środa, 11 czerwca 2008

Houellebecq

Na wtorkowe spotkanie (jak i dzień wcześniej) w kawiarni Agory Michael Houellebecq przyszedł w oliwkowej kurtce, w której przypominał wschodnioeuropejskiego handlarza kremami Nivea w Berlinie Zachodnim. Ostentacyjna nonszalancja podkreślana dymem z odpalanych co kwadrans papierosów wwiercała się w dziurki nosów zgromadzonych gości, co jednym się podobało, drugich zniechęcało na samym dzień dobry.

Houellebecq miał to najwyraźniej gdzieś. W ruchach przypomina on żółwia, co tym bardziej potrafi do niego zniechęcić. Pytany o cokolwiek, nie odpowiada natychmiast jak urodzony gawędziarz. Zbiera myśli, kumuluje w sobie za i przeciw, co objawia się przeciągłym:
- Eeeee…. Hmn….. Eeeeaaa…
Powstaje wrażenie, że to jakiś debil, który postawiony pod murem skanuje w ramach swoich skromnych możliwości zasoby plików w mózgownicy, by wreszcie coś powiedzieć.

Ale tak nie jest. Wydaje mi się, że autor Poszerzenia pola walki ma po prostu taki sposób bycia; jest nie tylko urodzonym oryginałem, któremu zblazowanie i sława przywróciły w głowie. Raczej można porównać go z buddyjskim mnichem, który ostatecznie się wyciszył, poddał nirwanie, i teraz na spokojnie, z dystansu może przypatrywać się światu oraz zamieszkującym go stworzeniom. A jak podpisuje książki, to po prostu swoim nazwiskiem, bez zbędnych komentarzy (mojej żonie dał autograf na francuskojęzycznym wydaniu Cząstek elementarnych).

Przyjaciel zarzucił Houellebecq'owi to, że na spotkaniu nie miał nic do powiedzenia. Owszem, można było odnieść takie wrażenie, że właściwie pisarz zdaje się nieobecny, że jest, bo jest, ale wcale go nie ma, przysłał tu jakiegoś klona z Możliwości wyspy, a sam siedzi sobie hen daleko na atlantyckiej wyspie i paląc piętnastego papierosa w przeciągu trzech godzin kontempluje zachód słońca; zmierzch cywilizacji. Na pewno winne były pytania prowadzących, którzy przedobrzyli w ich rozpiętości, prezentując małe rozprawki eseistyczne. Po ich wypluciu oczekiwali podobnego eseju, nic więc dziwnego, że autor – żeby pozostać sobą i nie udawać intelektualisty w okularkach, który poszpanuje cytatami i nawiązaniami, czego to on nie przeczytał – musiał się w sobie zebrać, by odpowiedzieć wyłącznie w swoim imieniu, co cenię w nim chyba najbardziej.

Houellebecq to nie jest autor pokroju Sartre’a, który będzie analizował szczegóły szczegółów, rozwodził się analitycznie nad drobinkami egzystencji; jego interesują emocje, które tak genialnie przekazał w swoim arcydziele Cząstki elementarne czy Wyspie, więc jeśli ktoś tego nie rozumie, jeśli ktoś nie potrafi przeczytać tych powieści brzuchem i sercem, a jedynie intelektem, to srogo się zawiedzie. Należy do pisarzy, którzy wypadają blado w starciu bezpośrednim z mediami, za to triumfują na kartkach książki. Nie uważam, że każdy pisarz musi wspaniale wypadać podczas wystąpień publicznych; nie takich już widziałem, co w tym podlizywaniu się publiczności osiągnęli szczyty błazenady. Jedni mają naturalne poczucie humoru, które potrafią sprzedać, drudzy z kolei, upstrzeni introwertycznymi akcentami, nie będą śpiewać pod publiczkę. (Ja na przykład jestem raczej wyluzowany, lubię dowcipkować, lecz bez przesady; najważniejszy pozostaje dla mnie kontakt z przybyłymi, lubię się im przyglądać.)

Bo co istotnego Houellebecq ma do powiedzenia, powiedział w swoich wielkich książkach. Nie można mieć do niego pretensji, że robi „Eeee… Aaaa…“ (choć za każdym razem po takim namyśle mówił i sensownie, i z humorem; widać, że nie rzuca słów na wiatr jak żołnierz bąki po zjedzeniu bigosu). Nigdy nie zapomnę, jak podczas wakacji w Egipcie, gdy ludzie dokoła poddawali się bezwstydnej konsumpcji, pluskali w basenie, śmiali i srali z przejedzenia, siedziałem sobie w cieniu ze schłodzonym winem i czytałem Cząstki elementarne; to była odtrutka na stymulowaną radość życia i mocny bodziec do działania, do bezkompromisowości artystycznej - dwa tygodnie później wyszedł mój debiut, Poszukiwacze opowieści. Houellebecq był wówczas praktycznie w Polsce nieznany, a Cząstki wyszły dosłownie na dniach. Potem pojawiła się Platforma, mocna, choć znacznie słabsza, aż wreszcie porywająca Możliwość wyspy, której fragmenty czytałem publicznie na zorganizowanej u nas na Kabatach Biesiadzie Książkowej.

Zazdroszczę Houellebecq'owi nie sławy, nie niegrzecznej wręcz nonszalancji – zazdroszczę mu absolutnej wolności. Niezależność finansowa pozwala mu olewać świat,wydmuchiwać nań nikotynowy dym, być żyjącym naprawdę bohaterem swoich książek. Nie wiadomo, czy cokolwiek jeszcze ciekawego napisze, ale to, co osiągnął, na pewno zapisało się już w historii literatury, i to nie tylko francuskiej. W takich sytuacjach żal serce ściska, że my tutaj, na peryferiach Europy, myślący i piszący w języku polskim skazani jesteśmy na antypody; jedynie nielicznym uda się przebić „do świata“, oczywiście dzięki dobrym tłumaczeniom, co i tak jeszcze nie gwarantuje i sławy, i niezależności finansowej. Język polski skazany jest na powolną zagładę, wymazanie z palety; jest nie tylko anachroniczny z tymi wszystkimi postłacińskimi deklinacjami, jest po prostu za trudny, zabawnie szeleszczący, handlowo niepotrzebny, komunikacyjnie zbędny, dziki mimo całego piękna melodii – ale co to za piękno, którym możemy sycić się tylko my i paru odważnych cudzoziemców, którym spodobały się Polki?... Takim językom jak niemiecki, francuski czy hiszpański jeszcze długo angielski nie zagrozi, a piszący w nich twórcy mają i będą mieć ułatwiony dostęp do wielkiej rzeszy odbiorców. I do – w tym przypadku – zasłużonej sławy.

W powyższym kontekście żałuję, że moja Gangrena nie ma tej szansy, by wyjść na Zachodzie. Może kiedyś...

4 komentarze:

Lu pisze...

Dla tego, kto nie przeczytał żadnej książki Houellebcq'a, spotkanie musiało być koszmarne, bo przecież autor BRZMI jak bohater własnej książki...

Zaskakujące przy tym, że jednak publicznie lubi się udzielać. Na Youtubie jest wiele zapisów rozmów z nim.

Ma bardzo sympatycznego psa.

Kornaga pisze...

To chyba o tym psie pisał w Możliwości wyspy...

Justyna pisze...

Sympatycznego psa? Czyście na głowę upadli? Przecież to wszystko to tylko pozory, WAB chciało pokazać twarz skandalisty, który niczym się podczas wizyty w Polsce nie popisał. Nawet nie zatańczył, choćby Abby, ani nie okładał się parówkami! Słyszałam go w Trójce, biedny Darek B prowadzący, nijak nie potrafił przerwać ciszy w eterze między "eeeeeeeee" i "aaaaaaaaa". Sory, że nie przyszłam, ale miałam pewną bardzo ważną sprawę związaną z literaturą bliższą nam ciut niż francuska:)

Kornaga pisze...

Geniusz zawsze budzi kontrowersje. Darek B. przy nim to wypalona zapałka.