardziej w tym wszystkim przeraża obraz drugiego człowieka, zdegenerowanego do granic możliwości, który może jeździć tym samym tramwajem, co my i który może być tym popularnym Kowalskim z bloku obok. Czy na takich ludzi jest jakieś lekarstwo?

„Gangrena” Dawida Kornagi to prawdziwie piekielna i wściekła powieść, która gra na nosie wielu krytykom literackim. Autor raz za razem przekracza kolejne granice, czyniąc ze swojego bohatera bestię w ludzkiej skórze. Ta odhumanizowana wizja świata, którą widzimy oczami Adama jest dla współczesnego czytelnika o wiele bardziej przejmująca niż niejeden tradycyjny horror literacki. A trzeba przyznać, że swoboda w posługiwaniu się słowem w połączeniu z solidnym stylem, wciąga niczym ruchome piaski w ten powieściowy wir szaleństwa. Panie Kornaga, brawa za odwagę!

niedziela, 14 grudnia 2008

Upiór w operze

Gdyby konsorcja budowlane potrafiły tak jak Roma wystawiać musicale - a więc: z rozmachem i zachłannym wręcz profesjonalizmem i oddaniem sprawie - nasza ukochana PL mogłaby się pochwalić najlepszymi autostradami i drogami na świecie. Co tu dużo mówić, Upiór w operze to niezła jazda, musical, któremu blisko do opery, nie tylko ze względu na tytuł. Może brakuje w nim porywającego lead songu, jak w innych musicalach, za to ani fabuła nie jest infantylna, ani muzyka kiczowata.

Ciekawe, który wampir ze Znieczulenia miejscowego wybrałby się na Upiora?

sobota, 13 grudnia 2008

Disco Zachęta

Słowa organizatora:
Nowa odsłona nagrodzonej Złotym Lwem wystawy "Hotel Polonia. The Afterlife of Buildings" prezentowanej niedawno w pawilonie polskim podczas 11. Międzynarodowej Wystawy Architektury w Wenecji. To przewrotna prezentacja fotografii i fotomontaży 6 ważnych budynków zrealizowanych w Polsce w ostatnich latach. Kuratorzy i artyści zastanawiają się, co stanie się z tymi budowlami, gdy zaniknie przypisana im funkcja? Co stanie się z Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego, gdy książki zostaną zdigitalizowane? Co począć z biurowcem Metropolitan Normana Fostera, gdy zmieni się model pracy biurowej? Co z terminalem lotniczym, gdy pod wpływem wzrostu cen ropy latanie znów będzie luksusem? Co stanie się z sanktuarium w Licheniu, gdy nawet Polacy przestaną chodzić do kościoła? Obiekty te, dziś ważne i prestiżowe, zaprezentowane zostały „przed” i „po” wielkiej zmianie. Przed – na uroczystych, nastrojowych zdjęciach Nicolasa Grospierre’a. Po – w hipotetycznej przyszłości, na surrealistycznych fotomontażach Kobasa Laksy.

I rzeczywiście, wczoraj w nocy Zachęta, stara dobra "Zniechęta" świetnie się zaprezentowała. Wystawa odbyła się w salach, w których kiedyś bawiliśmy się podczas Smirnoff Black Experience; wspomnienia były nadal żywe, bo spotęgowane pewnymi analogiami jak ostra muzyka, którą DJ rozprowadzał ze swej konsoli, jak napoje regenerująco-deregulujące (tym razem na koszt własny), jak znajome nam osoby. Dodam, że jak komuś gdzieś w necie wpadną zdjęcia "Afterlife", koniecznie niech przeczyta towarzyszące im teksty. Są po prostu rewelacyjne, potężna dawka ironii, świetna stylizacja na poważny ton, inspirujące zestawienia słów, może nie tak mocne jak rozpruwacz analny, lecz kto to wie. Ich autorowi ślę ukłony szacunku za poczucie humoru i opanowanie wymagającej, buntowniczej frazy.

piątek, 12 grudnia 2008

Wahabitki


Po wczorajszym wieczorze literackim (Czubaj i jego kryminał 21.37) w Zwiąż mnie, jestem przekonany, że ten klub, jak jego sąsiedzi - Hydrozagadka, Saturator i Skład Butelek - tworzą warszawski Prenzlauer Berg. Może znacznie skromniejszy, nawet nie może, lecz dobre i to. W Berlinie właśnie Prenzlauer zrobił na nas największe wrażenie, wspaniałe kluby-ostoje w kamienicach, alternatywa w swojej najbardziej inspirującej postaci.

W Zwiąż mnie udało nam się zająć pomieszczenie po lewej stronie przed salą z didżejką. Przechrzciliśmy ją na vip room. Chłodno w niej było, naprawdę. Na pewno nikt by nie rozebrał się do naga i poprosił o związanie. Szczęśliwie, kiedy towarzystwo dopisuje, to i mniej czuje się wszelkie niedogodności. I tak przez bite trzy godziny w gronie, a raczej chmielu przyjaciół można było oddać się rozluźniającej atmosferze, łącznie z zachwycającą, spontaniczną sesją fotograficzną pt. wahabitki. Spoglądająca na to z oldskulowego obrazka czarna madonna była naprawdę przerażona. Oprócz sesji, pewnie przez literacki kontekst, pewnie przez nazwę klubu, zebrało się na dosyć kontrowersyjne metafory i zestawienia lingwistyczne. Żałuję, że ich nie spisaliśmy. Szczególnie pamiętam jedno wyrażenie: rozpruwacz analny. Cokolwiek to znaczy i cokolwiek implikuje, niech każdy dopowie sobie sam.

czwartek, 11 grudnia 2008

THE BEST OF PIKSEL 2006-2008

Wystawa THE BEST of PIKSEL to podsumowanie prawie 3 lat działalności wyjątkowego miejsca na matrycy warszawskiej sztuki niezależnej - pracowni i galerii PIKSEL oraz grupy artystycznej o tej samej nazwie.

Na wernisażu, otwierającym wystawę, sporo ciekawych prac. Już dawno nie rozśmieszył mnie sam opis/eksplikacja pracy (tym razem w sensie pozytywnym), otóż: "(...) powstała podczas re-instalacji skanera". Genialne! Artysta, który korzysta z każdej okazji. Niczym wampir.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Kamorra

Tej książki przedstawiać nie trzeba. Jest tak dobra, jak piszą, zresztą fakt goni tu fakt, a talent autora do wciągającej narracji pozwala wyjść mu poza ramy klasycznego reportażu. Po prostu nie wyobrażam sobie, że pragnąca go zamordować mafia faktycznie to zrobi - to będzie zwycięstwo nad słowem, a tego, jak pisze Roberto Saviano, kamorra i jej podobne obawiają się najmocniej. Jedyne, co mnie nużyło podczas lektury, to włoskie nazwiska; nie mogłem do końca poczuć "bohaterów" kamorry. Już nie mogę doczekać się filmu na motywach Gomorry.

piątek, 5 grudnia 2008

Przystań literacka - wywiad

Daniel Koziarski: - W swojej czwartej książce pod tytułem "Znieczulenie miejscowe" wysłałeś zastęp wampirów, by te dotkliwie pokąsały polską rzeczywistość. Nie boisz się, że kogoś zbyt mocno zaboli?

Dawid Kornaga: - Jestestwem wampira jest kąsanie, smakowanie czyjejś krwi. Ta opowieść już z założenia - poprzez specyficzne postacie, jakie ją zaludniają - musiała "wgryzać się" w pewne aspekty rzeczywistości. Jeśli kogoś zabolą pewne spostrzeżenia, to niech pocieszy się, że przynajmniej na papierze, w wyobraźni, a nie naprawdę...

Rzut oka na okładkę. Nie obawiasz się zbyt oczywistego skojarzenia z klasycznym horrorem? Przecież "Znieczulenie" jest co najwyżej horrorem nietypowym. W związku z tym kolejne pytanie - czy dla Dawida Kornagi, abstrahując od oczywistej zależności, bardziej przerażająca jest polska rzeczywistość czy sami Polacy?


Okładka, dla mnie zdecydowanie w stylu camp, ma tylko jedno zadanie - przyciągnąć uwagę. Od razu widać, że nie jest na poważnie, śmiertelnie poważnie, jak to jawi się na coverach klasycznych powieści z dreszczykiem. Poza tym ja tu niczego nie chcę ukryć, to naprawdę historie o polskich wampirach, historie, jakich jeszcze nie było w naszej literaturze, na dodatek ze sporym, humorystycznym akcentem. Inteligentny czytelnik na pewno zapozna się z opisem na okładce, sylwetką autora. Przekona się, że to nie żaden horror, a wręcz przeciwnie: powieść współczesna osadzona w konwencji literatury pięknej, z całym niezbędnym bagażem stylizacji, metafor, odniesień etc. Nie mam nic ani do polskiej rzeczywistości, ani do Polaków; sam jestem jednym z nich. Kto nie znosi swojego kraju, wzrusza tylko obojętnie ramionami lub atakuje go bez opamiętania. Ja nie potrafię przybrać jednoznacznej postawy. Wolę co nieco skrytykować, to znowu pochwalić, oczywiście w nadziei, że można to jeszcze ulepszyć, a przynajmniej - zmienić dotychczasowe postrzeganie danego problemu. Nie należę do pisarzy, dla których liczą się tylko fajerwerki fabularne.


Ciąg dalszy na stronie Przystani Literackiej:
http://www.przystan-literacka.pl/index.php?show=2404

środa, 3 grudnia 2008

Dostępność, a raczej jej brak

W odpowiedzi na liczne zapytania, dlaczego Znieczulenia miejscowego nie ma w warszawskich empikach już od 30 dni (tak!) od premiery, odpowiadam, czego się dowiedziałem. Otóż książka, jak kilka innych tytułów, leżała lub leży sobie w centralnym magazynie, chyba w Sochaczewie. A że empiki zaopatrywane są teraz nie przez handlowców wydawnictwa (szkoda!), tylko przez ich magazyn centralny, wszystko zależy też od zamówień poszczególnych kierowników salonów. No i wampir zabity, i to nie kołkiem osinowym...

Sytuacja, jak widać, wygląda na razie beznadziejnie, po prostu szkoda słów. Zęby się zaciskają, a autor najchętniej wbiły je w parę szyj winnych tej komplikacji.

Jeśli więc ktoś jeszcze chce kupić Znieczulenie bez zamawiania w necie, proponuję albo księgarnię firmową wydawnictwa na ulicy Garażowej 7 (rabat 10%), albo w Trafficu, albo w jakiejś księgarence, choć to ostatnie raczej wydaje się nierealne. Wampiry na pewno będą ci, czytelniku, wdzięczne.

A gdyby ktoś cudem zobaczył Znieczulenie w empiku, proszę o informację.

niedziela, 30 listopada 2008

Hydrozagadka

Po wieczornym zlustrowaniu galerii Raster (promocja nowego numeru, a może stosowniej: numerku DIK Fagazine), nasza Ekipa, choć w niepełnym składzie, to pełna werwy i ludycznej zaciętości, mimo zacinającego śniegu, deszczu i co tam jeszcze z nieba leciało, systemem abordażowym - przesiadając się z tramwaju na tramwaj - dotarła do Hydrozagadki.

Zaanektowaliśmy stadem złączone ze sobą stoliki na antresoli, by nie słyszeć rzępolenia przygotowującego się do koncertu zespołu. Zgodnie podjęto radykalne działania (co widać na zdjęciu) zmierzające do częściowej utraty kontroli nad rzeczywistością - bym tym ostrzej ją widzieć. Przyznam, jakoś tak o prozie mało się gadało. Może to i lepiej - w końcu po prostu się ją mimochodem, mimołykiem tworzyło.

Dobrze, że po tej eskapistycznej sesji przyjaciele zaprosili nas wszystkich do siebie na herbatę. I znów z tramwaju na tramwaj, przez kałuże, deszcze niespokojne do mieszkania na Grochowie. To jest ta wampiryczna wytrwałość, niech zazdrości, kto jej (jeszcze albo w ogóle) nie ma.

sobota, 29 listopada 2008

Już jakby Święta

Lodówka pusta jak brzuch eremity, więc chcąc nie chcąc wybraliśmy się na wielkie zakupy do superhipermarketu. Było jeszcze wcześnie, a tu prawdziwy najazd konsumentów, którego mogliby pozazdrościć nawet Marsjanie lub inna obca cywilizacja, pragnąca skolonizować naszą planetę. Samochodów jak główek kapusty przed piętnastoma laty na Kabatach. W środku kotłowisko, w pierwszej alei, zaraz przy wejściu, hurtownicy "w trosce" o zbliżające się Mikołajki nawalili zabawek jak dinozaury kup w Parku Jurajskim. Najbardziej przerażające wydały się nam wielkie lalki w dziwkarskich minispódniczkach, sięgające tak przynajmniej do pępka. Idealny substytut dla spragnionych pedofilów. Lalki miały w sobie coś przerażającego, bo ludzkiego; pamiętacie laleczkę Chucky? Przyznam, przeraziłbym się takiej w ciemności, stojącej w kącie pokoju.

Później coraz gorzej (komunikaty o zagubionych dzieciach, pewnie przez te góry zabawek, stały się wręcz nudne i przewidywalne), manewrowaliśmy wózkiem normalnie jak Sowieci czołgami pod Kurskiem. Ludzie, miłośnicy dziesięciu przykazań, przykazania miłości i paru innych, sprytnie skonstruowanych maksym, by być cicho i nie wychylać się przez całe życie, z obłędem w oczach absolutnie nie zważali na innych bliźnich. Gorzej niż na meczu południowoamerykańskich drużyn o puchar kontynentu, wszystkie chwyty dozwolone ku radości kibiców. W tym przypadku kibicami byli menedżerowie superhipermarketu, zadowoleni z zalewu ludzkiej masy płacącej. A to dopiero początek, co będzie na tydzień przed Świętami? Wielu kasjerkom przybędzie mięśni w rękach od przesuwania towarów.

Wytrwaliśmy. Kosztem mojego późniejszego bólu głowy. I wydania dodatkowo około 5 PLN. Otóż dopiero w domu okazało się, że ktoś w amoku pomylił swój wózek w z naszym i wrzucił do niego siatkę z kilkoma olbrzymi pomidorami. Gdyby choć nadawały się do jedzenia, nie, rasowe "hipermarketówki", sflaczałe doszczętnie.

środa, 26 listopada 2008

Guns

O tym pichconym przez kilkanaście lat albumie chyba już wszystko napisano, ja tylko dodam skromnie z mojej strony, że wcale nie jest taki zły czy nieudany, jak co niektórzy stwierdzają. Na pewno daleko mu do "Use your Ilusion", ale sporo w nim mocy, melodii i swoistego kombinowania; a że to nie takie oryginalne, nie oznacza, że kiepsko się tego słucha. Tak jak są piękne kobiety, tak są też ładne - i też dostarczają przyjemności, prawda? Bezkompromisowe krytyki mają w sobie coś z faszyzmu, są definitywne i zakochane w swoich konstatacjach; boję się ludzi, którzy mają do nich inklinację. Należy docenić - to nie żart - wytrwałość Axle Rose'a, że pomimo odejścia głównych muzyków zespołu, nie popadł w zapomnienie, wciąż kombinował, kręcił, smęcił i wreszcie dokonał swojego. Ponadto tyle już zarobił... Więc gdzie miał się spieszyć? Za pomocą megalomanii i wrodzonej upartości spełnił swoje marzenie. I daje czadu. Przynajmniej.