środa, 24 grudnia 2014

Interia o Berlinawie

Ola i Ula. Dwie skrajności. Jedna i druga, choć silna i stanowcza, w głębi duszy jest zagubiona, poszukuje swojej drogi w życiu, wpadając przy tym w coraz większe tarapaty. Paradoksalnie wychodzą na prostą, a przynajmniej zaczynają dostrzegać światełko w tunelu, kiedy ich drogi, jakże odmienne, przecinają się.

Czytaj więcej na http://facet.interia.pl/po-godzinach/news-czytanie-jest-meskie-berlinawa,nId,1579973#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

niedziela, 28 września 2014

24 godziny z życia pisarza

"Ostatnie dwa lata podporządkowane były »Berlinawie«. Wyjazdy, wyloty, wojaże", mówi Dawid Kornaga, autor bestsellerowej powieści "Gangrena". Właśnie ukazuje się jego nowa książka. "Berlinawa" to opowieść o dwóch kobietach i dwóch miastach. Fascynująca.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

BERLINAWA, oficjalny tytuł nowej powieści

Planowany termin wydania: czwarty kwartał 2014 r.

Fragment 1:

Nim jednak zaczęły się te plagi, przenieśli ich do Berlina Wschodniego. Nie na długo. Zjednoczenie. Zburzenie muru. Starych porządków. Przydzielili im trzypokojowe mieszkanie w dzielnicy Neukölln, niedaleko Hermannplatz. W przeciągu dekady eksplozja emigrantów, legalnych i nielegalnych, Hindus na Pakistańczyku, Wietnamczyk na Chińczyku, Turek na Egipcjaninie, Polak na Rosjaninie. Uwe zaliczył parę złamań nosa autorstwa butnych Osmańczyków czy Tunezyjczyków. Nie, żeby to przesądziło o jego światopoglądzie. Ojciec nieoczekiwanie wrócił do zawodu. Szkoła wieczorowa dla dorosłych. Dzielnica fundowała lekcje historii dla emigrantów. Katja była dwudziestosiedmioletnią Ukrainką z Kijowa. Khatia, tak zapisywała swoje imię. Załapała szybko akcent. Razem z Klausem. Wiotka, słodka, długowłosa. Niekoniecznie typ kurwiszona. Dobra kobieta, spragniona miłości, czułości, rodziny. Łatwiej zacząć z facetem po przejściach, taki cokolwiek posiada i nie ma złudzeń, kto tu rządzi. Niby jego portfel, lecz uroda, młodość, seksapil niejedne imperium podbiły.
Katja wprowadziła się do Klausa. Nie próżnowała. Dom wysprzątany jak nigdy dotąd. Ubrania Uwe wyprasowane, że rodzona matka by pozazdrościła. Klaus zauroczony. Szybki ślub. Uwe wtedy nie jarzył. Nie rozumiał, że Katja zrobi wszystko, byle dostać obywatelstwo i już nigdy nie wrócić na wschód. Starsza od niego o zaledwie dziewięć lat zdawała się posiadać wiedzę roztropnego mędrca. Ojciec wyjechał na dwa dni do sióstr. Katja się nudziła. Uwe nieco przypalony wrócił około północy. Macocha zażartowała, że doniesie Klausowi. A co mam zrobić, żeby tak nie było? Katja nie odpowiedziała, przyciągnęła młodzieńca do siebie, jej pyszne trójeczki wcisnęły się mu w tors. Poszło gwałtownie, wielokrotnie. Była nienasycona. Jakby zmęczona pozornymi wyczynami ojca. Syn dopiero zaczynał, tamten kończył. Który lepszy? Prosta odpowiedź. 
Dwa lata żyli tak w trójkącie. 
Z tym, że Klaus nie miał o nim pojęcia. Pewnie w końcu by się dowiedział, Katja potrafiła pod stołem położyć stopę między udami syna swojego męża. Zawał serca udaremnił byłemu nauczycielowi jakiekolwiek podejrzenia, łącznie z opcją rozwalenia juniorowi szczęki i wygnania cudzołożnicy. Tak jak przez całe życie w DDR marzył o podniesieniu się Rzeszy z przegranej wojny, po zjednoczeniu nadmiar wolności, przybyszów i Westi zniechęcił go i podgryzł rojenia. Choć naokoło wszystko zakwitało, przebudowywało się, burzyło stare, wznosiło nowe. A on co? Przejęty jakąś kłótnią o papier na ulicy, może to była puszka po piwie, może psia kupa, nieważne. Wrócił do domu, zdjął buty, zaklął, położył się na tapczanie i umarł.


Fragment 2:


Widzi wyłaniający się emotikon, usta całuśne, mariomagdalenowe, kuszące, nęcące, i święte, i kurewskie, a proszę, dzielcie się, korzystajcie, och Haneen, zmysłowości Berghainowe, czas odwleczony będzie czasem nadrobionym ponad przyzwoitość, zobaczysz, ponad przyzwoitość. Olą wstrząsają dreszcze gdzieś w dolnych partiach lędźwi, tak przyjemnie, tak zachłannie, seksuolodzy, psychoterapeuci, tym bardziej ginekolodzy nie mają pojęcia o zatracającej intensywności tego zmysłowego wzruszenia, dopowiada sobie Ola, kolejną łezkę z kącika oka wycierając. Jak jej porno, jak jej pornolo się zrobiło, tylko ona wie i jeśli wszystko potoczy się w dobrym kierunku, wkrótce zasmakuje w tym i Haneen. 


Fragment 3:


W arschauer Platz tonie w ludziach. Jak przeładowana arka Noego. Tu schodzą się i rozchodzą grupki imprezowiczów, dowożonych przez wysłużoną linię U-bahn 1. Pobliski klub Matrix, otwarty 365 dni w roku, pożera kolejne ich mioty. Ma cztery przełyki, dziesięć żołądków, dwa odbyty i bystre oczy selekcjonerów. Są pobłażliwi jak syci esesmani. Nadmiar ślicznych kobiet, wchodzących do środka, robi swoje. Sublimuje najgorszych skurwysynów. Nieuleczalne zakapiory chowają testosteron po kieszeniach. Urodzeni agresorzy przywdziewają maski przymilności. Gotowi na stawianie drinków. Odgrywanie dżentelmenów stąpających po czerwonych dywanach, a nie kałużach krwi ich zamordowanych przed chwilą przeciwników. Odstawiają postaci z kreskówek, które robią śmieszne miny, byle przekonać, jakie z nich fajowe typy, nic ci nie grozi, sam fun, sam miód, mała, przestrogami mamusi się nie przejmuj, stara nie wie, co nadaje, zazdrości ci młodości, to i przestrzega przez złem tego świata. Tej nocy wiele niewinnych dziewcząt berlińskich nadzieje się na zakamuflowanych bandytów, którzy ujawnią się w mrokach sypialni albo na tylnym siedzeniu samochodu. Lub w innych, niekoniecznie miękkich i wygodnych miejscach, do których zwiodą za pomocą uroku osobistego czy pigułki gwałtu te durne, naprute Nutten, jak potem powiedzą kumplom, pokazując zdjęcia ze swoich dokonań, typowych dla stron z twardą, wręcz skalną pornografią.

czwartek, 3 października 2013

Hiro nr 38 - nowy felieton


Zamiast wyjechać w ucieszny zakątek, gdzie morza szum, ptaków śpiew, o pływających majestatycznie łabędziach nie mówiąc, gdzie cisza, spokój, afirmacja jestestwa, mnie ciągnie tam, gdzie emocje drzemać nie lubią, zamiast morza szumu odgłos spływającego z butelki do kieliszka wina, piwa, wódki, ptaki zastąpione przez klaksony, gwar gawiedzi, cisza skanselowana, spokój może po trzeciej nad ranem, o ile! Afirmacja dziania się, słowem, ni chwili, by odetchnąć, odpocząć od nie wiadomo czego i dlaczego. Szatan gorączki opanowuje mnie od stóp do głowy. Ale właśnie tu, w Polsce. Też tak macie? A może jednak spokojniej, bardziej wysublimowanie, daleko od ludzi, w ustroniu, w toi-toi, gdzieś tam, gdzie wzrok nie sięga, a jak sięga, to ledwo, ledwo. 
Więcej w wydaniu papierowym lub elektronicznym.

sobota, 7 września 2013

Fragment z pisanej powieści

Niczego nie potrzebuje. W ogóle ma w dupie tych, co mówią, że kobietę powinno otoczyć się troską. Zapewniać jej dostawy zdrowej żywności. Ochronę. Wyrozumiałość. Jak jakiejś łani w rezerwacie przyrody. A potem przyjdzie czas odstrzału, kiedy się zestarzeje. Nie, niczego nie potrzebuje. Ani od mężczyzn, ani od kobiet. Najchętniej podarowałaby sobie sadomasochistyczną fangę w nos. Kilkanaście godzin temu inni jej to zafundowali. Może rachunki zostały wyrównane? Może teraz karta jest czysta i nie ma co się roztkliwiać nad odsyłaczami do dziesięciu przykazań?

Nikt nie zrozumie Oli. Łącznie z nią samą. 

piątek, 9 sierpnia 2013

Hiro 37, nowy felieton

Żeby zrozumieć Saszę, którego poznałem gdzieś pod Syrakuzami, trzeba pokrótce poznać przyczyny jego euro-, fonetycznie po ukraińsku jeurooptymizmu. Sasza jest pięćdziesięcioczteroletnim lwowianinem, który dosłownie poczuł na karku upadek Związku Radzieckiego i przytłaczający portfel ciężar transformacji. Miał prostą opcję: albo będzie dziadem, albo kimś. Bez opcji hamletyzowania. Lata dziewięćdziesiąte, opowiadał całkiem sprawną polszczyzną, to nieustanne wyjazdy. Biznesowe, jeśli można je tak eufemistycznie podsumować. Sasza był w Polsce więcej niż... Polak. Praktycznie w każdym województwie. Handlował mięsem. Brzmi niewinnie. W praktyce oznaczało masowy przemyt. 
Więcej w wersji drukowanej lub zdigitalizowanej.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Wywiad dla Krytycznym Okiem


Jesteś pisarzem, który zaskakuje wciąż na nowo. Każda kolejna Twoja książka – a jest ich trochę – to zupełnie nowe oblicze; inny styl, inna historia. Prawie jak pięćdziesiąt twarzy Kornagi! Wiem, że ciężko pracujesz i szykujesz coś nowego. Zacznijmy od książki, której jeszcze nie ma, ale się tworzy. Co to będzie?
 
 
Aż takim stachanowcem nie jestem, przez dekadę wydałem dopiero sześć powieści, do tego trochę opowiadań w kilku antologiach. Nie mnie mierzyć się z mistrzami sado-maso, co wystukują kolejne produkcyjniaki. Dla mnie zmiana stylistyki, problematyki i innej „-yki” to, jak kiedyś u Davida Bowie, cały proces, który wchodzi również w mózg. I na mózg. Wpływa na wygląd. Na język, którym się posługuję też na co dzień. Nie uprawiam jednak kabaretu przebieranek literackich. Pozostając sobą, staram się szukać nowych melodii. Nowych akordów stylistycznych i fabularnych. Więcej na Krytycznym Okiem

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Hiro nr 33 - felieton Antyselekcjonerzy



Pewnie kiedyś przydarzyło się to każdemu z nas. Bez względu na kolor skóry czy markę komóry. Idziesz sobie z wesołą gromadką do klubu. Wchodzą koleżanki, koledzy, a ciebie pytają o kartę członkowską. Jak to? A tak to, odpowiadają grzecznie. Bez niej no enter. Spróbuj się stawiać, nie dość, że cię nie wpuszczą, to jeszcze mogą skopać na dobranoc.

Zdroworozsądkowo włączasz opcję układnego lizusa. Pytasz o prawdziwą przyczynę. Selekcjoner, często to ona, kobiety są bardziej konsekwentne w tym fachu, kiedy mówią nie, to nie naprawdę znaczy nie: Mamy już komplet. Ku twojemu zdziwieniu stojąca za tobą para fajnych chłopaczków zostaje właśnie wpuszczona. Czujesz się jak impotent na targach erotyki. Odpuszczasz. Człapiesz przed siebie, męcząc umysł, co też w tobie nie podoba się bramkowym decydentom? Buty casual. Ubranie z ejdżendemu. Fryz bez kibolskich fantazji. Może więc spojrzenie? Zbyt krnąbrne? Kiedy twoi pozytywnie zweryfikowani znajomi bawią się w najlepsze, ty w najgorsze wysuszasz zakupioną w nocnym flaszkę. Już wiesz, że jesteś podczłowiekiem. Czytaj więcej w wersji elektronicznej lub papierowej albo kliknij w zdjęcie po lewej stronie. 

wtorek, 5 marca 2013

Hiro 32 - felieton Masochiści dnia powszechniego


Mało co tak męczy, jak świadomość, że ktoś pomimo udziału w czymś przyjemnym, niekoniecznie brał w tym stuprocentowy udział. Że zamiast zanurzyć się do końca, dryfował na powierzchni. Co najgorsze, nikt go do tego nie zmuszał, sam się zmusił.

Takie czasy, że każdy, kto ściągnie sobie odpowiednią appkę na tablet czy smartfon, może dzięki niej nagrywać i fotografować niczym zawodowiec. Do tego jeszcze podrasowywać swoje wyczyny różnymi filtrami, tak że np. zwyczajny ogórek na zdjęciu już nigdy nie wygląda jak zwyczajny ogórek na zdjęciu. Od tej chwili ogórek zamienia się w ogórka vintage, amaro czy X-Pro II. Dodatkowo można wstawić wystylizowaną ramkę i powstaje unikalne dzieło, zapisz, fru, leci w świat. Teraz każdy ma nie tylko swoje 5 minut sławy, teraz każdy ma swój upload. Generacja Instagram prześwietla swoje życie, życie innych, publikuje i multiplikuje wszystko, co się jej nawinie i co uzna za interesujące. Każdy, uznaje Generacja Instagram, nosi w plecaku buławę reportera, publicysty, mistrza twittów i postów.
W tym zalewie nadprodukcji blogów, socialmediowych publikacji, linków, wrzut, odnośników, poleceń i lajków nie przestają fascynować ci, którzy poszli znacznie dalej w swojej pasji – oddają się jej w sposób straceńczy. Zamieniają się w tuby, zatracając poczucie, po co, dlaczego, dla kogo i w ogóle co oni tu robią. Jest ich sporo, tutaj z uwagi na ograniczoną ilość znaków, poświęcę uwagę tym najbardziej wyrazistym, dominującym w netosferze. Wbrew pozorom najbardziej szkodzą sobie. Czytaj więcej w wersji elektronicznej lub papierowej.

sobota, 2 lutego 2013

Hiro 31 - felieton Dlaczego Antkowi nie wychodzi


To historia wystylizowanego do granic absurdu obszarpańca mentalnego, któremu nic się nie udaje. Cokolwiek zacznie, kończy na minusie. Antek jest jak żniwa bez plonów. Gumka, która przepuszcza. Antek jest bogiem fejsbuka. Jego fani są równocześnie antyfanami. Hejtują lajkując. Antek jest multiplikacją marzeń młodzieńców, którzy niczego nie potrafią, więc jedyne, co mogą, to jakoś tak, zmyślnie, podszywać się pod geeków, imprezowiczów, trendsetterów. Właściwie kiedy chcą sikać, to nie wiedzą, czy usiąść czy stać. Najchętniej by leżeli. Zakochani w swoich wychudzonych lędźwiach marzą o seksie, z kim, chyba z dietetyczną sałatką, bo tak uwielbiają się sobie przyglądać, że w lustereczku (powiedz przecie!) nie pozostaje miejsca dla innych. Przy tym otwarci są na świat. Tak otwarci, że powodują przeciąg w uszach współrozmówców. Czytaj więcej w wersji elektronicznej lub papierowej.

czwartek, 10 stycznia 2013

HIRO 30 - felieton Jak przetrwać zimę


Nowy rok, myślisz sobie, świetnie, byle do wiosny. Zaraz, zaraz! Gdzie tak się spieszysz? Jest zima. Nie ma, że zaraz założysz shorty i pognasz na squasha. A ty, śliczna, zapomnij o miniówce, niech sobie odpocznie po tych wszystkich harcach. Jest zima i koniec.
Po korkach od szampanów, które upadły na ziemię podczas sylwestrowych hulanek, przychodzi w końcu czas na smutę, czyt. zimę w pełni. Biadolenia nie ma końca. Jest lodowato i jeszcze długo będzie. Ślizgawice, zawieje, zamiecie. Praktycznie cała Europa utytłana w zimie. Broni się może Sycylia czy Kreta. Nawet Riwiera pochmurna, obrażona na słońce. Biedacy z krajów tropikalnych cieszą się, że wreszcie bogata Północ dostaje za swoje. I to regularnie jak co roku. Nie pomagają technologie, iosy i androidy, appki i fejsbuki. Mróz rozkłada się sprawiedliwie na szybach pałaców krezusów i chatkach dziadów. Ciemności zapadają o trzeciej po południu, trwają długo jak w jakimś horrorze, wiele się wydarza złego. Na ulicach więcej stłuczek. Firmy ubezpieczeniowe recytują treny. W wiadomościach powtarzająca się informacja, że znów zamarzł jakiś bezdomny. Wpadł do rowu albo odszedł od siebie w skleconym na skraju lasu szałasie. Oczywiście, jego wina, w noclegowni by przekimał, ale nie, chlać mu się chciało, to się nachlał ten ostatni raz, udany drink z kostkami lodu z jego ciała. Wędkarz wpadł do przerębli. Dotąd go szukają. Ktoś odgarniał śnieg przed domem, poślizgnął się, złamał rękę i nogę. Kilku narciarzy odmroziło sobie nosy na stoku. Pijany snowboardzista najechał na dziewczynkę, nie, dwie dziewczynki. Dwudziestu zaczadzonych w tym miesiącu; podkręcili piecyki gazowe do oporu i się doigrali. Na warzywniaku kłótnie, panie, co mi pan tu odmrożone pomidory sprzedaje?! Jakie tam odmrożone!? Twarde, fakt, gdyż dopiero co zerwane. Zerwane? Chyba z sopla lodu! Czytaj więcej lub w wersji papierowej.

środa, 12 grudnia 2012

Hiro 29 - felieton Epicki Sylwester



Wbrew pozorom, z Sylwestrem same kłopoty. Ten najsmutniejszy dzień w roku świętowany jest jako najweselszy. Ludzie radują się z przemijania, nowej porcji zmarszczek, sadła i chorób związanych z wiekiem. Życzą sobie wszystkiego najlepszego, wiedząc dobrze, że raczej pójdzie na gorsze. Kobiety cieszą się, że jeszcze chwila, a zaczną przekwitać. Mężczyźni cieszą się, że wkrótce dotknie ich prostata i inne straszne sprawy, którym i Viagra nie zaradzi. Neonaziści rozpromienieni, że wreszcie uda się podpalić dawno upatrzony dom azylanta i zostaną porządnego łupnia od policji. Kadra kierownicza szczerzy zęby, że zaraz nastąpi trzecia fala zwolnień grupowych łącznie z nią samą i jedyny stały etat zachowa w biurowcu pani Stasia, sprzątaczka, która pracowała tu przed powstaniem firmy i zostanie po jej rozwiązaniu. Jedynie psy podkulają ogony, słysząc fajerwerki. Koty podchodzą do sprawy po luzaku, zwykle przesypiając odliczanie do północy.
Okres poświąteczny/przedsylwestrowy jest najdroższy, jeśli chodzi o hotele, podróże, bilety lotnicze. Wszędzie. Każdy z dostarczycieli usług pragnie wyrwać swoją działkę, dla której wysokości właściwie nie ma uzasadnienia oprócz przedziwnego przekonania, że oto dostąpimy zaszczytu partycypowania w najważniejszym dniu w roku. Niezależnie od marudzenia, malkontenctwa, mizantropii trzeba powiedzieć sobie jedno: innej opcji nie ma. Pytanie nie tyle retoryczne, ile zdroworozsądkowe: co wolisz, spędzić Sylwestra w papuciach, z lampką wina i odpalonym po raz szósty „Powrocie króla”, czy wybrać się na epicki, ba, megaepicki Sylwester, gdzie będzie się działo. Oj będzie się działo! Wierne dotąd sobie małżeństwa przeżyją pierwsze zdrady. Narzeczeni wyrzucą razem z korkami pierścionki zaręczynowe. Nawet najbardziej zatwardziałe dziewice otworzą swoje intymne gerdy. Będziesz pływać w wannie pełnej browaru. Brać udział w walce na poduszki. Ktoś wyskoczy z trzeciego piętra i wyląduje w śnieżnym puchu, zaliczając pod drodze, w ramach buforu, biednego bałwana. Czytaj dalej lub w wersji papierowej.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Fragment nowej powieści - beta


Co lubi Ula

Ulubiona, Nowy Świat 27, piątek, po godzinie 22.

Chrobry przechyla głowę do tyłu.
Ula widzi, jak pracuje jego grdyka. Niczym gad, co zaatakował chodzący lub pełzający pokarm z dużą zawartością białka. Pokonał go i począł pochłaniać. Ula ani myśli się wahać, jest zwarta, gotowa, już po wkurwie, teraz pragnie relaksu. Idzie w ślady Chrobrego.
Bach, lufa w dół. Wpływa w gardło, nurkuje w przełyk, trafia w żołądek.
Bach, druga to samo. Wpływa w gardło, nurkuje w przełyk, trafia w żołądek, przedostaje się do jelit.
Bach, trzecia bania. Wpływa w gardło, nurkuje w przełyk, trafia w żołądek, przedostaje się do jelit, molestuje wątrobę.
Bach, czwarty strzał. Wpływa w gardło, nurkuje w przełyk, trafia w żołądek, przedostaje się do jelit, molestuje wątrobę, rozdrażnia nerki.
A każdy wlew za pomocą jakiegoś magicznego patentu przedostaje się do mózgu, wyżyma go, piłuje, rozdrabnia, rozkręca, rozwierca.
Kreuje najebkę. Konsekwentnie. Metodycznie. Uczcie się, co to czytacie. Pijcie, mordując się, gdyż wasze żałośnie krótkie życie powinno opierać się na długich zmaganiach z nałogami.
Każdy kieliszek równa się dwadzieścia pięć miligramów transparentnej cieczy, czujecie?
Seta zaliczona.
Uli ciało zaczyna lekko lewitować. Może nie dwadzieścia centymetrów nad podłogą. Może pięć. Lecz wystarczająco, by poczuć się. Poczuć się. Poczuć się zajebiście.
Że żule mają tak na co dzień, Ulę mało to obchodzi. Ścierwa same się wykańczają. Statystyka. Przykazanie upadku. Takim powinno odebrać się prawa wyborcze. Zagnać do przerębli. Utopić w niej. I po krzyku.
Prawie że druga seta zaliczona.
- Pij, Ulo. Za Polskę naszą ukochaną, pojebaną, udręczoną, pokręconą – mówi Chrobry. – Pij, kochana.
Ula więc wlewa w siebie, nie myśląc o straszliwym katzenjammerze, którzy szykuje się do ataku za paręnaście godzin. Akurat, kiedy się przebudzi. Z chęcią do życia. I odwiedzin u ojca. A tu chujwdupęmegakac, rzygi, podrygi, pot wódczany, łzy wódczane, nawet, gdyby się modliła nie wiadomo po co, Ojcze Nasz zamieni się w Ojca Wódczanego.
Chuj, piję, piję, za nas, za Polskę, kochanie, Polskę naszą ukochaną-jebaną, Polskę maltretowaną.
Szum w Ulubionej zamienia się w zawirowanie. Oczy Uli przestają powoli chwytać, ujmować, definiować. Widzi szeroko, bardzo szeroko, choć patrzy wąsko, bardzo wąsko.
Barmanki, dwie słit niunie, roczniki wczesne jak przed chwilą zakupiona świeża bazylia w markecie, lustrują z podziwem wygiętego olbrzyma. Nie sposób zachichotać, mogłoby to skutkować niepotrzebną konfrontacją. Głowa Chrobrego prawie dotyka rysunku na ścianie – statecznego dżentelmena z melonikiem i laseczką. Lśni, odbijając refleksy światła na czubku i zmarszczonym czole. Skurczysyn, perfekcyjnie ją ogolił. Klasyka stajlu Comat18. Narodowiec zawsze jest łysy, powiedzą rzeczoznawcy. W jego przypadku jedno pokrywa się z drugim. Włosy, jak wyznał Uli, zaczęły wypadać mu około dwudziestego roku życia. Przez napierdalankę wódczaną, nie to żarcie, powietrze, wartości, nie mam, kurwa, pojęcia. Kocham Polskę, lecz gdyby była panną, co przechadza się, cała pełna fochów, zajebałbym sukę, no zajebałbym ją, Ula, jak Boga nie kocham, zajebałbym!!! Przez geny być może moje włosy wypadają. Co ja gadam, żaden tam czas teraźniejszy. Rosły i chuj, przestały, susza, cebulki obumarły na amen. Jakby jakiś spisek zawiązały. Tak, to przez geny po ojcu. Łysiał od początku, powiedziała mi kiedyś matka. Stary padł, nim dostałem mutacji, co więcej mogę dodać? Młody był, to i trzymał się tam jakoś na początku, kiedy się styknęli na jakiejś bibie, chuj go tam wie, co i jak, rodzice zawsze kłamią, kiedy pytasz o okoliczności swojego poczęcia. Jedno jest pewne. Ja, dziecko wpadki, on siedemnaście lat, ona piętnaście. Jak było, tak było. Człowiek zrobił swoje. Potem zszedł, biedak. Nim komuna się skończyła, jego już nie było. Zakopany na dobre. Rak nie wybiera. I po chłopie-wielkoludzie. Włosy Chrobremu wypadły, wiara w świat różnorodności razem z nimi. Tak, przyznawał Chrobry, odkąd pojawiły się pewne oznaki przemijania, takiego zwiastuna większej, nieubłaganej całości, pojąłem, że nie ma zmiłuj, nieuchronność fizycznej degrengolady jest absolutnie obiektywna, wartościująca i definitywna.  
- Więc się najebmy, kochanie.
Tak rzecze dziś Chrobry. I tak pije. Jeden za drugim. Ula za nim. W Ulubionej. Miejscu, którego unikają towarzysze z brygady. Chrobremu to obojętne, pije tam, gdzie może. Zazwyczaj piwo. Dziś wyjątkowo wódkę. Polską. Najlepszą. Ruska owszem, nie zaneguje. Lecz to bracia bliscy rasowo. Podobne nosy. Podobna intonacja. Skurwiele, używają i myślą tą wstrętną cyrulicą i wierzą tym obmierzłym, brodatym popom.
W Ulubionej ceny nie są wygórowane. Za to socjeta daje w nerwa.
Dlaczego tu przyszli?
Chcieli wreszcie być sam na sam. Chrobry z szytą raną, którą sprawił mu parszywy dzikus. Ula z bólem w skroni. Chrobry próbuje pocieszyć ją, okręcić wokół kieliszka, kochanie, proszę, dobrze, że go dźgnęłaś. Wiem, człowiek. Drugi człowiek. Każde stworzenie na tej planecie… Czy aby każde, kochanie? Czy oni zaliczają się do stworzeń? Czy płazy nie mają w sobie więcej godności od tych dzikusów, co się mnożą i żerują na innych? Nie mów, że nie, proszę, kochanie.
Tak kochają rasiści. Tak kochają ludzie, którzy w życiu by się nimi nie nazwali.
Chrobry autentycznie zakochany jest w Uli.
Tak, jak ją kocha, tak nienawidzi tego, czego nienawidzi.
Chrobry gestem „ty, patrz”, wskazuje Uli cel: parę, ona z warkoczem, on w okularkach. Skąd się tu wzięli? Po co im to? Wynocha.
Chrobry nie jest u siebie, wie. Jeśli przypierdoli niepasującym mu elementom, będą problemy. I areszt. Znów. I niewola w domu niewoli na Racławickiej. Lub chuj wie gdzie, wywiozą na Mazury, do twierdzy z zimnymi murami.
- Niby jeziora dookoła, kraina ich tysiąca, a ty – tłumaczy Uli obrazowo, z przekonaniem, wychylając szóstą dwudziestkę piątkę rudej – patrzysz w wodę w zajebanym klopie, myślisz sobie, oto moje jeziorko, se pokajakuję, se popluskam. Nie, za nic, nigdy więcej nie dam się tam sprzedać. Żebym pierdolnął na zabój, nie dam, rozumiesz?
- Rozumiesz – odpowiada poważnie Ula.
Piją.










wtorek, 13 listopada 2012

poniedziałek, 5 listopada 2012

Hiro 28 - nowy felieton Spleen na bogato



Nie tak dawno jedna z offowych wokalistek żaliła się, jak niewiele dzieliło ją od śmierci. Taką depresję miała!, rozgłaszała w mainstreamowych pismach. Do Bangkoku musiała lecieć, miesiącami na hamaku się czilałtować, byle o bólu istnienia zapomnieć.
Widocznie zapomniała. Bo i się wygrzała, i w tłuszczyk przy okazji „umierania” obrosła. Wreszcie, po pół roku z dala od strasznej Polski, doszła do siebie, wróciła do owej strasznej Polski, nową płytę nagrała, a później, na dniach premiery, na prawo i lewo, na zasadzie copy paste szafowała wspominkami o swoim splinie i pouczała, jak żyć godnie. Jednak nie o kąśliwe podsumowanie tej ble-bleniny chodzi; szkoda kobity, przynosi wstyd sobie i swoim fanom. Nie ma co wdrażać się w owe medialne wyznania, pachną zapachem podrabianego dramatyzmu. A co najmniej braku świadomości, czym rzeczywiście jest depresja. Bez względu na stopę życiową. Jak się bowiem okazuje, o ile ból głowy należy się każdemu, depresja niekoniecznie.

czwartek, 25 października 2012

wtorek, 23 października 2012

Czy życie w pojedynkę ma sens??...

Powieść polska pisana prozą żyje i dzięki Bogu ma się całkiem dobrze... Dlaczego polscy czytelnicy wracają poglądami do dawnych czasów, do czasów Stanisława Jachowicza, gdy często padały słowa: "Cudze chwalicie swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie"... Czytaj dalej

piątek, 5 października 2012

Nowy felieton MANIFEST UTRACJUSZA

Nowy Hiro, nowy felieton MANIFEST UTRACJUSZA


I znów przeholowałeś z procentami? Przestań wreszcie się rumienić i obiecywać poprawę. Lepiej nalej sobie w ramach odreagowania, klina czy czegokolwiek. Natychmiast spojrzysz na to inaczej, wręcz na trzeźwo, ponieważ będziesz sobą, nie tym kimś innym, człowiekiem obiecanką-cacanką, co się rozczula, jak źle postępuje, krzywdzi siebie, odrealnia się. Ludzkości, miej świadomość, dotąd nie udało się wymyślić czegoś lepszego właśnie od tego, co powyższe. W porządku, bałamuci umysł często za gęsto. Iść na AA? Dobre dla upadłych aniołków. Przyznając się do klęski, możesz równie dobrze spisać testament. Pij konsekwentnie, nie luzuj, nie mów „nigdy więcej”. Pewnego dnia nie dasz rady wypić ani kropli, więc czy jest sens już teraz zakręcać ten kran?


Więcej w wydaniu drukowanym lub zdigitalizowanym.

poniedziałek, 24 września 2012

Fragment nowej prozy

Tramwaj linii 9 jedzie w stronę pętli na Okęciu. To nie opodal lotniska. Imienia, a właściwie nazwiska Chopina. Bo gdyby imienia, to Fryderyka, prawda? Tramwaj, nowoczesny jak najnowszy iPhone, trochę pomęczy tory.  Miasto nie należy do małych, choć pozornie, z lotu tzw. ptaka na takie nie wygląda. Dwie połówki, przedzielone rzeką Wisłą. Przypomina sumiennie wydepilowaną waginę, a dokładnie wzgórek łonowy. Tak to jest, niby Chopin, a jednak Fryderyk. Niby pochwa, a jednak dominium Wenery. Warszawa jest znacznie większa od wskazań map Google. Intensywna w zagospodarowaniu na przedmieściach, które stopniowo, nieubłagalnie stają się jej częścią. Minie parę dekad, zostaną wchłonięte. Wydłużą się trasy tramwajów. Dojdą linie metra. Chrobrego, Uli i Mira wtedy nie będzie, dawno umarli. Kolejne generacje skorzystają, jak zwykle, na postępie. Podstępnie, prawda? Taki ludzko-psi los. Postronni z przyszłości wzruszają ramionami. Mnie to chuj, powiedzą futurystycznie. Ten chuj wypowiadany będzie naturalnie, ot, chuj z przyszłości. My żywi, tamci zdechli. Nas interesuje teraźniejszość; plujemy na ekologiczne torebki, wrażliwych wegan, mądralińskich scjentologów i przymilnych katolików.
(...)
Warszawa z okien tramwaju linii 9. Największe atrakcje z każdej strony. Stadion Narodowy w charakterystycznym kształcie kosza, biało-czerwony. Za dnia nie imponuje tak jak w nocy, podświetlony. Barwy narodowe nabierają intensywności. Serca trzeba nie mieć, żeby tego nie widzieć i nie poczuć dumy. Nowy symbol miasta. Czy miasta? Czegoś więcej. Wzruszenie ogarnia. Zwłaszcza, kiedy się pamięta, jak to malkontenci kasandryczni wieszczyli, że to się nie uda, cała ta budowa i wszystko dokoła, że Polak spieprzy sprawę, jak zwykle od A do Z i będzie dupa zbita. Podobno nie mieli prawa zdążyć z jego budową na  piłkarskie rozgrywki Euro. Zdążyli. Dali radę. Czy to nie argument, drwią, nie wierzą w nas, my zaś robimy swoje, udowadniamy nie pierdołami werbalnymi, udowadniamy pracą, coś z niczego. Nie było, a jest. Czyli można. Czyli jak się człowiek zaweźmie, na swoje wyjdzie. Nie zaweźmie, zdechnie. Bo taki nic nie wart, zdaje się szeptać Chrobry. Miro nie musi słyszeć. On wie. Ula również. Nic nie muszą mówić. Wystarczy, że są. W tramwaju linii 9.
Ula nie pamięta, jak kiedyś naprawdę tutaj było, na terenie stadionu. Za młoda była, domyśla się tyle, co przeczytała. Nie tak dawno grasowały i panoszyły się watahy handlarzy. Na miejscu obecnego stadionu królował, jak gdyby nigdy nic, absolutny syf – Stadion Dziesięciolecia. Upadły jak komuna. Nieczynny dla sportu, czynny dla handlu. Karne zastąpiły machlojki. Żółte kartki naloty policji. Piłkarzy zastąpili handlarze. Kibiców klienci. Mówiąc fejsem, śmieje się w duchu Ula, zaczekowali się na tak zwanym Jarmarku Europy kombinatorzy z całego świata. Dla jednych był emanacją etnicznego kolorytu, dla drugich wylęgarnią bandyterki. Pirackie płyty, programy, patenty. Świat Podróbki czynny od wczesnych godzin porannych. Nim policjanci na etatach ruszą swoje tyłki, dobra nielegalne zostaną już rozprzedane. Każdego dnia. Bez ustanku. Bez oddechu. Byle się nachapać. Tu nie ma niedzieli ani poniedziałku. Jest jeden dzień liczony od otwarcia do zamknięcia, od rozłożenia towaru do jego zapakowania – o ile nie zejdzie cały, co przecież często się zdarzało w zależności od popularności danego asortymentu. Każdy orze i nie tylko orze, jak może, a jak nie może, to zaraz ktoś mu pomoże za odpowiednią opłatą czy koneksją. Korona Stadionu, na niech ludy ze wszystkich kontynentów. W szczególności ci ze Wschodu. Azjaci, Turcy, Ukraińcy, Rosjanie, Gruzini, każdy na swoim dominium merkantylnym. Każda nacja wyspecjalizowa w usługach lub fabrykatach, w których jest mistrzem swojego fachu. Plebs cieszył się niskimi cenami, spodnie za bezcen, bluzka jeszcze taniej. Nic, że po pierwszym praniu traciły kolor jak cnotę pijane dziewice w akademiku Politechniki. Najbardziej pożądane były niestandardowe usługi, których nijak szukać w wielkich galeriach handlowych. Żono, chcesz skasować niewiernego męża? Proszę bardzo, po sznureczku, po sznureczku, w końcu poznasz właściwych ludzi. Ludzi? Azerów. Bandyci. Nieogoleni. Napakowani. Groźni jak Kaukaz w zimie. Namierzą, pobiją, zabiją. Cokolwiek chcesz w zależności od stawki. Planujesz napad z bronią w ręku na kantor? To nie Ameryka, stary. Ale, ale. Przyjdź raz, przyjdź dwa. Jak poznają, żeś bez powiązań z władzą sądowniczo-karną, a twój portfel gwarantuje opłatę za usługę, w końcu otrzymasz swoją zabawkę. Zapłacisz słono za pieprzną zabawę, twoja sprawa. Tak to było. Tysiące historii, o których Ula czytała w tysiącach artykułów, przygotowując się do egzaminów na kulturoznawstwo. Taki mały jej konik. Z kopytami, co mogą walnąć, zobaczycie. 

wtorek, 4 września 2012

Nowy Hiro, nowy felieton

HIRO nr 26

I po wakacjach! Zostały doznania, wspomnienia, przeżycia, rozmarzy się optymista. Cynik rzeknie: co z tego? Co tam romantyczne wschody czy zachody słońca. Zwłaszcza zachody, bo wypada je witać na piaszczystej plaży z bagietką, serem i winem; wschody zazwyczaj wita się z kacem. No ale definitywnie finito. W zamian – powie pragmatyk – zostały zdjęcia, czekingi i komentarze na fejsie, foursquarze i twitterze. Czas je ponownie odpalić, oznaczyć hipsterskimi, pełnymi autodystansu komentarzami i  pokazać znajomym znajomych, żeby docenili potęgę geolokalizacji oraz internacjonalistyczne możliwości kart kredytowych. Kto nie przeszedł kontroli na lotnisku, nie walczył o lepsze miejsce w low cost lines, nie dał się złodziejom w Madrycie, nie pozwolił dopisać sobie do rachunku  wyimaginowanego nakrycia stołu na Rodos, wie dobrze, że wakacje są wyzwaniem. Przyjemną golgotą, co może brzmi jak oksymoron, ale nim nie jest. Czytaj dalej

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Niezniszczalni 2

Przygotujcie uszy na wystrzały. Wiele wystrzałów. Pistolety, karabiny maszynowe, armaty, czołgi, działka samolotowe. Do tego noże, łańcuchy i pięści. Ozdobione kastetami, bo weteran potrzebuje klasycznego wsparcia, kiedy mięśnie nie te, co kiedyś. Nie zmienia to faktu, że bohaterowie kina akcji powracają, aż normalnie w fotel wciska. Można rzec, dziadki – zamiast wnuki niańczyć i na masaże do SPA jeździć – wybierają bardziej dobitną fizykoterapię na styrane upływem czasu ciało: biją, tłuką, koszą seriami wszystkich, którzy staną im na przeszkodzie. Więcej na stronie Hiro

niedziela, 12 sierpnia 2012

Charlotte Olivia o wampirach

  Jak się okazuje, Polskę i jej rzeczywistość można przedstawić w niezwykle ironiczny i zabawny sposób. Autor posługuje się wampirami z przeszłości i teraźniejszości, tym samym dość klarownie obrazując nam to i owo – mam tutaj na myśli niemałe mankamenty w organizacji i funkcjonowaniu… Polski, generalnie. Czytaj dalej