piątek, 29 maja 2009

Chłodna 25


Głowacki udzielił genialnego wywiadu o piciu w Peerelu. Jego wielkość satyryka i pisarza polega na tym, że choć przybliżał straszne, mroczne i przygnębiające w swoim przebiegu epizody, podkolorowane jak podbite powieki żony pijaka, to chichotałem, jakbym czytał o przygodach Mikołajka w krainie socjalistycznych moczymordów. Tylko gdzieś tam w trzeciej warstwie kory mózgowej błyskały złowrogo sceny z filmu o Wojaczku, obdarte ściany, obdarci ludzie, łzy w kieliszkach, jęczące butelki po wódce. Profesor Osiatyński słusznie oponował, że wcale to wszystko nie było takie wesołe, jakim jawi się z wypowiedzi Głowy, wręcz prowokując do wypicia za stare, cudowne czasy, czego smutnym przykładem był on sam, wóda namieszała mu w głowie, cud, że profesor jako tako z tego wyszedł, a może wypłynął; podejrzewam, że raczej wyskoczył z dna szklanki. Pilch, puszczając oko, znakomicie wychwycił merytoryczne nieścisłości, których, opisując porannych kolejkowiczów w krawatach, dopuścił się Głowacki; naturalnie, po jego wypowiedzi nie sposób nie widzieć tego inaczej, tak wielka jest sugestywność frazy i mitotwórstwa Glowy. Znany jest przecież fakt, że Hłasko przyczynił się do śmierci Komedy, szli napruci, pisarz pchnął niechcący muzyka, posypało się kilka nut, taktów życia... Hłasko strasznie to przeżywał, aż nie przeżył. No właśnie, picie. Wydaje mi się, że Głowacki w jednym tylko delikatnie się zapędził – o ile ludzie z masy robotniczej pili, bo musieli, żeby się jakoś bawić, to tyle środowisko artystyczne Głowy piło, bo żeby się bawić, musiało pić. Inaczej nie sposób było porzucić wścieklizny, warczącej dokoła, wścieklizny beznadziei, która dopiero polana wódką w Kameralnej zamieniała się w wersję light, następnie blakła do lury, by wrócić dopiero następnego dnia, po wyparowaniu kaca. Piszący te słowa, chociaż o niebo mu lepiej niż Wojaczkowi, ma skłonność do wyszukiwania sobie małych i dużych piekiełek. Zaczyna więc mimowolnie powielać schematy starszych kolegów po piórze. Wtorek, klubokawiarnia Chłodna 25, promocja Teorii trutnia, bliscy i dalsi znajomi. Nie wiadomo kiedy w dłoni pojawia się butelka Ciechana. Jakby była pieczątką nad całością. Podobnie inni. Nie ma powodów do przygnębienia oprócz paru dołów gospodarczych, mniej lub bardziej dotykających nasze portfele. Fakty są takie, że pisarz musi być uzależniony; do wyboru ma płyny, proszki, pigułki, opary, cały Nagi lunch do przetrawienia. Prędzej czy później. Pytanie tylko, w jakim stopniu i czy można z tym żyć? I jak długo? Lata 80., przypomina mi się malutki facecik z wąsikami, który zawsze przystawał w kiosku, w którym jako dziesięciolatek kupowałem Świat Młodych. Konwersował przez chwilę ze sprzedawcą, odsuwał się, kupowałem gazetę, facecik wracał na miejsce. Za każdym razem wybierał ową brzozówkę, o której opowiadał Głowacki. Patrzyłem zdziwiony na pana, który pije wyrób szamponopodobny, pyk, pyk. Pan należał do elementu niepracującego, pobierał rentę za ból egzystencji w hadesie peerelowskim, mieszkał w otynkowanym na szaro, cuchnącym parterowcu dla pariasów robotniczych, którymi wstydziła się władza ludowa. Często tam chodziłem, bo nie wiedzieć jakim cudem, zakwaterowano tam moją chrzestną, starą pannę mieszkającą z matką. Facecik z wąsikami sobie znanym trikiem zrobił dziecko siedemnastoletniej sąsiadce. Rok później chodziła cała w sińcach, straciła też jeden ząb, zdaje się lewy siekacz, ponieważ niższy od niej o pół kufla konkubent musiał jakoś potwierdzić swoją męskość i dominację. Normalnie Rzęsy na opak do potęgi entej. Machnął jej kolejne dziecko. I być może reprodukowałby się po raz trzeci, gdyby go wreszcie nie powołał do siebie bóg pijaków Dionizos. Wtorek, klubokawiarnia Chłodna 25. Po drugiej butelce basta, wystarczy. W domu czeka lepsze...

czwartek, 21 maja 2009

Tyrmandia

Bardzo smutna książka. Tyrmand udowadnia w niej aż nazbyt sugestywnie, że ludzie wrażliwi nie dadzą rady w socjalizmie - ani w żadnych innym, obiecującym "lepszość" systemie. Zgnoją ich, zaanektują i w końcu oni sami przyjmą postawy swoich oprawców. Nie dziwi, że w końcu nie mógł tu wytrzymać, dusił się mdłymi oparami Peerelu. Po sukcesie "Złego" zdawał się pozornym beneficjentem Polski gomułkowskiej. Taki ktoś jak on, wyczulony na detale, nie mógł przechodzić jednak obojętnie obok tego, co było syfem, zaniedbaniem, zohydzeniem i zwyczajnym fałszerstwem. Partyjniacy mieli głęboko w komunistycznych tyłkach lud pracujący i kopulujący miast i wsi. Zaprzedani systemowi artyści donosili na siebie, podkopywali się dla dewiz i paszportu w wersji open. Nie bez złości opisał tych nowych baronów Polski Ludowej; miał tyle honoru, że w samą porę wyjechał już na zawsze z kraju, inaczej sam by w końcu taki był. Ojciec mojej żony, kiedyś ceniony dziennikarz, dziś niezrównany gawędziarz o tamtych czasach (w końcu przyjaźnił się z Hłaską!), obecnie na emeryturze, przyznał ostatnio, że znał Tyrmanda osobiście. Skwapliwie wyssałem więc trochę opowieści i jedno z tego wynika niezbicie: Tyrmand był to facet niepokorny, barwny, fascynujący, jeśli chciało się go poznać bliżej, nie tylko z naskórkowej perspektywy "dzień dobry panu". "Życie", choć napisane frazą starodawną, niekiedy zbyt papierową w stylu, ze sporą wonią myszki na co drugiej stronie, broni się w ramach rekompensaty wspaniale zgryźliwymi opisami osób i miejsc, a także niezwykłą faktografią, którą spokojnie można wykładać na uniwersytetach, jak to wtedy było i dlaczego tak, mimo wszystko, beznadziejnie.

czwartek, 14 maja 2009

Born2...

Pikanterie smakowe Borpince, energetyzujący jak podwójny redbull z podwójną wódką koncert Dick4Dick w Powiększeniu, oto niektóre umilacze przemijania, kiedy kończy się nieszczęsne trzydzieści cztery lata.

poniedziałek, 11 maja 2009

"Komunii ci się zachciało! Ja ci dam komunię!"

Jako że maj, miesiąc, w którym polskie miasta i wsie nawiedzają małe, białe, a do tego słodkie zjawy - dziewczynki idące do komunii, warto przedstawić najświeższą recenzję Rzęs na opak z Biblionetki.

piątek, 8 maja 2009

Antybiotyki

Mija tydzień, a ja nadal chory. Zinnat. Trilac. Działa przeciwartyleryjskie. Nic, wirusy trzymają się przyczółka jak Tamilskie Tygrysy. W tym czasie "Zły Tyrmand" M. Urbanka, biografia autora w słynnych pstrokato-antykomunistycznych skarpetkach utkana z wywiadów z ludźmi, którzy go znali. W efekcie wiem o Tyrmandzie jeszcze mniej, co człowiek, to opinia... Tylko z jednym wszyscy się zgadzali: kto się z Tyrmandem zetknął na towarzyskiej stopie, nigdy go nie miał zapomnieć. Później zbiór opowiadań rzeczonego "Gorzki smak czekolady Lucullus". Podobała mi się jedynie tytułowa historia, wspaniała "Niedziela w Stavanger" i świetna "Tubingen ma białe kominy". Reszta grzęzła w jakiejś takiej reportażowości, co mnie skutecznie odrzuciło. Potem jeszcze "Powrót do Brideshead" - po kilkunastu stronach zacząłem ziewać, więc zdecydowałem się na obejrzenie filmu... Dużo lepiej. I ostrzej.

czwartek, 30 kwietnia 2009

KTR

Gala konkursu reklamowego KTR, coś w rodzaju lokalnego Cannes. Tym razem "przez kryzys" w największej sali Multikina w Złotych Tarasach. I to jest miejsce przynależne temu całemu spektaklowi poświęconemu artefaktom, które w ostateczności zawsze mówią to samo: "kup to". Przez poprzednie dwa lata KTR rozpanoszył się w teatrze muzycznym Roma, a więc tam, gdzie uzurpował sobie bezczelnie koneksje z prawdziwą sztuką. Tak jak szaty nie czynią królem, tak reklama nie była i nigdy nie będzie sztuką, jej miejsce jest właśnie w takich Złotych Tarasach, świątyni konsumeryzmu, tam, gdzie sprzedaje się to, co tak usilnie, a i zmyślnie poleca. Zresztą, paradoksalnie, reprezentacyjne wnętrza Multikina, after party w przestrzennym holu i zachęcającym do usystematyzowanego niszczenia wątroby barem pośrodku, gdzie rozlewano na koszt sponsora Wyborową, do tego klub taneczny na następnym piętrze - to wszystko doskonale wpisało się w klimat KTR. Nagrody rozdano, oklaski, "dziękuję"; nie to było gwoździem programu, tylko właśnie afer party. I słusznie, ponieważ czego oczekiwać od pustki nagrodzonych prac, że co, gówniany Simplus odmieni twoje życie? Nie, najlepiej poprosić barmana o drinka, spotkać znajomych, rozmawiać, plotkować, obgadywać. Dopiero tutaj, pośród okrągłego baru, ludzie powrócili ze świata ohydnych, ogłupiających iluzji do swoich właściwych powłok; przynajmniej niektórzy. Bo oprócz znanych mi kilku zdolnych ludzi, mających dystans i do siebie, i do tego, co robią, by żyć w miarę godnie, zgromadzone tam towarzystwo charakteryzuje się absolutnym dyletantyzmem artystycznym pomimo swoich żałosnych starań w kreowaniu "kreatywnych" reklam. Większość z nich skazana jest na piekło anonimowości; jedyne, co może im to wynagrodzić, rozgrywa się właśnie na gali i w kuluarach, tam branża bije im brawo, tam się mogą lansować i szukać kolejnych pracodawców, którzy zapłacą im jeszcze więcej i więcej za systematyczne rozmienianie na drobne ich piskliwych talencików. Przychodzą na gotowe, nie mają nic do powiedzenia o świecie, a jeśli już, to jakieś wtórne banały banałów, od których przysadka mózgowa paruje, a pięść się zaciska, by ustawić ignoranta w szeregu mu podobnych. Taka jest zapłata, niestety, za efemeryczne uznanie, finansowe apanaże i inne udogodnienia. Zauważyłem wiele nowych twarzy; to kolejny miot młodych zdolnych grafików, przechwycony przez trzykrotnie większe od średniej krajowej pensje, darmowe Medicovery i Lux Medy, cateringi na planie spotów, uścisk dłoni prawdziwych artystów - reżyserów, którzy muszą dorabiać, wypluwając skonkretyzowane bluzgi poczęte przez sprzedajną wyobraźnię reklamowych art directorów. Stare wygi wypalają się, nic strasznego, na ich etaty gotują się watahy wygłodzonych wilczków, którzy mają już dosyć piwa po studenckich cenach między 16 a 18. Czas napierdalać się bez ograniczeń (finansowych), myślą lub nawet nie myślą...

niedziela, 26 kwietnia 2009

Urodziny LAMPY

Galeria Raster. Zakup za 7 PLN "Chłopaki nie płaczą" Vargi. Zakup piwa Królewskie za 5 PLN. Brawurowy występ PDW w towarzystwie hardrockowej gitary. Drobne peregrynacje z przyjacielem poetą i jego kobietą po okolicy Hożej i Wilczej. Wizyta w ultraplebejskim pubie Warki. Łysale przy ławkach, blachary skwapliwie spijające piwną piankę. Próba załapania się na kebab gdzieś przed północą. Wizyta w Powiększeniu (to będzie miejsce roku!). Wizyta w pawilonach; Kociarnia.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Historia pewnej zbrodni na książce

W dniu, w którym nie wiedzieć czemu obchodzi się światowy dzień książki jak jakiś dzień świętego czy nieszczęsne Walentynki, ale niech im będzie, tym całym książkom, tomom i tomiszczom, w końcu na coś tam zasługują, pieszczoszki intelektualistów i miłośników fabuły – od razu się przyznam, że książek, jako bytów konkretnych, czyli z okładkami i papierem między nimi, nie traktuję za dobrze. Podstawowym zarzutem, za który mogą wytoczyć mi proces przed trybunałem do spraw ścigania zbrodni przeciwko narodowi książkowemu, jest mój absolutny brak przywiązania do danej pozycji (egotycznie i merkantylnie dodam, że oprócz moich własnych powieści, ale tych nie pożyczam). Po przeczytaniu nie stawiam biduli na zasłużony odpoczynek na półce, bo jeśli mi się spodoba, próbuję wszelkimi możliwymi sposobami wcisnąć ją kolejnemu czytelnikowi, pieję z zachwytu, jęczę z przejęcia, kwiczę z poruszenia, o, to będzie lektura, to będzie jazda, ekstaza, normalnie jakby mi za to płacili... Przez ostatnie lata skutek tego taki, że sporo książek po prostu nie wróciło do mnie, rozumiem więc ich uzasadniony żal, jak mogłem tak postąpić, tu sobie leżeliśmy rozkosznie na sofie, rozłożyła się przede mną na stole, innym razem spoczęła mi błogo na kolanach, kiedy nagle, po wykorzystaniu jej, bezlitośnie przekazywałem ją innemu, ba, innej, nie interesując się później zbytnio jej fizycznym losem, bo jeśli już, to raczej pytałem, czy przypadła do gustu, nie pytając, a czy mi jej przypadkiem nie uszkodzono, rogów brutalnie nie zagięto, jak to chłopcy zwykli krzywdzić schwytane motylki. Drugi poważny zarzut: absolutna pogarda dla książek, które mi się nie spodobały. Obrażony na autora – mszczę się ohydnie na Bogu ducha winnej papierowej otoczce. Podejrzewam, że inni, których odrzuciła moja powieść, postępują podobnie; taki krytyk Nyczek, jak wyznał w recenzji w „Przekroju”, to podobno rzucił „Gangreną”, tak miał jej dosyć... Niekochana książka poniewiera się gdzieś między moimi pupilami, przeważnie nieco naderwana, klasycznym przykładem jest tutaj „Słońce Scourtów”, jedna z najgorszych, najbardziej kiczowatych powieści, jaką przeczytałem z najwyższym trudem, z buddyjską cierpliwością, by nie zrobić tego, co krytyk z moją książką. Oskarżenia mniejszego kalibru dotyczą estetyki czytania. Należę do tych obrzydliwych niechlujów, co jak konsumują w samotności, nie omieszkają znaleźć sobie milczącego partnera – a więc pismo lub książkę. Ile to wspaniałych powieści splamiłem wstrętnie, lecz przecież niechcący, jakimś sosem, który dziwnym trafem zamiast w ustach wylądował na papierze. Tutaj mój adwokat, chcąc nieco udobruchać trybunał i wskazać, że również inni nie są bez winy, wskazałby moją żonę. Jak to, zbrodniara książkowa, bawiąc w Tunezji skrzywdziła francuskie wydanie „Aniołów i demonów”. Lipiec, piekło na ziemi, taki upał, ogród przy plaży, parasole, leżaki, przy leżakach stoliki, na jednym z nich spoczął egzemplarz kryminału Dana Browne'a, nie wiedząc, jaki czeka go okrutny los. Poszliśmy akurat na aperitif przed obiadem, który nieco się przedłużył, bo jak raz zaszumi, to chce szumieć coraz bardziej i nie tak łatwo wstać ze sofy ulokowanej w klimatyzowanej sali i wrócić na czterdziestostopniowy upał. Nagle pomieszczenie wypełniła chmara ludzi, normalnie jakby miał tu się odbyć pokaz fakira czy taniec brzucha. Patrzymy i oczom nie wierzymy, a oczy nie wierzą temu, co widzą: na zewnątrz deszcz, i to taki zmasowany, normalnie dziki deszcz, który robił swoje przez kilkanaście minut, a potem znów pojawiło się słońce, a wskaźniki w termometrach podskoczyły do góry. No nic. Wracamy po nawałnicy do leżaków. Jeden z basenowych chłopaków – nie wiedzieć czemu, być może przestraszył się wiatru – złożył parasole. Postąpił jak ostatni idiota, bo deszcz nie tylko zmoczył nasze ręczniki i inne rzeczy, ale też pozostawioną na stoliku książkę. Okładka przypinała grysikową pacię. Rozpoczęliśmy szybką reanimację, wystawiając skrzywdzony tomik na promienie. Osuszył się, kartki się odkleiły, lecz wyglądał tragicznie, zmierzwiony i porozrywany gdzieniegdzie. Szczęśliwie, czytelniczka nie zniechęciła się, jako że fabuła była niezwykle wciągająca, więc przełamując obrzydzenie do paskudy, nie książki, spełniła swój obowiązek do ostatniej strony. Wysoki trybunale, wybacz przewinienia, zapomnij o zaniechaniach. W ramach zadośćuczynienia zamówiliśmy dla naszych obecnych i przyszłych książek gigantyczną meblościankę, gdzie powinny wkrótce zamieszkać i cieszyć się ewidentnym luksusem!

piątek, 17 kwietnia 2009

Dziecię Bożę

W porównaniu z Drogą ta powieść McCarthy'ego z lat 70. ubiegłego wieku jest znacznie gorsza, a może inaczej: pozostaje w tyle. Mnie nie do końca przekonał "ogólnikowy" język narracji, nie współczuję bohaterowi, jest bardziej wariatem niż świadomym przekraczania granic moralności psychopatą. Być może wiąże się to z autorskim założeniem, że Dziecię oparte jest na faktach. Surowa, amerykańska prowincja, jeszcze surowsi ludzie (świetne tłumaczenie!), to wszystko nie sprzyja deliberacjom w stylu nietzscheańskim, rządzą odruchowe, zwierzęce zachcianki i grubo ciosane emocje, okrutny świat naprawdę prostych ludzi, nie do końca świadomych skali zła, jaką wyrządzają. Warto przeczytać, nie warto się przejmować. Bo prawdziwą wielkość świata kreowanego przez posępną wyobraźnię McCarthy'ego bez trudu odnajdzie się w jego innych powieściach.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Pośród neomagnatów

Wiosenna łańcuchowo-pedałowa eksploracja okolic wokół Kabat. Zawiało nas do Konstancina. Mieszkają tam absolutni bogacze, czołówka potentatów finansowych III Rzeczypospolitej, wille ochrzczone imionami, właściwie już pałace z podjazdami dla samochodów, otoczone małymi laskami, wieżyczkami z armatami i snajperami, by nie przypętał się jaki dziad, sfory krwiożerczych bestii zwanych tylko z grzeczności psami wysyłają ostrzegawcze dźwięki nawet ptakom, które ośmielają się spocząć na ogrodzeniu – zapewne owi błogosławieni przez papiery wartościowe i akcje neomagnaci odprowadzają sporo do kasy miejskiej, na dodatek wokoło mnóstwo świeżych, ekskluzywnych osiedli, Konstancja, Srancja, Dupancja, a ścieżek rowerowych jak w jakimś zapadłym postpeerelowskim miasteczku. Nie pomoże rower nawet z amortyzatorami. Wykończeni mierzeniem się z ubitymi ścieżkami przy drodze, narażeni na otarcie z pędzącymi samochodami, dotarliśmy do Gościńca Kołomyja (kolomyja.pl); warto było. Ceny jak w centrum miasta, nawet radykalniej, zachodniej metropolii, przy stolikach goście, od których już na pięć metrów śmierdziało straszliwą kasą. Takie nieco zblazowane towarzystwo, panienki w panterkowych rękawiczkach, trafił się i otyły gangster ze swoją minikochaneczką, do tego trochę wesołych, ultrarasowych psów brykających pośród stolików na zewnątrz, jakiś szalony kot pojawił się na dachu restauracji, no afera, sensacja, atrakcja turystyczna, od razu poderwało się od posiłków trzech właścicieli lustrzanych cyfrówek i dawaj w kociaka serię shotów pamiątkowych. Jedzenie przepyszne, rekompensujące dilejting kalorii na dotarcie tutaj. Powrót przez Powsin, trudny slalom wśród rodzinek odświętnie ubranych, podpici wujaszkowie, nadające cioteczki, dzieci, dzieciaki, dziecioroby, zgodnie w familijnych grupkach spalający hałdy kalorii, którymi się obsypali przy stołach od niedzielnego świętowania na pamiątkę transformacji ich zmartwychwstałego mesjasza w lewitującego zombie.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Dziennik 1954

Ja piszę ten dziennik dla XXI-ego stulecia, ktoś, kto będzie go wtedy czytał, pozbiera okruchy dowodów i dostrzeże całkowanie, zebraną z klocków rekonstrukcję. Tak, Tyrmand się nie mylił. Dziennik 1954 to przewspaniałe – jeśli można użyć tak nieadekwatnego w tym kontekście słowa – oskarżenie komunizmu. Całej nie tylko mentalnej ohydy, jaką rozsiewał po wojnie rękami Sowietów i ich zauszników, ale również brzydoty codziennej, którą wtłaczał we wszystkie dziedziny życia, wszystkie zakamarki, szczeliny i dziurki. Tyrmand nie ma złudzeń: czy to faszyzm, czy komunizm, czy państwo oparte na jednej religii – każdy system degeneruje się, jeśli nie na początku, to po jakimś czasie. Ludzie są ułomni, to dlaczego ma być inaczej z ideami, które próbują wcielić w praktykę. Zdumiewająca jest imponująca przenikliwość Tyrmanda w opisie wynaturzeń, których był świadkami. Razem z nim spotykamy młodego Kałużyńskiego, Kisiela w wieku średnim, Mieczysława Jastruna, Iwaszkiewicza, K.T. Toeplitza i wielu, wielu innych – Tyrmand bez ogródek pokazuje ich zaangażowanie w krzewienie nowej, komunistycznej wiary, łapczywość na synekury i łase zgarnianie przywilejów. Z drugiej strony, po krytyce Kisiela, sam widzi, że jego krytykanctwo też nie ma przyszłości, że oparte jest na przesłankach, które choć moralne, to nie pozostawiają złudzeń – jeśli nie będą im towarzyszyły zdecydowane działania. Nie dziwi więc, czemu mimo wielkiej sławy po wydaniu „Złego” Tyrmand w końcu wyjechał z Polski Ludowej: to nie był już jego kraj, miejsce, któremu mógłby służyć swoim niezwykłym umysłem i nieprzeciętnym talentem publicystyczno-prozatorskim. Dziennik jest przerażającą wyprawą w kraj naszych dziadków i rodziców. Gęsia skórka pokrywa ciało na myśl, że gdyby nie jako takie przemiany w Rosji i nasza Solidarność oraz cały ruch intelektualistów sprzyjających związkowi, system mógłby jeszcze długo sobie pognić, bo czemu nie?

wtorek, 31 marca 2009

Rzeź winiątek

Dziś ostatni dzień miesiąca w tym trudnym roku. Kto jeszcze nie wierzy, że widmo recesji grasuje na tej ziemi, ten niech słucha kolejnych świadectw. Oto dziś dwie moje znajome, jedna zdolna pani grafik, druga od słów pisanych i konceptów kreatywnych, pracujące w branży marketingowej, zostały brutalnie zwolnione. Bo przetarg niewygrany. Bo cięcia kosztów. Bo chuju-muju. Jak słyszę dokoła, recesja wykorzystywana jest również do pozbywania się pewnych ludzi: bo źle im z oczu patrzy, bo za stara, bo krnąbrny, bo nie "nasz" etc. Każdy pretekst dobry, by upierdolić bliźniego. Przez najbliższe miesiące w wielu, wielu firmach zawsze pod koniec miesiąca krew się będzie lała na korytarzach, w gabinetach i windach. Wiele redukcji będzie koniecznością, ale też wiele będzie ewidentnym nadużyciem, żeby pozbyć się ludzi, który akurat nie pasują aktualnym decydentom.

piątek, 27 marca 2009

Piaskowa Góra


Jedna z najciekawszych książek literatury polskiej, jakie ostatnio czytałem. W sumie jedna z najlepszych. Każdy miłośnik nie tylko fabularnej, ale i stylistycznej potęgi prozy powinien ją poznać. To, co Bator wyprawia z polszczyzną, to nowa jakość – mnie zachwyciła. Zapewne niektórych będzie drażnił nadmiar postaci i taka jakaś ich marionetkowość z szerszej perspektywy; ale to jest właśnie peerelowska komedia ludzka z pierwszorzędnymi małymi i dużymi dramatami. „Piaskowa Góra” to również gotowy materiał na scenariusz; serial winien mieć co najmniej kilkanaście odcinków, ponieważ ogrom opowieści, jakie autorka wtłoczyła w swoją powieść, wręcz przytłacza, choć wszystko zgrabnie się, na szczęście, łączy. „Piaskowa Góra” to nie jest książka, która może jakoś wpłynąć na życie czytelnika, zmienić jego postawę czy wywołać skrajne emocje, żadnej tam gęsiej skórki raczej nie zapowiada, za to dla osób, które cenią sobie eksplorowanie języka, jest to prawdziwa uczta. I ja na niej byłem, słowa łapczywie piłem.

sobota, 21 marca 2009

Telefon, który nie ma nic

w porównaniu z takim na przykład iphonem, nazywa się na wpół plagiatorsko MyPhone 1150, przy cudzie Apple'a, arystokraty, właściciela hektarów aplikacji, wydaje się chłopem pańszczyźnianym na malutkim poletku paru bajerów jak budzik czy radio. A mimo to kupiłem go za oszałamiającą sumę 99 PLN, na pewno nieco na przekór, co wyznaję bez bicia, rozdrażniony rozrastajacą się siecią iphonowców. Nic przeciw nim nie mam, jak oni należę do zwolenników awangardy technologicznej, w końcu wszystko dla ludzi, podobnie jak alkohol, dopalacze czy nasadki na penisy, czy co tam jeszcze spece od patentów wymyślą i wmówią, że warto tego używać, bo fajnie, bo lepiej. Bardziej śmieszy kabaretowość całej sytuacji, te dziecięce, jakże wzruszające zachwyty nad ajfonowymi smaczkami. Owe chwile nieposkromionego szczęścia, do którego każdy ma prawo; podobno odkrywanie "benefitów" iphone'a ma coś z poznawania tajników Kamasutry, człowiek, a właściwie iphone-posiadacz kręci głową ze zdumienia, "To tak też można?, pyta i tysięczny raz w tym dniu przesuwa palcem po reagującym błyskawicznie na dotyk wyświetlaczu cud-komórki, czułej jak punkty erogenne. Podejrzewam, że nie nacieszę się długo MyPhone 1150, znudzi mi się jak wakacyjny przebój, ale przynajmniej wreszcie poczuję się prawdziwym oldskulowcem, co jak dotąd nigdy mi się nie zdarzyło.

wtorek, 17 marca 2009

Męczennicy

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego „Martyrs” postrzegany jest przez co niektórych jako nie wiadomo jak odrażający film. Nie zwykłem na tym blogu pisać recenzji filmowych, lecz w tym przypadku chodzi o granice wolności artystycznej – więc robię to bez ogródek. Otóż ten francuski (sic!) horror to prawdziwa perełka gatunku; zakrwawiona perełka, ale perełka. Robespierre byłby z niej dumny. Gdzieś po trzech czwartych „Martyrs” robi się nieco nudny, jeśli można tak nazwać paradoksalnie monotonny przebieg maltretowania pewnej nieszczęsnej, młodej kobiety. Za to pierwsza godzina jest fantastyczna, pełna krwi, emocji i autentycznego wstrząsu. Ci, co zdają się niewiniątkami, okazują się bestiami z piekła, a konkretnie z piwnicy rodem. Czuję, że czytelnicy potrzebują adekwatnej literatury: nie trywialnych zagrań a la siekiera, motyka, rozpłatana potylica, ale… czegoś jeszcze bardziej mocniejszego, rozdrażniającego i równocześnie pochłaniającego. Jeśli kiedyś podołam, by wstrząsnąć nawet samym sobą, zaliczę to do sukcesu; emocje to najlepszy, ożywiający akcent dla wydrukowanych, zdawałoby się suchych ciągów liter na papierze.

środa, 11 marca 2009

Dom schadzek

Ta książka jest dowodem, że nawet tak wybitny pisarz jak Amis w końcu poległ, zapuszczając się śladami Napoleona czy zagonów niemieckich w niezmierzone przestrzenie Rosji; nie powinien bawić się w mentorskiego eksploratora rosyjskiej duszy – bo mu to wyraźnie nie wychodzi. Odniosłem wrażenie, że naczytał się solidnie bibliografii i dawaj, dawaj. O ile portrety bohaterów powieści są wielowymiarowe, a styl specyficznie „intelektualny”, co jest jej zaletą i choćby z tych powodów warto po nią sięgnąć, to mądre zdania o Rosji, rosyjskości po prostu mnie drażniły, a słowiańska dusza złośliwie szemrała: Anglik, choćby nie wiem ile razy przejechał Rosję wzdłuż i wszerz, nie będzie w stanie przemienić się nawet w drugorzędnego epigona Dostojewskiego czy Turgieniewa. Być może gdyby Amis miał historyczną szansę i rzeczywiście zaliczył osobiście Gułag, mógłby stanąć w szranki z Sołżenicynem. Własną krwią pobłogosławiłby fabułę "Domu". A tak uderza w niuanse Syberiady z finezją meteorytu tunguskiego. Konstatacje pachną papierem, polanym papierową wódką.

niedziela, 8 marca 2009

Brat?



Mówią, że każdy z nas ma swojego sobowtóra. Nawet wybitni, święci mężowie. Po prostu nie ma istot niepowtarzalnych. Na każdego znajdzie się hak w postaci jego prawie-że-klona. Gdzieś tam na ciebie, nieważne, czy pojedziesz do Paryża, czy do Pcimia Dolnego, czyha ktoś niezwykle podobny. Mimo to jak wielkie było nasze zdziwienie na sobotniej, urodzinowej imprezie naszego znajomego, gdy zobaczyliśmy na nim mojego młodszego brata.

Brat wpierw siedział sobie spokojnie na sofie, nie wadząc nikomu, więc nieco zaskoczeni jego obecnością uznaliśmy, że skoro przyszedł, to widocznie jakimś cudem zna się z solenizantem. Mój brat kompletnie mnie nie poznawał, cóż, skoro się obraził, to ja, w końcu starszy o dekadę, nie będę pierwszy wyciągał ręki. Kto tu kogo na wózku woził, dobrymi radami gratis sypał?

Po kilkunastu minutach spotkaliśmy się z moim bratem na balkonie. O dziwo, on niepalący rozkoszował się wypalonym do połowy papierosem. Jest dorosły, więc nie będę mu prawił kazań, zwłaszcza że w alkostanie sam podobnie zawiniłem. Brat powiedział, że czeka na swoją narzeczoną, która jakoś przybyć nie może, bo coś tam, coś tam.

Dopiero tutaj, w otoczeniu rześkiej, chłodnej nocy prawda wyszła na jaw: ten osobnik nie jest moim bratem! Wyższy ode mnie o głowę, górował niczym jakiś senior, tak że rozmawiając z nim mimowolnie musiałem patrzeć do góry, czego nie znoszę na co dzień, więc w efekcie raczej nie przyjaźnię się dużo wyższymi ode mnie; krępują mnie, deprecjonując swoją zwalistością (podobnie zapewne czują się kobiety, lecz większości z nich to nie przeszkadza).

Ale jak nie jest moim bratem, skoro, choć dużo wyższy, wygląda jak mój brat?! W sposób wręcz szokujący, przyprawiający o niezdrową fascynację. Te same oczy! Ten ten sam kolor, długość i ułożenie włosów! Ten sam uśmiech, linia ust, podbródek, kształt szczęki, nos, uszy! Czary jakieś czy co?!

I mówi podobnie. I słucha podobnie. I zainteresowania ma podobne co mój brat, studiuje filozofię, dusza wrażliwa, humanistyczna. Pisze, rozprawia, wrażliwy na niuanse. Chryste Panie, kim on jest, jeśli nie moim bratem?!

Tylko że wyższy. Sprawił, że poczułem się młodszy od mojego młodszego brata. Nie mogłem też opanować chichotu, takiego śmiechu-odreagowania wynikającego z wręcz przytłaczającego zaskoczenia. „Brat” rozprawiał o czymś tam, a ja w śmiech. On, zdziwiony, myślał, że drwię z niego. Ja, równie zdumiony swoją reakcją, uciekam w tunel kłamstewek, że coś sobie niby przypomniałem. Przecież mu nie powiem, nie wykrzyczę:

- Człowieku, wyglądasz jak mój brat. Nie mogę z tobą n o r m a l n i e rozmawiać, skupić się na jakiejkolwiek wypowiedzi.

W efekcie nie byliśmy w stanie zarejestrować imienia nieznajomego. Dla nas nazywał się tak jak mój brat. Czy mu się to podobało, czy nie, został na gwałt przechrzczony. Dobrze, że jego dziewczyna jakoś nie dotarła na imprezę, pognał za nią; żegnaj, „bracie”.

sobota, 7 marca 2009

Doza kultury o Poszukiwaczach

Warta zarchiwizowania jedna z recenzji mojego debiutu:

Każdy z nas może znaleźć się nagle w miejscu, w którym będzie obserwowany. Pół biedy, kiedy obserwacje zatrzymają się na etapie postrzegania i zamyślenia, bądź ewentualnego wyrażenia zdania na konkretny temat. Problem jednak może zacząć się w momencie, kiedy ktoś zaczyna wykorzystywać Twoje historie, słowa, prawdy, a Ty nie zdajesz sobie sprawy z takiego obrotu sytuacji.

W obserwującego i rekwirującego cudze myśli i słowa Wielkiego Brata zabawił się młody debiutujący autor książki "Poszukiwacze opowieści" - Dawid Kornaga. Poszukał i znalazł tematy oraz często nieświadomych ludzi. Prawdziwe historie, nazwiska, płaskie z premedytacją życie. A reakcje odbiorców? Pochłania nas historia korespondencji internetowej z lekko ironicznym zakończeniem i obraz modnego hip-hopu. Niektórzy z nas odnajdą się w głodzie narkotyków i pragnieniu apartamentów, kobiet, sławy.

"Boli mnie, że moja wyobraźnia nie potrafi wymyślić czegoś nowego, czegoś z samego siebie. Potrzebuję materiału, jak reporter. Czuję się jak student z wydziału dziennikarstwa. Całe to mięso, które trzeba utrwalić na kliszy. Całe nagranie na kliszy, które trzeba spisać i zredagować. Zeszyty pęcznieją. Setki stron."

Ciąg dalszy tutaj.

poniedziałek, 2 marca 2009

Łucja z Lammermoor

Nie jest to opera z jakąś "powalającą" arią jak Carmen; intensywnie mroczna, zarówno w fabule, jak i scenografii. Publiczność z dalszych rzędów winna zaopatrzyć się nie w lornetki, lecz noktowizory. Światła skąpiły twarzy protagonistów, którzy w głębi sceny poddawali się szaleńczym emocjom. Łucja nigdy nie będzie przebojem, brak jej ewidentnie choć jednej powodującej gęsią skórkę frazy. Za to jest genialnym środkiem na depresję, zwątpienie w sens życia, miłości, bliźniego... Nic dziwnego, że braki muzyczne rekompensuje scenografia. Nie rozumiem, dlaczego po premierze niektórzy krytycy czepiali się właśnie scenografii - gdyby i jej zabrakło w oryginalnej oprawie, to już nie wiem, trzeba by wyjść po drugim akcie. Trójwymiarowe triki, widok z lotu ptaka i parę innych smaczków jak przesuwające się naburmuszone chmury to wręcz organiczne elementy Łucji, idealnie wpisujące się w przygnębiającą fabułę. I wreszcie diwa wprost stworzona do odegrania partii nieszczęsnej Lucii - Joanna Woś. Zgrabna, o przenikliwiej barwie głosu, empatycznie oddająca pożerające Łucję obłąkanie. Wręcz ekstatyczny był moment, kiedy Woś leżała na plecach i wydobywała z siebie przepiękny, poruszający tekst o tęsknocie za ukochanym.

wtorek, 24 lutego 2009

Recenzja

Krótka, lecz treściwa recenzja ze strony empik.com autorstwa osoby o nicku dhuala:

Książka nie jest dla osób uwielbiających istoty typu Dracula czy nawet postacie ze "Zmierzchu". Bowiem nie jest to powieść o wampirach, a raczej o idei wampiryzmu we współczesnym świecie, a dokładniej w naszej Polsce i o naszej Polsce. Pragnienie, pożądanie, zachłanność - wszystko to odnosi się do postaw poszczególnych grup społecznych, jak i jednostek w naszym kraju (ale i nie tylko). Niezwykle zręcznie napisana satyra dla naszych ludzkich zachowań, których często nie jesteśmy nawet świadomi. Autor wykazał się bystrością, spostrzegawczością i przy tym potrafi rozbawić do łez. Książka dla tych, co nie boją się krytyki i potrafią śmiać się z otaczającej rzeczywistości, nad którą czasem trzeba ręce załamać.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Zabójczy

W tej książce bardziej niż czyny zbrodniarzy razi nieporadny język, którym została napisana; dochodzi do tego niechlujne tłumaczenie, pomyłki w datach, nie mówiąc już o prostackiej okładce, sugerującej jakiegoś sensacyjniaka (podobnie jest z moją wydaną w listopadzie ubiegłego roku powieścią Znieczulenie miejscowe, której okładka też niestety do udanych nie należy - nie w wykonaniu, tylko wręcz wstrząsającej nieadekwatności graficznej do treści i przesłania).

Jednak po przetrawieniu rozczarowania stylistycznego naprawdę można ponieść się kolejnym odsłonom ludzi takich jak Adam z mojej Gangreny. Autor przy każdej postaci stara się znaleźć przyczyny, dlaczego ktoś został seryjnym mordercą. Prawdę mówiąc, po lekturze pozostaje to nadal zagadką. Człowiek jest naturą zbyt skomplikowaną, by podsumować go paroma maksymami czy naukowymi konstatacjami.

Ale jedno doświadczenie łączy tych odrażających zbrodniarzy: przykre dzieciństwo. Niekochani, wykorzystywani, często z rodzin o fundamentalistycznych przekonaniach religijnych, porzuceni, zdominowani - kumulując w sobie pokłady frustracji w końcu wybuchali. Dlaczego wielokrotnie? Zasmakowali w zbrodni? W mocy? Lepiej nie znać odpowiedzi.

niedziela, 15 lutego 2009

Pornowalentynki



Gdy porno, wszystko wolno. Struti-tuti, do roboty, kręć tyłkiem, jelitami, żołądkiem, wątrobą. Na powitanie antywalentynkowych maniaków swawolnej miłości w Saturatorze oldskulowy pornol, prawdopodobnie duńskiej produkcji. Bezkompromisowy przykład zaawansowanej praktyki ginekologicznej. Wykonawcy obficie owłosieni, lata siedemdziesiąte w natarciu łon jak małe dywaniki, na których można wytrzeć sobie mocno zabłocone buty. Penisowe robaki wyłaniające się z krzaków do pępka, zdziwione otaczającą ich rzeczywistością podporządkowaną beztroskiemu spółkowaniu. Beztroskiemu, bo nikt wtedy nie wiedział, co to AIDS, zemsta archaniołów monogamii. Absolutnie wszystko niepodniecające, nas, gorliwych wyznawców odhumanizowanych praktyk depilacyjnych. Ochy i achy pornoktorów praktycznie niesłyszalne, po dwudziestej drugiej electro wypełniło każdy skrawek klubu, łącznie z coraz bardziej upapranymi kabinami, gdzie mokry papier toaletowy, porozrzucany jak manna z nieba, spoczywał na krawędziach sedesów, wklejony w pojezierze moczu. Alternatywnego oczywiście. Niektórzy przybyli poprzebierani, a niektórzy nie. Alkohol przebierał ich umysły, od chłodu do gorąca, gęstniało od niego, parno i porno, lecz w granicach paradoksalnej przyzwoitości, bo prawdziwe wyuzdanie znajdziesz w klubach swingersów, a nie na 11 Listopada. Jest tak, że strojem nadrabia się fantazję. Chcesz rozwiązłej debiutantki, która nazywa się lolitką mimo trzydziestu trzech lat w dowodzie? Proszę bardzo, szybka lustracja, wyławiasz taką i cieszysz oczy. Jedynie cieszysz. Gorąco, duszno, skwarnie. Rury nie wytrzymują dyktatu wyobrażeń, żeby to wszystko skończyło się spontanicznym kopulowaniem gdzie popadnie i w co wpadnie. I jako jedyne przyjmują na siebie odpowiedzialność za bezwstydną fizjologiczną reakcję: tryskają. Wodą. Alarm. Ludzie zaskoczeni, wzywać straż pożarną? W Polsce każdy od małego nosi legitymację strażaka, wicepremier Pawlak może być dumny; szybka decyzja, personel Saturatora bierze sprawę-wodę w swoje ręce-miednice. Tak sobie. Wody coraz więcej, kałuża na górnym poziomie zachęca do pluskania się, bryzgania. Nad kolejką do zapaskudzonej odchodami i przychodami toaletą skondensowany prysznic. Persony się cofają, niektórzy o słabej woli chwytają kurtki i ewakuują się do pobliskiego klubu jak najbardziej związanego z wodą, lecz jednak nie dosłownie – Hydrozagadki. Błąd. Niech nas zaleje; prawieki temu Noe, pupilek boga Jahwe, dał radę, damy i my. Na dolnym poziomie zaczyna się. Zaczyna się coś. Le Couteau Jaune, breakcorowe trio rozpoczyna swój show, tasaki emocji wysoko podniesione, ponad kolumny, z których zaczyna wypływać, a właściwie to dopierdalać taki beat, że normalnie. Że normalnie hipnoza. Zjawiskowy, na krawędzi histerii głos wokalistki, wielkiej angielskiej samicy, dosiada kolejnych sekwencji rytmu i na spółkę z nim chlasta nasze uszy, i to jak chlasta, muzyczne sadomaso na najwyższym poziomie, coś w rodzaju sopranowego drum’n’bassu, niemiłosiernie pastwiącego się nad bębenkami. Część publiczności, zorientowana popowo-ugodowo poddaje się, ucieka na wyższe poziomy przed muzycznym jadem Anglików. Wierni, co pozostają na stanowisku ekstazy, są świadkami bezpretensjonalnego show, muzyki rozdzierającej przyzwyczajenia taktowe, wokalu świdrującego, stomatologicznej techniki borowania uszu. Nie nieść się znaczy oklapnąć, sczeznąć w mamałydze sztampy zalegającej warstwy muzycznego gustu. Wokalista numer dwa, anglosaski wiking z kołdunem zdolnym do burzenia murów, wije się na scenie, pod sceną, jest go wszędzie pełno, za chwilę wyląduje na barze, zdaje się, pożre parę butelek, rozkoszując się smakiem szkła doprawionego muzyką Żółtego Noża. Spiętrzenie emocji, hopsa, hopsa, wyczerpanie, wyciszenie, przewalentynkowanie się.

środa, 11 lutego 2009

Revolutionary Road

Ta powieść powinna w polskiej wersji zachować angielski oryginał tytułu. Droga do szczęścia sugeruje wyciskające romansidło z pretensjami egzystencjalnymi. Dzieło Yatesa to w czystej postaci grecka tragedia, z wyraziście skonstruowanymi bohaterami. Tu wszyscy przegrywają, to się czuje od pierwszych stron. Interesujące jest: w jaki sposób rozwala się ten sen o lepszym życiu. Fabuła naprawdę wciąga, nie dziwi więc, że kino w końcu się o nią upomniało. I pewnie z pożytkiem, bo książka jest niekiedy przegadana. Kipie z niej jednak mnóstwo gorzkiej, lecz oczyszczającej energii.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Linia życia

Podobno ta moja linia życia nie jest długa, jak stwierdziła przyjaciółka, autorka tego zdjęcia. Zatem co mogę odpowiedzieć?
- Pożyjemy, zobaczymy.
Nic więcej.
Mogę żyć intensywnie - pierdolnę znienacka.
Mogę żyć leniwie - też pierdolnę.
Co robić?
Robić swoje: żyć. Czasem można mieć farta. Czasem nie. Odpowiem tak: zobaczymy. Lub: zobaczycie.
Generalnie to nie wierzę w nic, tym bardziej w te cygańskie gusła, by wydrzeć kasę od naiwniaczków na wódkę dla całego taboru...

piątek, 6 lutego 2009

Chutnikowy

To mała, wielka książka. Motoryczny styl. Z kobiet utkany, kobietami przenicowany. Pełen eseistycznych pazurów i pazurków. Stereofonicznych monologów. Poszatkowanych dialogów. Do tego błyskotliwe obserwacje, wysysające z rzeczywistości wszystko, co niezbędne, by fabuła miała to coś, a bohaterowie - krew, bez naskórkowego pastiszu czy autocenzuralnych wygibasów. Po prostu książka bliska moim własnym inklinacjom prozatorskim. Serdecznie gratuluję autorce pomysłu, realizacji i Paszportu Polityki.

wtorek, 3 lutego 2009

Nadzwyczajna biografia

Czytałem kilka biografii Balzaca, lecz nigdy takiej nieprzeciętnej; pióro Zweiga potrafi wyczarować na nowo postać tego tytana pióra i… robienia długów. Drobiazgowa analiza, w duchu modnego za czasów Zweiga freudyzmu, idealnie wpisuje się, przynajmniej w tym przypadku, w esencję gorączkowego życia Balzaca. Można tylko żałować, że biografia nie została dokończona na skutek samobójstwa Zweiga. Co prawda pociągnięta jest do końca żywota francuskiego pisarza, łącznie z przejmującym opisem jego dogorywania na łożu, jednak brakuje i stosownego „co potem” (a to podobno Zweig zamierzał przedstawić), jak i uzupełnienia szczegółów ostatnich tygodni Balzaca. Mimo to czyta się to wszystko doskonale i gardło ściska zazdrość, doskonale podkręcona przez Zweiga, że jeden człowiek mógł napisać aż tyle. To wiadomo, w każdej encyklopedii znajdzie się te fakty, i kawa, i praca w nocy, szlafrok. A jednak Zweig przybliża pisarską harówkę Balzaca, tego Mozarta literatury, z dokładnością mikroskopu.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Nabucco

Jak można zaniżać jakość opery przez taki casting? Taki, to znaczy: dwie siostry, córki Nabucco, grają osoby absolutnie do tych ról niepredestynowane. Umowność umownością, lecz tym razem przekroczone zostały wszelkie jej granice. Tusza (Fenena) lub wiek (Abigalille) dwóch diw (kogo mam na myśli, niech wejdzie na www.teatrwielki.pl/repertuar.php?action=det&id=1237) nie pozwalały rozkoszować zmysłów pięknem muzyki. Przeciętny miłośnik opery nie wymaga, by za każdym razem np. postać Feneny, córki Nabucco, grała taka śliczność jak Anna Netrebko czy Elina Garancza. Ale też nie MILF! Owszem, diwy mają świetne głosy, lecz nie w tej obsadzie, bo robi się śmieszno. I żałośnie.

środa, 28 stycznia 2009

Ciastka


Z pisarzem B. w Instytucie Kultury Węgierskiej. Rozmowa z tłumaczką, przedmiot: Postać pisarza Krúdy'ego w powieści Máraia Sinbad powraca do domu. Wszystko na poważnie do momentu, gdy puścili kilka fragmentów filmu na podstawie książki. Szok. Niby wiadomo, że węgierski to oprócz polskiego jeden z najtrudniejszych języków świata. Do tego jeszcze brzmienie; fonetyka węgierska poraża jak wytrawne Egri Bikaver wlane do kaszki owsianej. Napięcie rozładowały ciastka. Wyśmienite poniekąd, lecz długo się nimi nie nacieszyliśmy. Na wieczór przyszły w większości starsze panie i panowie. Niektórzy nie tyle starzy, co pokładający się w swojej starości, aż nachodziła ochota, by w ramach odreagowania obejrzeć Sześć stóp pod ziemią. Po oklaskach, wieńczących wreszcie przedłużającą się dyskusję, staruszkowie najechali żwawo stół i ogołocili pateny prawie co do okruszka. Udało nam się załapać na lampkę wina. Krúdy wiedział, co lubić.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Francuski

Kto ma jakiekolwiek jeszcze wątpliwości, że kultura francuska to jednie epizod w natłoku anglosaskich stories, po lekturze Madame raczej powinien zmienić zdanie. Liberze udało się napisać - jeśli chodzi o muzykę stylu - polską panią Bovary. Książka wzruszająca, książka wciągająca, konserwatywna w przesłaniu, liberalna w dowcipie. Ważna cegiełka w gmachu nie tylko polskiej prozy. Bez rewolucyjnych pretensji, wysokokaloryczna strawa dla erudytów i miłośników Słowa.

sobota, 24 stycznia 2009

Chojnowski o wampirach

Ta powieść zyskała już wielu fanów, bo Kornaga to autor ciekawy, niebanalny w ideach i nieoczywisty w językach. Swojego czasu karierę zrobiła zwłaszcza "Gangrena", czarna, brutalna, prowokacyjna wobec rzeczywistości, ale wbrew pozorom niezbyt głęboka.

Najnowsza powieść Dawida Kornagi, „Znieczulenie miejscowe", ma podobnie krytyczne ambicje i bardziej wyszukany pomysł. Oto Polska, kraj ukrytych strachów, zamieszkana przez Polaków i wampiry ("a kto śmie wątpić, ten jest głupi, ma wszy i krzywy kręgosłup").Ciąg dalszy recenzji