niedziela, 23 listopada 2008

Kojec Kogutów


Niewątpliwie "Biały tygrys" to powieść wciągająca, jednak niekoniecznie zasłużyła sobie na tegorocznego Bookera; nie mnie jednak oceniać wybory Anglosasów, wpadłbym w jakiś żałośnie mentorski ton. Moim zdaniem książka wybitna, poniekąd z podobnego rytu kulturowego to "Londonistan", którą polecam każdemu, kto szuka w literaturze nie tylko doznań fabularnych.

Prowadzenie narracji w "Białym tygrysie" jest po prostu mistrzowskie; każdy pisarz, czy początkujący, czy doświadczony na pewno weźmie sobie do serca parę niuansów, które mimowolnie wypłyną podczas lektury przed jego czujnymi oczami. Zgrabne rzeźbienie typów charakterologicznych, stopniowanie dialogów, długie, gdy trzeba, krótkie, gdy trzeba, no po prostu gratulacje i szacunek.

Co mnie razi, to sama konwencja realistyczna, przez którą nie potrafiłem mimo wszystko poczuć głównego bohatera. Autor powieści wybrał sobie "wsioka" na hero, jednak niekonsekwentnie go zbudował. Przykład? Teza o tym, że Indie to kraj - Kojec Kogutów; system kastowy zastąpił układ bogacz-biedak, trudno uciec z tego kojca, "tresura" odbywa się od małego. Wszystko to ciekawe, kiwam głową. Lecz absolutnie nie kupuję tych błyskotliwych konstatacji w pakiecie z bohaterem-narratorem, czuję, że to manifest zaangażowanego społecznie i politycznie pisarza. A właśnie chcę czuć bohatera "Tygrysa"; na to nie ma szans. Przez całość książki ewidentnie jest niewykształconym służącym z Ciemności, ostatecznie autor próbuje wmówić nam, że to jednak cwaniaczek, do tego błyskotliwy i... Nie, więcej nie zdradzę, bo zepsuję ewentualną lekturę. "Biały tygrys" to powieść naprawdę warta przeczytania, tyle.

czwartek, 20 listopada 2008

Listospadek


Wiatr wlatuje nawet do dziurek nosa. Na ulicach zakwitają stłuczki niczym truskawki w czerwcu. Politycy na wizji jacyś tacy niemrawi. Każdy pieprzy o złej pogodzie. A ja mam to gdzieś, bo zamierzam dziś w najmilszym towarzystwie na świecie spróbować najbardziej wylansowany sikacz w dziejach - czyli Beaujolais nouveau. Bo dziś jego dzień, trzeci czwartek listopada. Francuzi potrafiliby światu sprzedać nawet zeschnięte, marchewkowe wiórki (pewnie to robią w swoich hipermarketach), kto zaś wątpi w ich możliwości, w Znieczuleniu miejscowym znajdzie liczne tego dowody...

środa, 19 listopada 2008

Recenzje


Pierwsze recenzje:

Jarosław Czechowicz (krytycznymokiem.blogspot.com)

Jeśli uważacie, że na co dzień mijacie na ulicy takich samych ludzi jak wy, to bardzo się mylicie! Jeżeli jesteście przekonani, iż świat zdominowany przez homo sapiens podlega rzekomo rozumnemu człowiekowi i nie ma w nim miejsca na rządy innych, inteligentniejszych i potężniejszych istot, jesteście w dużym błędzie. Nowa książka Dawida Kornagi udowodni wszem wobec, iż wokół nas żyją… wampiry. I to nie byle jakie wampiry! Cwane to bestie, sprytne i tak doskonale kamuflujące swą obecność, że nijak nie możemy odkryć ich obecności czy to na wykładach z teorii filozofii, czy to pod łóżkiem domu rozkoszy, czy też w perfumerii, na plaży, w parku lub w budce z kebabem. A jeśli myślicie, że pojawiły się znienacka i straszą Bogu ducha winnych Polaków w XXI wieku, wbijając swe zęby w ich szyje, dowiecie się, że jeden z nich uczestniczył w bitwie pod Grunwaldem i pod Warną, drugi był wielbicielem przedwojennego kina lwowskiego, a jeszcze jeden namiętnie wypijał krew stróżów porządku na mrocznych polskich ulicach podczas stanu wojennego.

Kornaga wybornie udowadnia, iż nie wyczerpały się w polskiej literaturze pomysły na krytykę polskości i codziennych absurdów, jakie są udziałem każdego z nas. Podążając śladami jego wampirów, wędrujemy ścieżkami wydeptanymi już przez wielu literackich kontestatorów polskiej rzeczywistości. Skąd innowacyjny pomysł na lubujących się we krwi bohaterów? „(…) A na tym właśnie polega bycie wampirem, na byciu sobą, co nieliczni potrafią; kiedy ktoś się odważy, zaraz wytykają go palcem, że niby zęby mu się wydłużyły, serce zhardziało, sumienie poplątało.” Bohaterowie odważni, bohaterowie z krwi (sic!) i kości, bohaterowie wyraziści i przekonujący… obecność takowych jest mocno deficytowa we współczesnej literaturze polskiej. Ci wampiryczni są straszni i … przekonujący. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo!

Na pierwszy rzut oka nie są rozpoznawalni. Były agent nieruchomości Stefan po prostu beztrosko podróżuje sobie Polskimi Kolejami Państwowymi oraz stołecznym metrem w porze nocnej, wbijając czasami zęby w szyje konduktorów i pasażerów. Maurycy zostaje eksmitowany i poznaje, czym jest życie bezdomnego w światowej stolicy mało światowego państwa nad Wisłą. Ugryźć w szyję jest łatwo, ale czy wówczas warto? Jeremi chętnie rozmawia z samotnikami i skutecznie namawia do samobójstwa niepewnego swej wartości pisarzynę oraz starszą panią, z którą nikt już nie chce utrzymywać kontaktu. Paulina natomiast „podgryza” polskie gwiazdeczki show businessu, których blask jest tak samo nikły jak ślad po ukąszeniu sprytnej wampirzycy. Wiesław zaś, poliglota i znany tłumacz, wymierzy krwawą zemstę pisarzowi, który zignoruje swego wielbiciela na wieczorze autorskim. Strasznie? Śmiesznie? Tragicznie? To jedynie namiastka tego, co czeka czytelnika tej fascynującej – jak to określa autor – kompilacji o wielu losach jednostkowych i jednym, smutnym losie smutnego kraju…

Ta książka ma przerażać, bawić i zmuszać do refleksji. Przerażać, czyli tak naprawdę na nowo ukazywać codzienne fobie rodaków. Dlaczego? „Polska to kraj ukrytych strachów. Czają się w przeróżnych miejscach i wyskakują znienacka, a potem ludzie gadają, że Matka Boska się im objawiła na korze sosny, co przed domem od dwudziestu dwóch lat rośnie”. Lektura „Znieczulenia miejscowego” wyraźnie i na trwale odbije swoje piętno na czytających. Nie jest to może literackie objawienie na miarę wizerunku Świętej Panienki, przed którą Polacy padają na kolana, ale… Kornaga na pewno spowoduje, że polskie kolana ugną się nieco, kiedy przyjdzie nam poznać zawikłane losy polskich wampirów.

Powieść ma bawić. Rozciągnąć w uśmiechu choć na moment zastygłe w wiecznym napięciu rysy twarzy przerażonych samymi sobą i wściekłych na siebie nawzajem rodaków. „My, jak się dąsamy, to tak, że z wąsów iskry lecą. Wiecznie nastroszeni. Wiecznie czujni. W Polsce bowiem ciągle zmagamy się z naszymi podstępnymi marami i czarami.” Kornaga udowodni, że podstępne mary mogą się czaić nawet tam, gdzie się ich zupełnie nie spodziewamy. Swoistym zaś aktem ekspiacji ma być… uśmiech i zachowanie dystansu do samych siebie.

Książka ma także zmusić do refleksji. Refleksji o istocie polskich bolączek, kompleksów, lęków i urojeń. Jak pisze autor: „Polska – w przeciwieństwie do liberalnych, innowacyjnych, bogatych, cudownych, tolerancyjnych, po prostu dorobionych w każdym detalu krajów Europy – to dominium ukrytych strachów, upiorów i wampirów, które coraz częściej wychodzą do nas. I z nas.” Truizmem może być stwierdzenie, że „Znieczulenie miejscowe” powstało ze złości i zatroskania, że to książka, która wyskoczyła niejako z naszych gardeł, trzewi i umysłów. I jeżeli ktoś może mieć do Kornagi pretensję o to, iż tchnął życie w straszne wampiry, należałoby najpierw zapytać – czy to my sami nie jesteśmy wampirami, o jakich napisał autor?

Mocną stroną książki jest ironiczny język, który pozornie trywializuje ważkie kwestie, a jednocześnie ostrą brzytwą satyry tnie wymagającą operacji na żywym organizmie tkankę społeczną, którą wszyscy tworzymy. Z pewnością uczucie niedosytu wywoła fakt, iż zbyt wiele rozwiniętych opowieści nie ma w książce spójnego zamknięcia. Z drugiej jednak strony jest „Znieczulenie miejscowe” powieścią – kolażem, literacką galerią postaci i zdarzeń, które dopiero wspólnie tworzą dość przygnębiający obraz polskości.

Dawid Kornaga pokazał, że potrafi być pisarzem twórczym, zaangażowanym w codzienne problemy własnego kraju i pisarzem, który po raz kolejny sięga po oryginalną i odmienną od wcześniejszego dokonania formę, będącą złośliwym Stendhalowskim lustrem, w jakim przejrzy się smutna Polska i smutni Polacy. W miejscowym znieczuleniu łatwiej będzie znieść widok, którego możemy się tylko wstydzić.


Daniel Koziarski (daniel-koziarski.bloog.pl)

Była sobie Polska, kraj od gór do morza, najprzedniejszy w Europie, co tyle krwi w przeszłości przelał, że kurwa ich wszystkich mać, niestraszne mu więc własne wampiry, które chętnie zawartością żył i tętnic swoich obywateli żywi.

W tym zdaniu zawiera się niejako esencja nowej powieści Dawida Kornagi pt. ,Znieczulenie miejscowe'. Autor ,Gangreny' po wzięciu pod lupę w ,Rzęsach na opak' psującej się podstawowej komórki społecznej, przestawia się na skalę makro, rozprawiając się z Polską (jak długa i szeroka terytorialnie) oraz z Polakami (jak długa jest lista naszych narodowych przypadłości, lęków, kompleksów i jak szerokie pasmo naszych mentalnych klęsk, przyzwyczajeń i stereotypów).

Kornaga ubrał swoją powieść w zgrabną formę - krótkie rozdziały przedstawiają sylwetki rozmaitych polskich wampirów, umiejscowionych na rozmaitych tłach społeczno-historycznych (a nawet geograficznych, bo przecież i wampiry podatne są na pokusę emigracji), które - każdy w swojej kategorii - zadowalają się specyficzną grupą dawców (tak na przykład wampir Mirosław pije krew duchownych i uduchowionych; wampir Stefan odżywia się krwią konduktorską). Za każdym razem dana grupa i określone tło pozwalają autorowi w zręczny sposób rzucać światło na pewien wycinek polskiej rzeczywistości. Za pomocą błyskotliwej ironii, bezkompromisowej chłosty albo dla odmiany odrobiny defetyzmu, wyciąga on pewne rzeczy przed nawias, aby poddać mniej lub bardziej subtelnej ocenie.

Z tymi ocenami nie zawsze musimy się zgadzać (możemy na przykład zgrzytać zębami na zbyt oczywiste momentami kpiny z religijności Polaków), ale przecież czasami należy odczytywać je po prostu przez pryzmat autorskiej prowokacji. Tak samo należałoby interpretować wypowiadane kategorycznym sądem tu i ówdzie - wprost - stwierdzenia o Polsce i Polakach - wszak tych, którzy nie mają poczucia humoru i odrobiny dystansu do siebie i rzeczywistości może w oczywisty sposób razić mentorski ton Kornagi czy stosowane przez niego niejednokrotnie w ,Znieczuleniu miejscowym' poglądowe uogólnienia i skróty myślowe.

W ,Znieczuleniu miejscowym' skrzy się od humoru (znakomity jest humor obserwacyjny - vide podział polskich taksówkarzy na grupy) i autorskiej erudycji (filozofia, historia, geografia, popkultura); Kornaga zgrabnie żongluje konwencjami i nie stroni od zmian stylu (pojawia się m.in. pastisz, internetowy czat, felieton w ogórkowym stylu).

O ile w głośnej ,Gangrenie' Kornaga szył prowokację grubymi nićmi przemocy i wulgarności, to w ,Znieczuleniu miejscowym' robi to w sposób zdecydowanie bardziej subtelny i przemyślany, z nieporównywalnie lepszym i głębszym efektem końcowym, a co najważniejsze, z pokaźną dawką humoru na wysokim poziomie.

Pozostaje mi zatem polecić, żeby udali się Państwo w podróż po Polsce w towarzystwie wampirów stworzonych przez Kornagę - naprawdę nie będzie bolało (nie potrzeba będzie stosować żadnego znieczulenia, chyba, że ktoś jest za bardzo przeczulony na punkcie polskości). Za to, na podstawie pobranych przez książkowe wampiry próbek krwi, będziemy mogli przejrzeć się w wielkim społecznym lustrze i dojść do naprawdę ciekawych wniosków. A potem, naturalnie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku czytelniczego, z powrotem schować biało-czerwone upiory do szaf i udawać, że nie mamy się czego wstydzić, bo przecież polska krew jest najbardziej wartościowa i nieskażona na świecie (naturalnie, kto śmie wątpić, ten jest głupi, ma wszy, krzywy kręgosłup i zaraz dostanie w policzek).


ssrobertos.blogspot.com

Znieczulenie miejscowe, czyli kolejna twarz Dawida Kornagi. Na samym początku warto powiedzieć, że to naprawdę kawał dobrej literatury.
Kornaga w swojej nowej książce przenosi nas w świat, który fascynuje, niepokoi, bawi, ale przede wszystkim wgryza się w czytelnika. To doskonały zestaw kilku bohaterów. Czytając ma się wrażenie, że autor rozmawia z nimi, że pisze ich biografie. Przedstawia bohaterów w sytuacjach, które mogłoby się wydawać zarezerwowane są dla zwykłych śmiertelników, przez co ci bohaterowie są bliscy czytelnikom. Czytając ma się wrażenie, że są oni obdzierani ze wszystkich sekretów. Mimo tego książka niepokoi. Zastanawiam się ilu takich wampirów spotykam codziennie na ulicy, w pracy, itd.
Jest jeszcze jedna rzecz. Ta książka, to znakomity obraz Polski, naszego społeczeństwa, które jest jak wampir.
Książkę polecam zdecydowanie. Jest to wybitna pozycja na miałkim rynku polskim

poniedziałek, 17 listopada 2008

Passé


A jednak pewne książki, mimo wielkiej prawdy o życiu, stają się niekiedy NIEZNOŚNIE archaiczne, szczególnie gdy ta archaiczność wpływa na konstrukcję całości, a całość - na konstrukcję bohatera.

Po Łaskawych, w ramach odreagowania, a przed zanurkowaniem w prozie współczesnej (oprócz pewnego tomu Żywotów równoległych Plutarcha, który wyjdzie pod koniec listopada), czytam właśnie ponownie (jakoś po szesnastu latach) Panią Bovary i zaczynam odczuwać coraz większy dystans do dzieła Flauberta.

Oto społeczno-biologiczny status quo ówczesnej madame:
"Mężczyzna przynajmniej jest swobodny; może dać się porwać namiętnościom, zwiedzać obce kraje, zwalczać przeszkody, kosztować najniedostępniejszych rozkoszy. Kobieta, przeciwnie, zawsze jest skrępowana. Bezbronna i ulegająca wpływom, ma przeciwko sobie pokusy ciała i zależność prawną. Wola jej, jak woalka od kapelusza, drży za każdym powiewem wiatru, zawsze ją pociąga jakieś pragnienie, wstrzymuje jakiś wzgląd przyzwoitości."

Tylko wyjątkowy gbur, ultrakonserwatysta i niepoprawny onanista mógłby się pod tym podpisać. Stąd blisko do uznania powieści mistrza Flauberta za literacki rekwizyt. A poniekąd ostrzeżenie dla wszystkich, którym marzy się ponadczasowe dzieło. Skoro nie udało się takiemu geniuszowi jak Flaubert, dlaczego wierzysz, że uda się tobie? To nie defetyzm, to twórczy manifest. Naturalnie, literatura z pękiem kluczy do współczesności, ukrytych aluzji i "jednowarstwowych" kotar na pewno żyje krócej. Ale nie taka jest tu przedmiotem tej krótkiej analizy.

niedziela, 16 listopada 2008

Łaskawe


Arcydzieło. Odurzające obrazami, obezwładniające stylem narracji. Scena z mrówkami (oczywiście nie zdradzę szczegółów) najlepiej oddaje nieograniczoną wyobraźnię autora. Ostatnie strony nieco przekombinowane, odezwał się w Littellu nieodrodny syn ojca, również pisarza, ale zdaje się, kryminałów czy sensacyjniaków. Poza tym porażający fresk potwora i jego obsesji.

piątek, 14 listopada 2008

Po WWL


Przyznam, byłem pełen obaw przed tym wieczorem literackim, sporo osób nie potwierdziło przyjścia, sporo oświadczyło, że nie dotrze, sporo oświadczyło, że dotrze, a nie dotarło, a nie ma nic gorszego, niż kilkanaście dusz na spotkaniu (w "Znieczuleniu miejscowym" jest taki epizod, w którym na spotkanie pisarza H. właściwie nie przyszedł nikt oprócz wampira Wiesława...). Szczególnie tak zamkniętym, w specjalnie do tego wynajętej klubogalerii Piksel. Jakie było moje zdziwienie, gdy frekwencja przekroczyła tzw. najśmielsze wyobrażenia, zeszło się znanych mi i nieznanych osób chyba ze sto albo i więcej! Przed dwudziestą drugą skończyło się wino (tak intensywnie czerwone, że wielu amatorów miało czerwone kreski i zakrzepy na ustach, normalnie jak krwiopijcy po kolacji), a przecież było go naprawdę sporo, prawie czterdzieści butelek; niestety, WWL to nie wesele w Kanie Galilejskiej, zabrakło sponsora-cudotwórcy. Przy okazji przepraszam rzeszę tych, dla których zabrakło miejsc siedzących; nie przewidzieliśmy takiej ofensywy wampirycznej. To był mój chyba najlepszy dotąd wieczór literacki, wspaniały prowadzący, świetna atmosfera, a do tego niezwykle klimatyczny set DJ Hiro Szymy i projekcja "Nosferatu" z 1922 r. na wielkim płótnie-ekranie. Nie mnie osądzać i podsumowywać, pragnę tylko jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy przyszli.

niedziela, 9 listopada 2008

Wampiryczny wieczór literacki


W programie m.in. rozmowa o "Znieczuleniu miejscowym" (prowadzenie: Cezary Polak, "Dziennik") oraz inspirowany klimatem książki set muzyczny live (DJ Hiro Szyma, producent Audiowizualnej Grupy Przyjaciół RH+).

13 listopada (czwartek), godz. 19,
klubogaleria Piksel,
ul. Noakowskiego 12 m.43 (I piętro)

Szczegóły na www.piksel.art.pl

piątek, 7 listopada 2008

Ngo Van Toung


Wietnam po warszawsku, czyli spotkanie z Ngo Van Tuong w ramach "literatury na peryferiach" w Teatrze Komuny Otwock, cyklu prowadzonych przez Cezarego Polaka. Dziwna sprawa z tym językiem polskim pana Ngo (po naszemu zwany Tomkiem), 25 lat w naszym kraju, a ma nie tylko straszny akcent, po prostu kiepsko mówi, niezrozumiale, kaleczy słowa, jakby nauczył się ich dopiero wczoraj. Podejrzewam, że byle sprzedawca z budki z sajgonkami lepiej potrafi się porozumieć. Być może lepiej wypadł jego polski podczas drugiej części spotkania, do której nie dotrwaliśmy; po powrocie z Rzymu rozchorowałem się (nosowy głos wyraźnie słyszalny podczas wywiadu w TVN), wczoraj rozrywający kaszel po prostu nie dawał mi spokoju, w efekcie zagłuszyłbym (chyba poważną) rozmowę o literaturze, a co jak co, ostatnia to rzecz, którą chciałbym skrzywdzić.

wtorek, 4 listopada 2008

Telewampiry


Jutro o godzinie 10.45 wywiad w TVN z autorem "Znieczulenia miejscowego", prowadzenie Anna Dziewit.

WYWIAD dostępny na stronie www.dziendobrytvn.plejada.pl

http://dziendobrytvn.plejada.pl/24,12125,news,,1,ksiazka_o_wampirach,aktualnosci_detal.html

piątek, 31 października 2008

Definitywny koniec stresogennego miesiąca


Więc wczoraj w Obiekcie Znalezionym na wieczorze promo książki Dehnela "Balzakiana" (prowadzenie: K. Szczuka, na twarzy wyraźnie ślady starzenia; biedactwo). Niby autor mówi słuszne rzeczy, niby tak jak trzeba podsumowuje "rzeczywistość dokoła nas", ale jakże zakochany w sobie, bezkresnie zakochany w słowach, które w ilościach nadliczbowych produkują jego zwoje mózgowe, że jedyne, co wzbudza, co czuję (czyżby jego predestynacją był epigonizm?) - to nuda, straszna nuda, ziewanie i chęć zamówienia w barze czegoś na odtrutkę; może to organiczne, nie wiem. Szczęśliwie, koło przyjaciół i znajomych dopisało, więc wieczór można uznać za udany. Szczególnie że ponad dwie godziny wcześniej byłem jeszcze w BUW-wie na prezentacji książki mojego dobrego i zdolnego kolegi ze studiów, Jacka Wasilewskiego (do spółki z innym, nieco starszym autorem, niezwykle błyskotliwym, niezwykle - Adamem Skibińskim) - "Prowadzeni słowami". Jacek to wytrawny specjalista od słów, wykłada na UW, doradza, kreuje. Książka, z jednej strony poradnik, jak nie dać się "mistrzom ogłupiania/czy zrywania mas", z drugiej - erudycyjna wykładnia retorycznych chwytów), jest naprawdę warta polecenia, choć może nieco za długa; taki przywilej uniwersyteckich wykładowców. Szkoda, że po spotkaniu nie mogłem zostać tam dłużej, ale punktualność rzecz ultraświęta, trzeba było pędzić do Obiektu.

Jutro tzw. Święto Zmarłych, Wszystkich Świętych (no, nie każdy, kto wyciągnął kopytka, zasługuje na poklask, może na poklask, że wyciągnął wreszcie kopytka...). Amerykańskie dynie straszą na wystawach sklepowych, w kinach rozliczne premiery horrorów, a już za parę dni wyjdzie pseudohorror - "Znieczulenie miejscowe". Kto chce posmakować "wampirycznego" fragmentu (niestety, to jedynie liźnięcie fabuły, ale cóż, zapłać, przeczytasz więcej), to proszę: http://www.proszynski.pl/Znieczulenie_miejscowe-p-29991-.html

Wczoraj wieczorem, trochę przez spontan, trochę przez sztucznie stymulowaną atmosferę Halloween trafiliśmy na kilkadziesiąt minut do klubu Bollywood. Miejsce jest niejako poszerzeniem oferty niedalekiego Sheesha Lounge, orientalna muzyka i kuchnia. No właśnie, kuchnia. Otóż miejsca do wygibasów tyle co na najeżonym szpilami stołeczku fakira, reszta, wielkości Kalkuty, z przeznaczeniem na stoliki, a więc konsumpcję, a więc wydawanie pieniędzy. Jeśli zamówi się tam nargilę przed dwudziestą, zamiast 25 - 15 PLN. Faktycznie pyszne przystawki, ale poza tym klimat, z którym zetknęliśmy się na "największej dyskotece w Tunezji" - klubie Bora Bora. "Dancefloor" nieproporcjonalnie mały do całości, dedykowanej merkantylnie stolikom, a więc konsumpcji, a więc wydawaniu pieniędzy... Tak czy owak Boolywood warty jest polecenia na romantyczną kolację; zmyślnie podświetlone detale i egzotyczna muzyka mogą podziałać niczym afrodyzjak.

środa, 29 października 2008

Roma



Zazdrość ta była w pełni uzasadniona, bo odkąd pamiętam, nie skąpiłem jej wobec Edwarda Gibbona, autora „Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego” (jaka szkoda, że polskie tłumaczenie jest niepełne, ot resztki ze stołu wielkiej uczty erudycji), który prawie trzy wieki temu przybył na ruiny Forum Romanum i tutaj, zapewne w blasku zachodzącego słońca, siedząc na którejś z upadłych kolumn, delektował się i zarazem płakał na widok tej zrujnowanej wspaniałości po Cesarstwie; wtedy też zadecydował o napisaniu dzieła swojego życia, które zmieniło historiografię, i na zawsze już stworzyło mit Wiecznego Miasta, jego minionej potęgi i dziedzictwa, które po dzień dzisiejszy przenika naszą zachodnią cywilizację (przepraszam za wzniosłą frazę, nie mogę inaczej).

Pan Gibbon wreszcie nie musi zważać na małego, słowiańskiego zawistnika; wreszcie i on spełnił swoje marzenia do spółki ze słowiańską żoną, z którą w dwuosobowym legionie peregrynował po miejscach, gdzie przechadzał się Caligula, Klaudiusz, Trajan czy Sewer. A przy tym dopisała pogoda, z czterech dni dwa były wręcz niemożebnie słonecznie, kiedy wyznaczyliśmy sobie główne trasy, antyczną i nowożytną. Rzym jest wspaniałym miastem, w którym naprawdę się bez reszty (w euro…) zakochaliśmy. Ave!

czwartek, 23 października 2008

Nogi mojej żony


Uwaga, jedyna okazja, by bez wzbudzania mojego słusznego gniewu zobaczyć fragment seksownych nóg mojej żony - i to gdzie? w najnowszej październikowej LAMPIE nr 10 (55).
Dokładnie na stronie 31, jakby ktoś nie mógł się już doczekać i pędził do Empiku.

Tak się kiedyś późną jesienią 2005 złożyło, że wybraliśmy się na wieczór autorski śp. Mirosława Nahacza do śp. klubu Aurora. Teraz LAMPA publikuje zapis z tamtego spotkania (brawo za odnotowanie takiego choćby szczegółu jak tekst pani, która poprosiła o dedykację, bo chciała już wyjść, jako że nie była w stanie wytrzymać intensywności nikotynowych oparów), prowadzone przez Kazimierza Malinowskiego. Los sprawił, że siedzieliśmy blisko bohatera wieczoru, cokolwiek bełkotliwie się wówczas wyrażającego; szkoda chłopaka.

niedziela, 19 października 2008

Kitsch(en) Party


Sobotnia noc była idealna, by urządzić zwariowaną imprezę, po której dotąd szumi mi w głowie. Zaproszeni świetnie się poprzebierali, zwycięzca w kategorii męskiej dostał w nagrodę wyjątkowo ohydną, tandetną podróbkę Kena, a zwyciężczyni - jeszcze gorszą "Barbie". Dziękuję tym, którzy mimo wszystko przyszli.

czwartek, 16 października 2008

W przygotowaniu


"Znieczulenie miejscowe", a więc eklektyczna powieść o polskich wampirach planowana jest na 4 listopada. Wkrótce pojawi się okładka - bardzo w stylistyce camp.

środa, 15 października 2008

Wizytantki w dżungli


Świetna sztuka na podstawie równie świetnej książki. Polifoniczna narracja na scenie po prostu hipnotyzuje. Przedstawienie ostre, krytyczne względem "świętych" instytucji, podpór państwa - Kościoła, wojska. Wystawione z rozmachem, którego nie powstydziłaby się żadna zachodnia scena. Jeszcze długo pozostanie nam w głowach. Ach, te wizytantki...

niedziela, 12 października 2008

Saturator. I hiszpańskie zejście


Sobotnią nocą na 11 Listopada numer 22, w trzypoziomowym Saturatorze, choć w pobliżu połyskują w bramach praskie kastety i noże, to lepiej być nie może, pięćdziesiątki gonią pięćdziesiątki, pod kuratelą coli z lodem, a może lodu z colą, niebezpieczne teamy, dobrze znane to tu, to tam, lecz nic to, gdy parę ochłapów muzyki na przekąskę. Nikt się nie boi, amstaffy dawno już śpią, przez minione miesiące bandyterka poznała, że tutejsza klientela a la student, artysta malarz, poeta, prozaik i co tam jeszcze wymyślą antropologowie kultury niczego wartościowego za pazuchą nie nosi, więc po chuja przypierdolić na dobry wieczór frajerowi, skoro żadnego większego pożytku z akcji wymuszania funduszy, zaś ryzyko nieprzewidzianych komplikacji podwójnie wręcz przewidywalne. Wiadomo przecie, że rozpieszczone córeczki podsekretarzy stanu uwielbiają miejsca alternatywne, skrzywdzisz taką, dwuznacznie spojrzysz między szczelinę jej ud, jeszcze gotowa zadzwonić do tatusia, co rozgniewany słusznie bez wahania spuści z kagańca władzy watahę borowików trujących, a z tymi skurwielami w garniturach nie ma żartów, jak robią wpierdol, to nie w imię wendety – w imię suwerenności państwowej, przyszłego świętego Jana Pawła, deficytu budżetowego i wskaźników inflacji. W pobliskiej Hydrozagadce koncert Pustek, więc tłok, Paweł Dunin-Wąsowicz krąży w towarzystwie kobiety, z trudem odklejając lizusów i animatorów kultury od swoich łokci, więc z przykrością zaniechuję pogawędki, nie lubię niechybnych psujów dialogowych; młodzież przy barze przepija swoje szanse, w TVN leci tymczasem „Mam talent”, oni tego bezczelnie nie oglądają, cała RP vol.3 wzrusza się niewidomymi divami operowymi i piętnastoletnimi klonami Amy Winehouse, a oni nic sobie z tego, piwo butelkowe niejedną wizję w sobie kryje, niestety, wysikane po dwudziestu czterech minutach nie pozostawia wiążących zobowiązań wzmożonego rozwoju ukrytych zdolności. Przy kontenerach, jakże blisko do Zwiąż mnie i Składu butelek począł swój udany biznes popółnocny zaparkowany hot-dog bus, 5 PLN za radość wzięcia do buzi, moje drogie dziewczynki, mięsistej paróweczki wujka Mariusza W., któremu nie w głowie chemiczne kastracje emanowane przez wilcze oczy przyszłego prezydenta. Nocnym do metra Świętokrzyska, tutaj wreszcie autentyczna atrakcja, leży nieprzytomna, obsikana i zarzygana na peronie przy schodach, facet ze straży metra konsultuje się z kimś przez krótkofalówkę, gapie dociskają pierścień ciekawości, nieszczęsna to Hiszpanka, kurczaczek, nie kobieta, przy niej dwóch kolegów, których w podstawówce męczyli Cervantesem, bezradni, co robić, zeszła, podobno wypiła solo pół litra zabójczej polskiej wódki, a to nie wino, to polska wódka, bezlitosna jak atak husarii, więc zeszła dosłownie, zwieracze puściły; przybywa straż miejska, karetka w drodze, a w międzyczasie sprzątacz w czerwonym wdzianku skrupulatnie usuwa mopem iberyjskie wymiociny, Zapatero, jak możesz, spójrz, co twoje dzieci wyczyniają u wschodnich dzikich ludów, zdaje się mówić, lecz go ignorujemy. Przyjeżdża metro, zostawiamy niezakończony epizod na peronie, biedny, pewnie skończy się kroplówką, bo na pewno nie eldoradem zadowolenia.

sobota, 11 października 2008

Sekrety Rzymu


Lektura tej książki już od początku była błędem, w którym jednak pogrążałem się strona po stronie. To opowieści dla ludzi, którzy Rzym mają w jednym palcu, kojarzą topografię i praktycznie widzieli wszystko, łącznie z toaletą aktualnego papieża, a teraz mogą nieco złagodzić swoje zblazowanie, odkrywając nowe-stare fakty. Ja jeszcze w Rzymie nie byłem, ale wkrótce będzie szansa na nadrobienie tej wstydliwej nieobecności.

poniedziałek, 6 października 2008

Miłość wg babskiej prasy


Tego się nie spodziewaliśmy, a jednak. A jednak listopadowy "Świat Kobiety" opublikował reportaż o mojej żonie (str. 128), naturalnie w kontekście miłości. To "jednak" wynikało z licznych zastrzeżeń, jakie postawione zostały jeszcze przed wywiadem, nie mówiąc już o autoryzacji; szczęśliwie dziennikarka jest osobą empatyczną, więc nie doszło do konfliktu. Moja żona zdecydowanie sprzeciwiła się tytułowi artykułu, to była grafomania w czystej postaci, totalne kłamstwo typu "uśpiona kobiecość". Redaktorka nawet nie odpisała na jej mejla z propozycją jakiegoś normalnego tytułu. Ostatecznie dobre duchy czuwały, bo obecny tytuł, mimo że trochę landrynkowy, ujdzie, zwłaszcza na łamach tak sprofilowanego pisma. Z tego wszystkiego najciekawsza była sesja fotograficzna w naszym mieszkaniu i na ulicy Wąwozowej. W sumie warto było, trochę optymizmu na tak smętną pogodę. Żal tylko ściska, ile - oprócz prawdy - jest w tym pewnej projekcji, fokusowania, selekcji.

piątek, 3 października 2008

Tysiąc i więcej stron


„Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było”, tak Littell zaczyna swoją cegłę – „Łaskawe”. Już mi się podoba. Są opasłe książki, o których spokojnie można powiedzieć, że częściowa kastracja wcale by im nie zaszkodziła, wręcz przeciwnie. Autor cierpi na manię bezkrytycyzmu, pragnie zwrócić uwagę świata swoim zdanioklepaniem, słowa wypadają mu uszami, wydostają się spod paznokci, wykwitają z porów w skórze, wydostają się z kozami z nosa, a już lawinowo skapują spod powiek, kiedy pisze, pisze i ani przestać nie zamierza, tak pisze, sto tysięcy pomysłów go atakuje, on zaś nie ma sumienia, by je hurtowo dilejtować, przygarnia więc kolejne stada zdań bez pokrycia, uprawia grafomańską adopcję i… zapędza się z powielaniem synonimicznych porównań jak ja teraz:) Co do „Łaskawych” nie mam wątpliwości jeszcze przed lekturą – ta powieść po prostu musi być tak opasła. Bohater mojej „Gangreny” zamordował zaledwie parę kobiet, zasługuje na dwieście kilkanaście stron. Max Aue zmiótł z powierzchni ziemi tysiące ludzi, więc zasługuje na co najmniej tysiąc stron…

poniedziałek, 29 września 2008

Czarownice z Salem


Nie ma sensu streszczać tej klasyki autorstwa Millera, mogę tylko odnotować, że spektakl jest wyreżyserowany w taki sposób, że działa sugestywnie na widza, co niewątpliwie jest zasługą świetnej obsady, ale także samej sztuki. Każde czasy urządzają właściwie swoim obsesjom i fobiom polowania na czarownice, czy to byli agenci, czy domniemani, czy wiedźmy, czy poeci przeklęci... Scenografia urządzona ze zmysłem, jedyny błąd to umieszczenie części widowni po obu stronach sceny, co po prostu rozprasza odbiór. Szczególnie nakłuwała oczy pewna staruszka z czerwonymi włosami. I nawet charyzma Zapasiewicza wymiękała przy zderzeniu z intensywnością koloru, widoczną praktycznie ze środka sceny. To dobre w Awinionie, a nie na deskach Powszechnego.

czwartek, 25 września 2008

Jutro w Planie B


Wczorajsze spotkanie z autorem "Jutro wyjeżdżam do Laponii" prowadziła nasza przyjaciółka, Justyna. Fakt jest faktem, przyszliśmy tam wszyscy dla niej, ale nie zaszkodziło też poznać debiutanta, który okazał się - szczęśliwie - dowcipnym, pełnym autoironii człowiekiem.

Plan B wyróżnia się niestety taką właściwością, że praktycznie nie ma tam gdzie pooddychać, nie tyle świeżym powietrzem, ile w ogóle pooddychać. Nasza wesoła ekipa po zakończeniu wieczoru literackiego została w sali dla niepalących, która przypomina jakiś dark room, ma się wrażenie, że zaraz padnie się tam trupem, a rigor mortis nastąpi szybciej niż w kostnicy. Odosobnienie na nic się jednak zdało, ubrania mamy przepalone do ostatniej niteczki; taki urok bywania w jednej z najbardziej popularnych, alternatywnych miejscówek w Warszawie.

To był udany wieczór. A może noc.

niedziela, 21 września 2008

172


Właśnie na tej stronie „Pod wulkanem” zahamowałem, aż oczy mi zadymiły, i dalej, choć próbowałem jeszcze przebrnąć przez parę wersów na stronie 173, nie pojechałem, nie wpadłem do krateru. Nieodwołalnie straciłem zainteresowanie autodestrukcyjnym Konsulem, jego labilną żoną i przyrodnim bratem.

Dawno mi się to nie zdarzyło. Jedną z najgorszych powieści, jakie w życiu czytałem, jest „Pod słońcem Scortów” Laurenta Gaude; pozycja wyróżniona nie wiadomo jakim cudem nagrodą Gouncortów, krytykowana za grafomanię i stylistyczną, i etyczną. Do jej lektury przystąpiłem „z dużą dozą tolerancji”. Utraciłem ją zaledwie po kilku stronach, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Kiedyś Tadeusz Nyczek pisał, jak to chciał walnąć „Gangreną” o podłogę, tak go zirytowała jej wulgarność. Mnie w „Słońcu” rozdrażniła przede wszystkim jakaś taka komunistyczno-familijna narracja i wręcz obezwładniający banał, poczęty przez absolutny brak autoironii pana Gaude; cóż, taki się urodził, tak będzie pisał.

No dobrze, ale co to ma do rzeczy w kontekście zaniechanego arcydzieła Malcolma Lowry’ego? Jego dziełu „Słońce Scortów” nie dorasta nawet do pierwszego rozdziału. „Pod wulkanem” wyróżnia się gęstym metaforycznie stylem, lingwistycznym miksem, absolutnie nie można zarzucić mu symplifikacji rzeczywistości czy ogranych chwytów typu „odwieczne trio”; tutaj wszystko podane jest w nowym, odświeżającym sosie, a raczej lawie… „Pod wulkanem” zasługuje na postawienie przy cyklu Prousta czy „Ulissesie” Joyce’a. Dlaczego więc się poddałem? Dlaczego popełniam dywersję i jeszcze rozgłaszam to publicznie, narażając się na ewentualną krytykę, żem leń, ignorant, bezguście i pochopny krytykant?

„Pod wulkanem” ma wszystko, co literacko najlepsze, ale nie ma – przynajmniej dla mnie – jakiejś takiej drugoplanowej melodii, takiego rytmu, który skutecznie zagoni mnie do przeczytania tej powieści do ostatniej kropki na stronie 404. Czytając, wielokrotnie odniosłem wrażenie, że autor (alkoholik zresztą) nie tylko pisał niektóre (jeśli nie wszystkie) akapity na niezłym rauszcie, ale później popełnił karygodny błąd – nie zredagował tego, co począł przy namiętnym współżyciu z whisky czy tequilą. W efekcie pewne fragmenty, początkowo atrakcyjne literacko, przemieniają się w rozmemłane ustępy, nużące, nieangażujące czytelnika.

Jeśli się mylę, trudno. Odkładam powieść Lowry’ego na półkę. Z zakładką na stronie na 172. Ciekawe, czy pewnego dnia ponownie ją otworzę.

środa, 17 września 2008

Zimno


Faktycznie, dawno nie było tak zimnego września. Spadek gwałtowny, niedawno trzydzieści stopni, nagle sześć, siedem. Na igoogle - w ramach meteorologicznego masochizmu - oprócz prognozy pogody na Warszawę ustawioną mam także Lizbonę, Rzym, Ateny i Paryż. Ten ostatni daje jako takie pocieszenie, że również inni cierpią; wtedy i nam łatwiej, prawda? Nie do końca jednak w to wierzę, Paryż zawsze jest gorący - swoją atmosferą, która sprawia, że moglibyśmy tam latać co weekend. W Paryżu wszystko smakuje lepiej, kobiety są szykowniej ubrane, pieski bardziej słodkie, ludzie na ulicy milsi, politycy mniej kłamliwi, w Sekwanie trudniej się utopić niż w Wiśle, kieszonkowcy, jak kradną, to z uśmiechem, po wypiciu dwóch butelek wina na głowę nie ma się kaca, ale to nie koniec miłych niespodzianek, bo w Paryżu sprzedają najdłuższe bagietki, w Paryżu zawsze jest wiosna lub lato, zima została oficjalnie zgilotynowana dawno temu, zaś jesień wygnano na Gujanę Francuską bez prawa powrotu, poza tym na ulicach jest nieprawdopodobnie czysto, nic dziwnego, skoro emigranci szorują każdą płytę, każdą kostkę specjalnymi szczotkami, aż im dłonie bieleją z wysiłku. Paryżu kochany, jak my cię uwielbiamy! W Warszawie już przy dwudziestu stopniach odechciewa się funkcjonować. Ja sam najchętniej albo bym teraz wyjechał w stronę w miarę łagodnego słońca, albo po prostu nie wychodził z mieszkania. Sporo książek do przeczytania, choćby "Pod wulkanem", której treść rozgrzewa na tyle, że chce się sięgnąć po ochładzającego drinka. To i tak nic nie pomoże, śmiem wątpić. Pada deszcz. Czasem jakieś cegły z nieba, bo nas tam nie lubią za paranoidalne nastawienie. Choć na Kabatach grzeją, to w innych częściach Warszawy panują syberyjskie warunki, niemowlęta zamarzają w kojcach, mężczyznom kostnieją moszny, jedynie akwizytorzy czerpią zyski ze sprzedaży chińskich farelek, które mają w zwyczaju zapalać się o czwartej nad ranem i wielu do końca nie rozróżni, czy płomienie, które pożerają ich łóżka, to jawa czy sen.

sobota, 13 września 2008

Mieszkanie dla Łukasza


Mój brat szuka kawalerki w centrum Warszawy. Kuchnia + pokój. Jest już na półmetku castingu, mieszkania prężą się i cmokają kokieteryjnie. Jako że żyjemy w Polsce, większość z mieszkań to prawdziwe wyrzuty sumienia... Zdjęcie obok (na dodatek przesłane przez agencję nieruchomości) pokazuje nie tyle real, ile straszną prawdę, a potem ludzie się dziwią, że większości podoba się instytucja spowiedzi czy piosenki Dody etc.

piątek, 12 września 2008

Cafe Róża


Gdy tęskno za Portugalią, to Cafe Róża, gdzie win nadatlantyckich dostatek, po cenach jeszcze nie tak agresywnych, jak w innych winiarniach. I rzeczywiście, o ile wino dało się pić bez poczucia kwasu, że zapłaci się za nie minifortunę, zamówione tosty z czymś przypominającym tapenade okazały się nie tylko drogie, ale normalnie nie do przełknięcia, nie mówiąc już o najbardziej paskudnych oliwkach z oregano, jakie kiedykolwiek próbowaliśmy jeść. Serce się kroi na przypomnienie paryskich restauracyjek, gdzie do wina dają gratis miseczkę z zielonymi oliwkami, posypanymi ziołami, polane oliwą. W Cafe Róża dostaliśmy czarne oliwki w posoce własnej, posypane oregano... Portugalia na miarę Polski, ot co.

środa, 10 września 2008

Redakcja


Jedną z najprzyjemniejszych chwil w życiu prozaika (brzmi jak wypis z książki do biologii, drogie dzieci, a za chwilę opowiem wam o jego zwyczajach godowych) jest redakcja książki - już po redakcji wydawnictwa. Siedzę więc to na sofie, to przy stoliku, piję napoje pobudzająco-rozniecające, czytam "Znieczulenie miejscowe". Pogodę mamy na Kabatach słoneczną, nasz bojownik, po tygodniowej chorobie spowodowanej niepotrzebną zmianą pokarmu, szczęśliwie doszedł do siebie, choć mało brakowało, by legł na dnie swojej kuli, moja irytacja całokształtem nieco złagodniała, bez roztkliwiania się nad sobą i wszechświatem mogę zapieprzać do północy.

poniedziałek, 8 września 2008

Dwa dni, dwa miasta


Weekendowy wyjazd do 1) Wrocławia w sobotę, 2) Poznania w niedzielę. Cóż, Kraków jest nie do pobicia, jeśli chodzi o polskie miasta, po prostu bezkonkurencyjny swoim zagęszczeniem, atmosferą. Ale tam, gdzie byliśmy, i tak gwarniej, przyjaźniej niż w Warszawie. Szczególnie na wrocławskim rynku. Odnieśliśmy wrażenie, że tutaj dzień naprawdę trwa dwadzieścia sześć, siedem godzin. Nie chce się spać. Nie chce się wracać do domu. Ludzki teatr dookoła, tylko siedzieć, obserwować. We Wrocławiu sporo żuli, nagabują ludzi, ciągle chcą kasy, babcia chodzi i kwęka, by odpalić jej złotówkę, nawet w pociągu koleś ściemnia, że zabrakło mu do biletu. W Poznaniu zdecydowanie zamożniej, a może - pracowiciej.

środa, 3 września 2008

TV Patio


Wpierw był mejl:

"Jestem z firmy producenckiej Lemon, która zajmuje się produkcją programów dla Patio TV. Jest to nowa, ogólnopolska tv dla młodych ludzi, która rusza we wrześniu. Robimy program o młodych pisarzach, a dokładnie o tym, skąd wziąć pomysł na książkę."

No i przyjechali do mnie do domu (bo taka konwencja, że u twórcy na jego śmieciach, dosłownie i w przenośni), bystry dziennikarz i wyluzowany operator; poczęstowałem ich colą i sokiem, oni w zamian poczęstowali mnie pełnym profesjonalizmem, długi wywiad, za tło posłużyła moja kreatywna kanciapa (laptop, półka z kluczowymi dla mnie książkami i legendarną już, pluszową świnką z Wiednia zwaną Sissi), z którego zapewne ostanie się kilka minut w emisji gdzieś w październiku.

wtorek, 2 września 2008

Kilka dni


Przepychanki słowne, mejle, obietnice, zawody, ustalenia, spóźnienia, nerwy, rozbite szkło, chwiejnym krokiem przed siebie albo za siebie, przymierzanie, odcinanie, odrzucanie, projektowanie, kasowanie, bębnienie, czytanie, irytacja, imaginacja, muzyka, filmy, słuchawki, mp3, komentarze bez znaczenia, czapka na głowę, czapka z głowy, google maps, zoomowanie, analiza tatuaży, erotyka, zakupy w Merlinie, czyjeś zaproszenia ślubne, przeterminowane produkty w sklepie Żabka, nowy autobus na Wąwozowej - 179, kursujący podejrzanie często, nowy Absolut o smaku grapefruita, wino portugalskie, a i chilijskie, tęsknota za porządnym sztachnięciem się sziszą, Desperados, fado, kaszel alergiczny na pieczywo, weekendowe plany, łzy, moje łzy, playlista na planowaną imprezę, kicz i jeszcze raz kicz, karmienie bojownika Leonidasa Napoleona, fragment nowej książki Kuczoka – „Senność”, Gustaw, wyrodne dziecko Katriny, risotto w nowym piekarniku, whisky, moja kochanko, kontemplacje, kurwice, fragmenty dziennika braci Goncourtów, przepychanki o okładkę „Znieczulenia”, propozycje, pogróżki. Minęło zaledwie kilka dni...