poniedziałek, 16 czerwca 2008

Cannes

Jak napisałem, czas na Południe. Więc Cannes. Jestem tu dzięki paru życzliwym mi ludziom, którzy wiedzą, że warto mnie tu wysłać za cudze fundusze - zebrana wiedza i emocje na pewno nie pójdą na marne. Bo już zbieram materiał do nowej książki...

Będę tu grasował aż do następnej niedzieli.
Zaczyna się najbardziej prestiżowy festiwal reklamy. W cholerę reklamowego gówna z ekranu. Ale poza tym sporo seminariów, których warto posłuchać, szczególnie jeśli zależy komuś na podszkoleniu swojego angielskiego (bo wiadomo, że polski i tak pójdzie kiedyś w odstawkę jak niekochana, a raczej obojętna już wszystkim spróchniała prababcia). Nie dlatego, by kpić - by coś tam liznąć, czasem więcej, czasem mniej. Tylko idioci by nie skorzystali.

Co uderza w pierwszym podejściu? Nieprawdopodobne bogactwo. Nie uświadczysz tego nawet w Paryżu, gdzie Sarko'ludzie, gdzie Japończycy i Polacy, którzy dorobili się na usługach gastronomiczno-handlowych... Bogactwo porażające, ostateczne. Dokoła okazy doskonałe: Jachty. Pieski. Dupy. Wszystko takie wymuskane, pożądane, pięciogwiazdkowe atrakcyjne. Obłęd. Idę sprać ze zgryzoty.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Cholera, szkoda, że wyciąłeś ten fragment o swoim bezkompromisowym charakterze, wylewałem z niego cały dzień.

Kornaga pisze...

trzeba było zredagować postprocentowe nieścisłości:)