niedziela, 9 grudnia 2007

Metafory 2

Ci Szwedzi to mają dobrze. Z okazji ich przyjazdu dusza hojna zorganizowała w siedzibie fundacji na Mokotowie imprezę towarzyszącą, z towarzystwem prawie absolutnie literacko-translatorskim. Myśmy też tam byli, jedli, pili i palili.

W przeciwieństwie do pary genetycznie oziębłych szwedzkich poetów, słowiańskie przedstawicielstwo ludzi pióra i nauk pokrewnych bawiło się znakomicie. My nie toczymy dyskusji – jak oni – czy używać metafor, czy nie, my wychodzimy z założenia, że to twój zafajdany interes, twórco, a nie instytucjonalnie zatwierdzony trend. Zresztą o ile Skandynawowie przodują w prawach człowieka, świadczeniach socjalnych i ilości sklepów IKEA, tyle w literaturze są prawie za przysłowiowymi Murzynami. Próbują ocucić stare literackie zombies, które nie tylko zabito już kilkadziesiąt lat temu ze dwa, trzy razy, lecz jeszcze skromnie udają, że oni tak, no wiecie, wcale nie z braku laku, tylko misji szczytnej. O biedni poddani króla Gustawa i jego dworu, lepiej bądźcie sobą, pisząc kryminały i książki dla dzieci. Jesteście w tym nie do przebicia – prawie jak opony nowej wersji Volvo.

Lecz życie toczy się dalej, gra muzyka, jedni zbici w kuchni, gdzie napitków i potraw absolutny dostatek, drudzy rozproszeni w salonie, drugim salonie, na balkonie rozprawiają, przypalają, rozwodzą się o istocie i nieistocie. Jesteśmy niepalący, lecz grzeszni, więc sięgnęliśmy po mentolowe Vogue. Na początku, po piątkowym niewyspaniu, byłem nieco niemrawy. Szybko zwyciężyła wrodzona witalność, dolce vita i ciekawość ludzi. Zmieniłem się w rozmowną maszynę i krążyłem od jednego autora do drugiego, z tym, tamtym i z sobą samym przed lustrem w łazience. Tymczasem kulturalna impreza nabrała rumieńców, gdy odpalono wieżę, a na ulicę Asfaltową wjechał tir z świeżą dostawą głośnych beatów.

Spójrzcie na B. i Ju., jak zapatrzeni w siebie – naprawdę aż chwyciło mnie to za serce, żem wzruszony ich porywem k’ sobie – tańczą, B. obraca Ju. w lewo, w prawo, Ju. prze do przodu, prze w B., i wyglądają wspaniale, można rzecz, kiedy widzisz ich pierwszy raz: Sobie przeznaczeni. Nieważne, co wiąże ich z dotychczasowym żywotem, ważne, co w przyszłości może związać ich ze sobą. Na dodatek, by mogło spełnić się moje założenie poeta:tłumaczka, akurat B. i Ju. wypełniają je modelowo. Dlatego dzieje się lepiej niż w niejednym Harlequinie. Źrenice im wręcz pęcznieją z zachwytu i pożądania, gdy parzą na siebie. Ich ciała w tańcu przylegają do siebie, lekko zawstydzone zakazaną śmiałością. Aż chciałoby się być świadkiem na ich ślubie, ech!

- Za dużo gadacie, za mało robicie – poradziłbym im po ojcowsku, fundując pokój w hotelu z porządnym – po ciężkiej nocnej pracy – śniadaniem.

W porządku, rozmarzyłem się może za szeroko, ale co tam. Idźmy dalej. Oto K., w pomarańczowym swetrze, z fajką. Nawet dwiema. Nie boi się winnych procentów, jest śmiały aż do granic bezczelności, ale to dobrze, to go stanowi, inaczej nie napisałby żadnego słowa, ni sylaby. Mandarynkowy chłopak też daje się ponieść muzyce. Bo ile można gadać? Można, Szwedzi tego przykładem… Mimo naszej życzliwości, są zaszokowani wylewnością, kurczą się, wycofują, keine Kontaktfähigkeit. Tego nie oddadzą żadne metafory. Pasują im instynktownie jedynie rozmówcy peryferyjni, tacy, co nie drążą, nie indagują zbytnio. Z niepokojem myślę o treści ich tomików i książek. Nie wierzę, żeby były porywające. Balzak, Baudelaire, Maupassant, Wilde, Proust, Hemingway, Miller i naście innych lokomotyw literatury – każda z nich pędziła wściekle przed siebie, nie bojąc się, co niosą tory – ani wykolejenia, ani czołowego zderzenia. Oto moi mistrzowie, i będę ich wiernym kontynuatorem. Nie, nie będę. Już jestem.

P. i B., nasze ulubione laski, svanska girls, wtajemniczone po latach studiów w szwedzki słownik i fonetykę. Zachwycająco dziś wyglądają. Nie, one by nie mogły mieszkać na stałe w Skandynawii. Stopniałyby tam doszczętnie. Pewnego dnia poślubiłyby podstarzałych, dobrze sytuowanych Skandynawów, którzy narobili im gromadkę protestanckich dzieci z Bullerbyn, zapewniając w zamian domek pod Sztokholmem i przystrzyżoną trawkę. Czasem lepiej poczekać, a znajdzie się fajny Słowianin. Cierpliwości, moje kochane.

P. i B. również tworzą elitę tańca. Bez tego całe to spotkanie, choć szczytne w założeniu, skończyłoby się nudnawo w wykończeniu. A tak, rzeźbione naszymi temperamentami, szczególnie mojej ultraatrakcyjnej żony (trochę pychy nie zaszkodzi, tylko niewolnicy kulą się w każdym akapicie) może być zaliczone do jednych z najbardziej udanych. W tym powoli mijającym roku. Powoli jak pijany ślimak. Bardzo pijany. I to nie jest porywająca metafora… Na szczęście nie jestem poetą, więc mam to gdzieś.

4 komentarze:

Justyna pisze...

Może to i dobrze, że kolega prozaik nie zna się na poezji! Poeci szwedzcy konwersowali głównie w języku francuskim, więc nie dziwota, że barbarzyńca Kornaga nie przyłączył się do rozmów o metaforach. Proszę nie rozsądzać o moim życiu osobistym w sieci, mimo że spekulacja ta ma powiązania literacko-translatorskie (uśmiałam się do łez). Na szczęści wciąż jest tak, że najwięcej najważniejszych spraw rozgrywa się w świecie rzeczywistym, dla internautów niezrozumiałym. Ahoj!

Kornaga pisze...

Dokładanie tak.
Co do metafor, próbowałem po angielsku. Joanna po francusku. Zdania nie zmienię. Zresztą nie o ich poezje chodzi. Bo też jakoś nie przekonali tą poezją.

Justyna pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=kreSeOAp_IQ

Mila pisze...

Daw, myslisz, ze trawa przycięta przy linijce pasuje do parkietowych wariatek?
Zaś w kwestii metafor i czerwieni, o których dyskutowaliśmy - pokażę Ci pewną "metaforę" z czerwienią w temacie. C u.-)