środa, 25 czerwca 2008

Seks w wielkim mieście



Gdyby nie darmowe zaproszenie na „Sex and The City“, nasze nogi nigdy by nie trafiły na seans tego chicfilmu. Nie oglądamy serialu (bo praktycznie nie oglądamy telewizji), lecz pierwsze, co nas uderzyło, to zdecydowanie posunięte w wieku aktorki. Takie poprzebierane w kolorowe ciuszki, wychudzone ostentacyjnie ciotki z problemami z… serialu. Bo słabością tego filmu nie tylko jest cała niedorzeczność psychologiczna (za to plus za parę naprawdę zabawnych tekstów i scen oraz brawurową rolę kopulującego yorka), ale przede wszystkim dalsze dzieje bohaterek serialu. Jego wielbiciele i tak pójdą do kina, żeby dowiedzieć się, co się zdarzyło z „załogą Rudego 102 w Polsce Ludowej“, natomiast ciekawscy być może zainteresują się dotychczasowym pakietem kolejnych sezonów serialu. W efekcie otrzymujemy przydługi, telewizyjny odcinek, na który – jeśli masz wydać pieniądze – po prostu ich szkoda.

A na marginesie, boli serce, boli dusza, gdy pokazują Nowy Jork. Chciałoby się wskoczyć w film i zamieszkać tam na stałe.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Tak ,bo bohaterem tego filmu jest właśnie to miasto. ;)
Jula

Kornaga pisze...

Byłem tylko w Chicago. To jednak nie to co N.Y.

zosik pisze...

Nie można się nie zgodzić, film po prostu straszny. W porównaniu z serialem, który wielce sobie cenię, kinowy suplement wypada nudnie, miernie i mało śmiesznie. Pomijając kilka znakomitych smaczków, a stwierdzam to z przykrością, szkoda czasu na tą tandetę.
Tylko N.Y. się broni :)