Problem hoteli all inclusive przemaglowano dotąd na tysiąc sposobów. Krytycy grzmią, że to gwóźdź do trumny lokalnej gastronomii, gdyż "rodzinka woli hotelowy wypas, za który na zaś zapłaciła". Że to promocja konsumpcjonizmu w najgorszym wydaniu, prosta droga do chorób z przejedzenia i przepicia, groteskowy plan filmowy remake’u "Wielkiego żarcia". Dla wielu to synonim obciachu: byczenie się w zamkniętym kurorcie, jedzenie, picie i totalny marazm intelektualny. Ewentualne przebłyski egzystencjalnego buntu ("Co ja tu robię?!") szybko toną w morzu scrollowania i błogiego nicnierobienia. Nic dziwnego, że resorty kojarzą się często z klientelą niewymagającą, zorientowaną wyłącznie na zmasowaną podaż kalorii i procentów.
