poniedziałek, 17 grudnia 2007

Antykaloryczny

Dziadek od strony ojca był chudy. Cóż, w latach młodości napieprzał nazistów z AK-owskiej pepeszy, następnie trafił do obozu pracy, potem do kopalni, a po zakończeniu wojny w obronie ziemi lubaczowskiej uganiał się za ukraińskimi banderowcami. Był pracowity, gnuśność zdawała mu się niejasna jak tajemnice Trójcy Św., więc uniknął tycia, co w sumie na dobre mu wyszło, bo nawet zupełnie stary podróżował jeszcze do Francji. Jego syn, a mój wujek spasł się na państwowym, brzuchem mógłby mury burzyć, ewentualnie dorabiać na ringu walk sumo. Jego drugi syn, a mój ojciec nie zdążył przytyć, bo zginął tragicznie. Nie wiadomo więc do końca, czy pisane mi popuszczanie pasa w dosłownym sensie, czy też wiotka sylwetka po dziadku. Na wszelki wypadek wolę uważać, bo praktycznie nie ma mężczyzny w okolicach i po trzydziestce, który mógłby beztrosko pić i jeść, szczególnie pić, i nie hodować sobie przy okazji zawstydzającego kołduna. Chyba że mieszka w nim dziesięciometrowy tasiemiec, który sprawnie go wychudza kosztem utraty apetytu, bólu brzucha i jakiejś takiej nieruchliwości; niektórzy poeci tak mają, myśląc, że to spleen, a to zwyczajny pasożyt grasuje w ich jelicie.

Dodatkowo mobilizują mnie przyjaciele i znajomi, u których z niepokojem zauważam coraz dorodniejsze brzuszki. Tatusieją z miesiąca na miesiąc. Kaska na koncie, to i żarcie obfitsze. Winem polewane. Nic w tym złego oprócz braku ruchu. Chrześcijanie mają rację z tym piątym grzechem głównym. Opowiadam się za absolutnym hedonizmem gastronomicznym pod jednym warunkiem – okupionym fizycznym wysiłkiem. Na tyle skutecznym, by zrzucić to, co się zawiniło. Bo choćbyś dziesięć stosunków dziennie odbył(a), spalisz co najwyżej pół butelki chilijskiego i pół miseczki ryżu. Nie miejsce tu na wykłady dietetyczne, nie znam się na tym. Znam się za to na surowym wycisku, to jedyna szansa, by uniknąć przybrania na wadze. Kto krnąbrny, temu flagelacja.

- Witamy pana. Jesteśmy świeżą dostawą wałków na pana rozkosznym ciałku. Proszę dać nam szansę na rozgoszczenie się, będzie przytulnie. I pulchno.

Najgorzej tyją kobiety, które nam się kiedyś podobały. Na początku mile nam robią w oczach i nie tylko ich pęczniejące piersi, które wylewają się zachęcająco z miseczek stanika („Mniam, mniam, co za deser, zaraz go wyliżę”), lecz po jakimś czasie dziwimy się potędze i splendorowi pośladków, gdy kładziemy na nich swoje dłonie. Jeździmy po nich i jeździmy, końca nie mają! O biodrach wielkości sadzawki nie wspomnę. O kaczym chodzie – również. Musiałbym tu zaserwować przerażające opisy, przygniatające detale i zasmucające konstatacje, a ten blog kładzie akcent raczej na ambitną literaturę, nie na tendencyjny horror. Dodam, że szczęśliwie nie miałem doświadczeń z tzw. puszystymi, ale potrafię je sobie wyobrazić. Chyba…

Błogosławione więc anorektyczki? Nie. Anoreksja nie jest zwyczajną chorobą. To wyrzut sumienia i żołądka sytego Zachodu. Gdzie w Afryce czy na Dalekim Wschodzie znajdziesz anorektyczkę? Prędzej trzygłowego Osamę ben Ladena.

Problemem ludzi piszących jest siedzenie. To wróg pisarzy, krytyków literackich, trolli internetowych, fanatyków gadu-gadu. Ja sam, kiedy wstaję po dłuższej sesji, nie potrafię się do końca wyprostować. Niekiedy chodzę przygarbiony jak te czubki, co wpatrzone w chodnik wygłaszają sobie znane monologi. To jednak żaden problem. Najgorsze jest mimowolne tycie. Nie przez obżarstwo czy moją ulubioną whisky. Przez siedzenie. Nawet teraz siedzę, piszę ten tekst i tyję. Ciekawe, czy z czasem dołączę do karmicieli kołduna?

Szczęśliwie mam fitnessową żonę, która w przypadku widocznego spadku formy na pewno mnie zruga, ośmieszy, ba, ostatecznie opierdoli, byle bym nie zdziadział, nie statusiał. Wczoraj kupiliśmy rower treningowy. Na zdjęciu ja – już po pierwszych potach. Przy siedzącym trybie życia, w zimie to naprawdę udana inwestycja w regularne odchudzanie.

2 komentarze:

robert pisze...

i to się chwali:) a ja zaraz po pracy na siłkę pędzę

Kornaga pisze...

Więc będziesz z tych, co dają w mordę niż dostają. Gut.