
W tym i moje - Mleczaki. Już w empikach.
Z abrabaal.blog.pl
Sporo pada, to jeszcze więcej lektur w przerwach między pisaniem nowej powieści. Miasto ślepców Saramago; jedna z najbardziej przygnębiających wizji naszego gatunku, paradoksalnie padałem ze śmiechu, czyżbym chciał zaśmiać własne przerażenie? Dziennik geniusza autorstwa Salvadora Dali; początkowo ten zachłystujący się samym sobą styl wciąga, kokieteria pyszności otwiera szeroko oczy, głowa przytakuje, wiedząc, kto to pisze i co za nim stoi, po jakimś czasie jednak nuży, nadmiar dalimasturbacji, może i potrafił pisać, ale lepszy z niego malarz niż prozaik, mimo wszystko. Teraz równocześnie: Paryż. Śladami pisarzy; smakołyk dla miłośników nie tylko tego miasta, nie tylko geniuszy literackich, którzy w nim żyli. I Fun Home Alison Bechdel, komiks-arcydzieło o "męskiej" lesbijsce (dyke) i jej ojcu, kryptogeju, zderzenie erudycji z pierwszorzędną komedią, ludzką. Deszcz do piątku. Padaj konsekwentnie!
Popełnię bluźnierstwo, trudno. Ta opera nie chwyta mnie za serce – ani muzyką, ani fabułą. W świecie oper ta ostatnia bywa, jak wiadomo, szablonowa, wszystko źle się kończy etc., no cudownie, lecz nie aż tak jak w Butterfly, tutaj „akcja” przebiega od samego początku jak lot Kamikaze, żadnych niuansów, wahań, finezji. Nic dziwnego, że nie od początku Butterfly cieszyła się powodzeniem. Japoński skin (są tacy? prędzej pogrobowiec militarno-nacjonalistycznego stowarzyszenia Tatenokai pod przywództwem zmarłego śmiercią samobójczą pisarza Mishimy) powiedziałby: „E, dobrze tak pannie! Puściła się z amerykańskim soldatem, który od początku wyglądał na skaczącego z jednego kwiatka na drugi, porzuciła naszych bogów, zainfekowała się amerykańskim stylem życia, whisky zamiast sake. Amerykaniec zrobił jej dzieciaka, popłynął w dal, nie odzywał się, zapomniał o swojej nałożnicy. A ta idiotka czekała przez kilka lat. Żołnierz się ożenił z Amerykanką i wrócił do Japonii – po to, by odebrać dziecko. Czego się spodziewała po zepsutym Amerykańcu? Dobrze, że się pochlastała nożem, takich nam nie trzeba”. Szowinista nie dostrzegłby w tej historii potęgi uczucia ani podległości, w jakiej wychowano nieszczęsną gejszę; nie stanowi to jednak ani obrony, ani wyjaśnienia intencji tej nieudanej opery (sama inscenizacja mistrzowska, normalnie japońska precyzja).

Bardzo smutna książka. Tyrmand udowadnia w niej aż nazbyt sugestywnie, że ludzie wrażliwi nie dadzą rady w socjalizmie - ani w żadnych innym, obiecującym "lepszość" systemie. Zgnoją ich, zaanektują i w końcu oni sami przyjmą postawy swoich oprawców. Nie dziwi, że w końcu nie mógł tu wytrzymać, dusił się mdłymi oparami Peerelu. Po sukcesie "Złego" zdawał się pozornym beneficjentem Polski gomułkowskiej. Taki ktoś jak on, wyczulony na detale, nie mógł przechodzić jednak obojętnie obok tego, co było syfem, zaniedbaniem, zohydzeniem i zwyczajnym fałszerstwem. Partyjniacy mieli głęboko w komunistycznych tyłkach lud pracujący i kopulujący miast i wsi. Zaprzedani systemowi artyści donosili na siebie, podkopywali się dla dewiz i paszportu w wersji open. Nie bez złości opisał tych nowych baronów Polski Ludowej; miał tyle honoru, że w samą porę wyjechał już na zawsze z kraju, inaczej sam by w końcu taki był. Ojciec mojej żony, kiedyś ceniony dziennikarz, dziś niezrównany gawędziarz o tamtych czasach (w końcu przyjaźnił się z Hłaską!), obecnie na emeryturze, przyznał ostatnio, że znał Tyrmanda osobiście. Skwapliwie wyssałem więc trochę opowieści i jedno z tego wynika niezbicie: Tyrmand był to facet niepokorny, barwny, fascynujący, jeśli chciało się go poznać bliżej, nie tylko z naskórkowej perspektywy "dzień dobry panu". "Życie", choć napisane frazą starodawną, niekiedy zbyt papierową w stylu, ze sporą wonią myszki na co drugiej stronie, broni się w ramach rekompensaty wspaniale zgryźliwymi opisami osób i miejsc, a także niezwykłą faktografią, którą spokojnie można wykładać na uniwersytetach, jak to wtedy było i dlaczego tak, mimo wszystko, beznadziejnie.
Jako że maj, miesiąc, w którym polskie miasta i wsie nawiedzają małe, białe, a do tego słodkie zjawy - dziewczynki idące do komunii, warto przedstawić najświeższą recenzję Rzęs na opak z Biblionetki.
Mija tydzień, a ja nadal chory. Zinnat. Trilac. Działa przeciwartyleryjskie. Nic, wirusy trzymają się przyczółka jak Tamilskie Tygrysy. W tym czasie "Zły Tyrmand" M. Urbanka, biografia autora w słynnych pstrokato-antykomunistycznych skarpetkach utkana z wywiadów z ludźmi, którzy go znali. W efekcie wiem o Tyrmandzie jeszcze mniej, co człowiek, to opinia... Tylko z jednym wszyscy się zgadzali: kto się z Tyrmandem zetknął na towarzyskiej stopie, nigdy go nie miał zapomnieć. Później zbiór opowiadań rzeczonego "Gorzki smak czekolady Lucullus". Podobała mi się jedynie tytułowa historia, wspaniała "Niedziela w Stavanger" i świetna "Tubingen ma białe kominy". Reszta grzęzła w jakiejś takiej reportażowości, co mnie skutecznie odrzuciło. Potem jeszcze "Powrót do Brideshead" - po kilkunastu stronach zacząłem ziewać, więc zdecydowałem się na obejrzenie filmu... Dużo lepiej. I ostrzej.
W dniu, w którym nie wiedzieć czemu obchodzi się światowy dzień książki jak jakiś dzień świętego czy nieszczęsne Walentynki, ale niech im będzie, tym całym książkom, tomom i tomiszczom, w końcu na coś tam zasługują, pieszczoszki intelektualistów i miłośników fabuły – od razu się przyznam, że książek, jako bytów konkretnych, czyli z okładkami i papierem między nimi, nie traktuję za dobrze. Podstawowym zarzutem, za który mogą wytoczyć mi proces przed trybunałem do spraw ścigania zbrodni przeciwko narodowi książkowemu, jest mój absolutny brak przywiązania do danej pozycji (egotycznie i merkantylnie dodam, że oprócz moich własnych powieści, ale tych nie pożyczam). Po przeczytaniu nie stawiam biduli na zasłużony odpoczynek na półce, bo jeśli mi się spodoba, próbuję wszelkimi możliwymi sposobami wcisnąć ją kolejnemu czytelnikowi, pieję z zachwytu, jęczę z przejęcia, kwiczę z poruszenia, o, to będzie lektura, to będzie jazda, ekstaza, normalnie jakby mi za to płacili... Przez ostatnie lata skutek tego taki, że sporo książek po prostu nie wróciło do mnie, rozumiem więc ich uzasadniony żal, jak mogłem tak postąpić, tu sobie leżeliśmy rozkosznie na sofie, rozłożyła się przede mną na stole, innym razem spoczęła mi błogo na kolanach, kiedy nagle, po wykorzystaniu jej, bezlitośnie przekazywałem ją innemu, ba, innej, nie interesując się później zbytnio jej fizycznym losem, bo jeśli już, to raczej pytałem, czy przypadła do gustu, nie pytając, a czy mi jej przypadkiem nie uszkodzono, rogów brutalnie nie zagięto, jak to chłopcy zwykli krzywdzić schwytane motylki. Drugi poważny zarzut: absolutna pogarda dla książek, które mi się nie spodobały. Obrażony na autora – mszczę się ohydnie na Bogu ducha winnej papierowej otoczce. Podejrzewam, że inni, których odrzuciła moja powieść, postępują podobnie; taki krytyk Nyczek, jak wyznał w recenzji w „Przekroju”, to podobno rzucił „Gangreną”, tak miał jej dosyć... Niekochana książka poniewiera się gdzieś między moimi pupilami, przeważnie nieco naderwana, klasycznym przykładem jest tutaj „Słońce Scourtów”, jedna z najgorszych, najbardziej kiczowatych powieści, jaką przeczytałem z najwyższym trudem, z buddyjską cierpliwością, by nie zrobić tego, co krytyk z moją książką. Oskarżenia mniejszego kalibru dotyczą estetyki czytania. Należę do tych obrzydliwych niechlujów, co jak konsumują w samotności, nie omieszkają znaleźć sobie milczącego partnera – a więc pismo lub książkę. Ile to wspaniałych powieści splamiłem wstrętnie, lecz przecież niechcący, jakimś sosem, który dziwnym trafem zamiast w ustach wylądował na papierze. Tutaj mój adwokat, chcąc nieco udobruchać trybunał i wskazać, że również inni nie są bez winy, wskazałby moją żonę. Jak to, zbrodniara książkowa, bawiąc w Tunezji skrzywdziła francuskie wydanie „Aniołów i demonów”. Lipiec, piekło na ziemi, taki upał, ogród przy plaży, parasole, leżaki, przy leżakach stoliki, na jednym z nich spoczął egzemplarz kryminału Dana Browne'a, nie wiedząc, jaki czeka go okrutny los. Poszliśmy akurat na aperitif przed obiadem, który nieco się przedłużył, bo jak raz zaszumi, to chce szumieć coraz bardziej i nie tak łatwo wstać ze sofy ulokowanej w klimatyzowanej sali i wrócić na czterdziestostopniowy upał. Nagle pomieszczenie wypełniła chmara ludzi, normalnie jakby miał tu się odbyć pokaz fakira czy taniec brzucha. Patrzymy i oczom nie wierzymy, a oczy nie wierzą temu, co widzą: na zewnątrz deszcz, i to taki zmasowany, normalnie dziki deszcz, który robił swoje przez kilkanaście minut, a potem znów pojawiło się słońce, a wskaźniki w termometrach podskoczyły do góry. No nic. Wracamy po nawałnicy do leżaków. Jeden z basenowych chłopaków – nie wiedzieć czemu, być może przestraszył się wiatru – złożył parasole. Postąpił jak ostatni idiota, bo deszcz nie tylko zmoczył nasze ręczniki i inne rzeczy, ale też pozostawioną na stoliku książkę. Okładka przypinała grysikową pacię. Rozpoczęliśmy szybką reanimację, wystawiając skrzywdzony tomik na promienie. Osuszył się, kartki się odkleiły, lecz wyglądał tragicznie, zmierzwiony i porozrywany gdzieniegdzie. Szczęśliwie, czytelniczka nie zniechęciła się, jako że fabuła była niezwykle wciągająca, więc przełamując obrzydzenie do paskudy, nie książki, spełniła swój obowiązek do ostatniej strony. Wysoki trybunale, wybacz przewinienia, zapomnij o zaniechaniach. W ramach zadośćuczynienia zamówiliśmy dla naszych obecnych i przyszłych książek gigantyczną meblościankę, gdzie powinny wkrótce zamieszkać i cieszyć się ewidentnym luksusem!
W porównaniu z Drogą ta powieść McCarthy'ego z lat 70. ubiegłego wieku jest znacznie gorsza, a może inaczej: pozostaje w tyle. Mnie nie do końca przekonał "ogólnikowy" język narracji, nie współczuję bohaterowi, jest bardziej wariatem niż świadomym przekraczania granic moralności psychopatą. Być może wiąże się to z autorskim założeniem, że Dziecię oparte jest na faktach. Surowa, amerykańska prowincja, jeszcze surowsi ludzie (świetne tłumaczenie!), to wszystko nie sprzyja deliberacjom w stylu nietzscheańskim, rządzą odruchowe, zwierzęce zachcianki i grubo ciosane emocje, okrutny świat naprawdę prostych ludzi, nie do końca świadomych skali zła, jaką wyrządzają. Warto przeczytać, nie warto się przejmować. Bo prawdziwą wielkość świata kreowanego przez posępną wyobraźnię McCarthy'ego bez trudu odnajdzie się w jego innych powieściach.
Ja piszę ten dziennik dla XXI-ego stulecia, ktoś, kto będzie go wtedy czytał, pozbiera okruchy dowodów i dostrzeże całkowanie, zebraną z klocków rekonstrukcję. Tak, Tyrmand się nie mylił. Dziennik 1954 to przewspaniałe – jeśli można użyć tak nieadekwatnego w tym kontekście słowa – oskarżenie komunizmu. Całej nie tylko mentalnej ohydy, jaką rozsiewał po wojnie rękami Sowietów i ich zauszników, ale również brzydoty codziennej, którą wtłaczał we wszystkie dziedziny życia, wszystkie zakamarki, szczeliny i dziurki. Tyrmand nie ma złudzeń: czy to faszyzm, czy komunizm, czy państwo oparte na jednej religii – każdy system degeneruje się, jeśli nie na początku, to po jakimś czasie. Ludzie są ułomni, to dlaczego ma być inaczej z ideami, które próbują wcielić w praktykę. Zdumiewająca jest imponująca przenikliwość Tyrmanda w opisie wynaturzeń, których był świadkami. Razem z nim spotykamy młodego Kałużyńskiego, Kisiela w wieku średnim, Mieczysława Jastruna, Iwaszkiewicza, K.T. Toeplitza i wielu, wielu innych – Tyrmand bez ogródek pokazuje ich zaangażowanie w krzewienie nowej, komunistycznej wiary, łapczywość na synekury i łase zgarnianie przywilejów. Z drugiej strony, po krytyce Kisiela, sam widzi, że jego krytykanctwo też nie ma przyszłości, że oparte jest na przesłankach, które choć moralne, to nie pozostawiają złudzeń – jeśli nie będą im towarzyszyły zdecydowane działania. Nie dziwi więc, czemu mimo wielkiej sławy po wydaniu „Złego” Tyrmand w końcu wyjechał z Polski Ludowej: to nie był już jego kraj, miejsce, któremu mógłby służyć swoim niezwykłym umysłem i nieprzeciętnym talentem publicystyczno-prozatorskim. Dziennik jest przerażającą wyprawą w kraj naszych dziadków i rodziców. Gęsia skórka pokrywa ciało na myśl, że gdyby nie jako takie przemiany w Rosji i nasza Solidarność oraz cały ruch intelektualistów sprzyjających związkowi, system mógłby jeszcze długo sobie pognić, bo czemu nie?
Dziś ostatni dzień miesiąca w tym trudnym roku. Kto jeszcze nie wierzy, że widmo recesji grasuje na tej ziemi, ten niech słucha kolejnych świadectw. Oto dziś dwie moje znajome, jedna zdolna pani grafik, druga od słów pisanych i konceptów kreatywnych, pracujące w branży marketingowej, zostały brutalnie zwolnione. Bo przetarg niewygrany. Bo cięcia kosztów. Bo chuju-muju. Jak słyszę dokoła, recesja wykorzystywana jest również do pozbywania się pewnych ludzi: bo źle im z oczu patrzy, bo za stara, bo krnąbrny, bo nie "nasz" etc. Każdy pretekst dobry, by upierdolić bliźniego. Przez najbliższe miesiące w wielu, wielu firmach zawsze pod koniec miesiąca krew się będzie lała na korytarzach, w gabinetach i windach. Wiele redukcji będzie koniecznością, ale też wiele będzie ewidentnym nadużyciem, żeby pozbyć się ludzi, który akurat nie pasują aktualnym decydentom.
w porównaniu z takim na przykład iphonem, nazywa się na wpół plagiatorsko MyPhone 1150, przy cudzie Apple'a, arystokraty, właściciela hektarów aplikacji, wydaje się chłopem pańszczyźnianym na malutkim poletku paru bajerów jak budzik czy radio. A mimo to kupiłem go za oszałamiającą sumę 99 PLN, na pewno nieco na przekór, co wyznaję bez bicia, rozdrażniony rozrastajacą się siecią iphonowców. Nic przeciw nim nie mam, jak oni należę do zwolenników awangardy technologicznej, w końcu wszystko dla ludzi, podobnie jak alkohol, dopalacze czy nasadki na penisy, czy co tam jeszcze spece od patentów wymyślą i wmówią, że warto tego używać, bo fajnie, bo lepiej. Bardziej śmieszy kabaretowość całej sytuacji, te dziecięce, jakże wzruszające zachwyty nad ajfonowymi smaczkami. Owe chwile nieposkromionego szczęścia, do którego każdy ma prawo; podobno odkrywanie "benefitów" iphone'a ma coś z poznawania tajników Kamasutry, człowiek, a właściwie iphone-posiadacz kręci głową ze zdumienia, "To tak też można?, pyta i tysięczny raz w tym dniu przesuwa palcem po reagującym błyskawicznie na dotyk wyświetlaczu cud-komórki, czułej jak punkty erogenne. Podejrzewam, że nie nacieszę się długo MyPhone 1150, znudzi mi się jak wakacyjny przebój, ale przynajmniej wreszcie poczuję się prawdziwym oldskulowcem, co jak dotąd nigdy mi się nie zdarzyło.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego „Martyrs” postrzegany jest przez co niektórych jako nie wiadomo jak odrażający film. Nie zwykłem na tym blogu pisać recenzji filmowych, lecz w tym przypadku chodzi o granice wolności artystycznej – więc robię to bez ogródek. Otóż ten francuski (sic!) horror to prawdziwa perełka gatunku; zakrwawiona perełka, ale perełka. Robespierre byłby z niej dumny. Gdzieś po trzech czwartych „Martyrs” robi się nieco nudny, jeśli można tak nazwać paradoksalnie monotonny przebieg maltretowania pewnej nieszczęsnej, młodej kobiety. Za to pierwsza godzina jest fantastyczna, pełna krwi, emocji i autentycznego wstrząsu. Ci, co zdają się niewiniątkami, okazują się bestiami z piekła, a konkretnie z piwnicy rodem. Czuję, że czytelnicy potrzebują adekwatnej literatury: nie trywialnych zagrań a la siekiera, motyka, rozpłatana potylica, ale… czegoś jeszcze bardziej mocniejszego, rozdrażniającego i równocześnie pochłaniającego. Jeśli kiedyś podołam, by wstrząsnąć nawet samym sobą, zaliczę to do sukcesu; emocje to najlepszy, ożywiający akcent dla wydrukowanych, zdawałoby się suchych ciągów liter na papierze.
Ta książka jest dowodem, że nawet tak wybitny pisarz jak Amis w końcu poległ, zapuszczając się śladami Napoleona czy zagonów niemieckich w niezmierzone przestrzenie Rosji; nie powinien bawić się w mentorskiego eksploratora rosyjskiej duszy – bo mu to wyraźnie nie wychodzi. Odniosłem wrażenie, że naczytał się solidnie bibliografii i dawaj, dawaj. O ile portrety bohaterów powieści są wielowymiarowe, a styl specyficznie „intelektualny”, co jest jej zaletą i choćby z tych powodów warto po nią sięgnąć, to mądre zdania o Rosji, rosyjskości po prostu mnie drażniły, a słowiańska dusza złośliwie szemrała: Anglik, choćby nie wiem ile razy przejechał Rosję wzdłuż i wszerz, nie będzie w stanie przemienić się nawet w drugorzędnego epigona Dostojewskiego czy Turgieniewa. Być może gdyby Amis miał historyczną szansę i rzeczywiście zaliczył osobiście Gułag, mógłby stanąć w szranki z Sołżenicynem. Własną krwią pobłogosławiłby fabułę "Domu". A tak uderza w niuanse Syberiady z finezją meteorytu tunguskiego. Konstatacje pachną papierem, polanym papierową wódką.
Warta zarchiwizowania jedna z recenzji mojego debiutu:
Nie jest to opera z jakąś "powalającą" arią jak Carmen; intensywnie mroczna, zarówno w fabule, jak i scenografii. Publiczność z dalszych rzędów winna zaopatrzyć się nie w lornetki, lecz noktowizory. Światła skąpiły twarzy protagonistów, którzy w głębi sceny poddawali się szaleńczym emocjom. Łucja nigdy nie będzie przebojem, brak jej ewidentnie choć jednej powodującej gęsią skórkę frazy. Za to jest genialnym środkiem na depresję, zwątpienie w sens życia, miłości, bliźniego... Nic dziwnego, że braki muzyczne rekompensuje scenografia. Nie rozumiem, dlaczego po premierze niektórzy krytycy czepiali się właśnie scenografii - gdyby i jej zabrakło w oryginalnej oprawie, to już nie wiem, trzeba by wyjść po drugim akcie. Trójwymiarowe triki, widok z lotu ptaka i parę innych smaczków jak przesuwające się naburmuszone chmury to wręcz organiczne elementy Łucji, idealnie wpisujące się w przygnębiającą fabułę. I wreszcie diwa wprost stworzona do odegrania partii nieszczęsnej Lucii - Joanna Woś. Zgrabna, o przenikliwiej barwie głosu, empatycznie oddająca pożerające Łucję obłąkanie. Wręcz ekstatyczny był moment, kiedy Woś leżała na plecach i wydobywała z siebie przepiękny, poruszający tekst o tęsknocie za ukochanym.
Krótka, lecz treściwa recenzja ze strony empik.com autorstwa osoby o nicku dhuala:
W tej książce bardziej niż czyny zbrodniarzy razi nieporadny język, którym została napisana; dochodzi do tego niechlujne tłumaczenie, pomyłki w datach, nie mówiąc już o prostackiej okładce, sugerującej jakiegoś sensacyjniaka (podobnie jest z moją wydaną w listopadzie ubiegłego roku powieścią Znieczulenie miejscowe, której okładka też niestety do udanych nie należy - nie w wykonaniu, tylko wręcz wstrząsającej nieadekwatności graficznej do treści i przesłania).
Ta powieść powinna w polskiej wersji zachować angielski oryginał tytułu. Droga do szczęścia sugeruje wyciskające romansidło z pretensjami egzystencjalnymi. Dzieło Yatesa to w czystej postaci grecka tragedia, z wyraziście skonstruowanymi bohaterami. Tu wszyscy przegrywają, to się czuje od pierwszych stron. Interesujące jest: w jaki sposób rozwala się ten sen o lepszym życiu. Fabuła naprawdę wciąga, nie dziwi więc, że kino w końcu się o nią upomniało. I pewnie z pożytkiem, bo książka jest niekiedy przegadana. Kipie z niej jednak mnóstwo gorzkiej, lecz oczyszczającej energii.