Ostatnio na Dniach Ursynowa byłem na koncercie KSU, legendy polskiego punk rocka. To prawdziwy fenomen naszej sceny: zawsze pod prąd. Bez obciachu. Kiedy Siczka po raz pierwszy nadawał do mikrofonu, to ja ledwo wyrastałem z pieluch. Dzisiaj lider wygląda świetnie albo przynajmniej tak się prezentuje. Sam koncert przebiegł niezwykle, pod sceną kłębili się ich wieloletni fani, dosłownie od pokoleń. Widziałem dzieciaki, które mogłyby być dzisiaj wnukami muzyków KSU. Obok nich dziarskich dziadków i babcie znających każdy tekst na pamięć. A pamiętajmy, że teksty KSU to wyższa półka tekściarska. Te bieszczadzkie, gorzko-zadziorne strofy wchodzą w głowę i nie sposób o nich długo zapomnieć. A najlepiej wcale.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz