Ponieważ czytuję polskich fantastów i czuję się po troszce wampirologiem-amatorem-musiałam trafić na "Znieczulenie miejscowe"... niedziela, 17 kwietnia 2011
Krótko, ale dobitnie o wampirach
Ponieważ czytuję polskich fantastów i czuję się po troszce wampirologiem-amatorem-musiałam trafić na "Znieczulenie miejscowe"... środa, 13 kwietnia 2011
piątek, 1 kwietnia 2011
wtorek, 22 marca 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
piątek, 4 marca 2011
Felieton w Kwartalniku
Nowy magazyn literacki, a w nim mój felieton Ni(e)kotyna. Numer do ściągnięcia w formacie PDF.
poniedziałek, 28 lutego 2011
Fragment Cięć w magazynie Radar
Godzina dziewiąta z minutami, Gutkowski wciska się z rzeszą mu podobnych do wymęczonego wieloletnim użytkowaniem szynowca, zaduch jak w wędzarni, człowiecze mięso jedzie, człowiecze mięso opakowane w puchówki, płaszcze, kurtki z termoobiegiem, nieznośne zimno na tej szerokości geograficznej, tu zima trwa praktycznie przez rok, daje chwilę wytchnienia i dociska mrozem do sierpnia, jacyś zagraniczni idioci próbowali kilka wieków temu dokonać rozbioru tych bezużytecznych ziem, po co im to było? Doigrali się, same kłopoty, powstania, zrywy, kosy, zamachy, mistyczna poezja i botaniczny język, w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie i inne dziczysyczy, dźwięczyjęczyślęczy, krew, rozwałka, rozpierducha, bo tutejszy potrafi i zawsze trafi w potylicę przeciwnika z obcej ziemi. Więcej
piątek, 4 lutego 2011
Jesteś szalona
Kilka miesięcy temu dokonaliśmy głębokiej, pełnej empatii analizy legendarnego kawałka Ciało do ciała grupy Topless. Dziś czas na top of the top, króla królów, Jezusa Jezusów, boga bogów, słowem, polo imperatora, absolutnego klasyka gatunku, bez którego nie ma wesela - czy to w remizie, czy w zajeździe, czy ekskluzywnym hotelu, no po prostu nie ma! Bawią się przy nim potomkowie potentatów rolniczych, badylarskich, supermarketowych, skaczą przy nim córy i synowie krótkowzrocznych (ale nie ideologicznie) profesorów filozofii, studenci MISH, pozujący na inteligencików copywriterzy, nadużywający alkoholu i seksu pisarze (więc i niżej podpisany), offowi kontestatorzy, hotelowi animatorzy, kaowcy za 1000 PLN netto na miesiąc, hodowcy - kotów, myszek, węży, marihuany, pokątni producenci dopalaczy, pełni powagi prokuratorzy (jak się porządnie ten tego w imię Rzeczpospolitej), no wszyscy, łącznie z ponad miliardem Chińczyków, którzy na pewno słyszeli tę polską piosenkę po swojemu, a jeśli nie po swojemu, to po niemiecku, co zapewne zabrzmiało dla nich groźnie, lecz oni lubią takie nonszalancko mocne zagrywki. Panie i panowie, oto nadchodzi legenda, mit, werbalna rozkosz dla domytych i niedomytych uszu, Jesteś szalona grupy Boys.
Chłopaki z kultowego bandu zaczynają bezpośrednio niczym onegdaj zadziorni punkowcy z Sex Pistols, czy, uwzględniając nasze poletko, KSU; nie bawią się w niedomówienia, kiedy przedstawiają ten moment, kiedy pani nie chce już pana, najchętniej kopnęłaby go w zadek i pokazała soczystego faka. To jest przekaz, którego mogą pozazdrościć również najbardziej hardkorowi raperzy, to jest katiusza werbalna, trafiająca w sam czuły punkt i job twoju mać:
"Miłość odchodzi" - słyszę znów z Twoich ust.
Tak, miłość odchodzi, obwieszcza kasandrycznie wokalista Boysów. Miłość trwała, trwała i bach, się zje… – dodałby krnąbrny raper, by udowodnić, że większy z niego chojrak od discopolowego bandu. Ale Boysi, niczym amerykańscy autorzy powieści sensacyjnych, stawiają na klarowny przekaz, coś w rodzaju relacji w TVN24, miłość przemija, jak w tym kawałku Davida Guetty, przemija i to jest fakt niepodważalny jak ujebany stół czy cokolwiek nieprzyjemnego w zasięgu naszego wzroku.
Dodatkowo słyszymy, że narratorem tej opowieści jest mężczyzna, nawet bystry, bo nie tyle stwierdza, co zauważa, że miłość odchodzi, ale widzi to w ruchu ust jego wybranki. Więc zapewne te usta są obiektem jego pożądania. I teraz te usta, które mówiły mu miłe słowa, zioną okropną konstatacją, która natychmiast zabiłaby Tristiana. I Izoldę.
Zawsze prawda miała jakiś sens.
Dokładnie, prawda jak to prawda, zazwyczaj ma w sobie sens. Lecz w tej piosence podkreślamy to podwójnie, ponieważ świecie relatywnych interpretacji oraz odczuć człowiek zatracił wiarę w swój solipsyzm… Jest prawda i jest prawda, która ma sens. Jakiś. Więc sprecyzowany. W tym przypadku, śmiem domniemywać, związany z zaufaniem. Kiedyś mówiła, że mnie kocha – wierzyłem jej. Dziś mówi, że mnie nie kocha – też jej wierzę. Ona nie kłamie. Wali prosto z mostu. Z mostu owych ust.
Ale idźmy dalej, czas na wspomnienie, jak to było kiedyś dobrze, jak to raj na ziemi, jak to ty & ja, jak w tych popowych piosenkach, zdobywaliśmy świat, Szeherezada i te sprawy, miejsca intymne i zakazane, które przestają być takowymi, kiedy ty i ja, kiedy, jak śpiewał konkurent Boysów, Topless, ciało do ciała – lgnie jak w śnie, że o rany, Jezu, aaa, dochodzę, kochanieeee!
Te dni jak bajka, piękne jak tysiąc róż.
Ty się śmiałaś zawsze no i cześć.
Podmiot liryczny, w ramach bólu i rozgoryczenia zaistniałą sytuacją, kiedy sympatia zamienia się w antypatię, zamiast powiedzieć: „Jebana kurwo, przez ciebie straciłem tyle czasu, kurwa!, znosiłem, kurwa!, twoje kaprysy, twój plebejski rechot, no pieprzony anioł ze mnie! A tak mi się teraz odwdzięczasz, pizdo, szmato, wywłoko ostatnia!”, ów podmiot wychodzi ponad swoje doraźne rozgoryczenie i przywołuje arkadyjskie wspomnienie przeszłej, jakże intensywnej realizacji uczuć. Nie ma dla niego zwyczajnych dni, one są bajką, snem, imaginacyjnym doznaniem równym urodzie kwiatów. Miłość Andersenowska, miłość platońska, miłość Arystypowa, wszystko w jednym, o czym nawet autor tego tekstu nie zdaje sobie sprawy – tylko jego, wokalisty, discopolowy geniusz gdzieś tam na zakończeniach neuronów to wyczuwa i w słowa przeistacza.
Zapewne, zwłaszcza podczas słuchania, boli fraza „no i cześć”. To, nie czarujmy się, brutalne, iście sloganowe wykorzystanie równoważników zdań. Dobitność podsumowania może tknąć nieco wrażliwsze persony i doprowadzić je do delikatnej formy depresji. Bo jakże to tak? Dobrze się bawiliśmy, ja się dla ciebie poświęcałem, pizzę (załóżmy) fundowałem, wino (załóżmy) kupowałem, całusy i inne takie serwowałem (to na pewno), a ty teraz tak mi odpłacasz? Zwyczajne „no i cześć!” Co ja jestem, akwizytor? Operator telefonii komórkowej, którego wymieniasz po dwóch latach na rzekomo tańszy, z większym pakietem darmowych minut? Co to znaczy, no i cześć, mogłabyś choć rzec: do wiedzenia. Wyjdzie nieco grzeczniej, z nadzieją, że może kiedyś, jak się rozczarujesz nowym obiektem swoich płciowych fascynacji, zejdziemy się na nowo. Nie dajesz mi nadziei. Zabijasz tym czesiowaniem; niby kumpelsko, a jednak brutalnie. Kobiety to małpy, przeskakują z drzewa, jak im się znudzi, na kolejne drzewo. Nie jestem, cholera, drzewem, mam dwie ręce, aaa, to już było, no dobrze, mam trochę kasy na koncie, więc cicho bądź i korzystaj, kiedy płace. A ty nie? Tak, taka wygodnicka? Taka fiu-bździu! Tyyyy! Masz więc za swoje:
Jesteś szalona, mówię Ci.
Zawsze nią byłaś, skończ już wreszcie śnić.
Nie jesteś aniołem, mówię Ci.
Jesteś szalona.
Jesteś szalona, mówię Ci.
Zawsze nią byłaś, skończ już wreszcie śnić.
Nie jesteś aniołem, mówię Ci.
Jesteś szalona.
W dobitnie zapadającym w pamięci refrenie autor tekstu wpisuje się w odpychająco mizoginiczny dyskurs, jak to odtrąceni mężczyźni są biedni, a odtrącające ich kobiety – wredne i okrutne. I rzuca iście Macierowiczowskie oskarżenia, sugerując dziewczynie raczej pobyt w Tworkach, niż normalne funkcjonowanie na rynku usług seksualno-uczuciowych.
Jesteś szalona!
Jesteś szalona!
Nie ukrywając swojej wyższości, zarzuca byłej wybrance, że skoro to ona go porzuca, to normalnie na świecie nie jest w pełni władz umysłowcy. Jakby chciał powiedzieć: „Babo, bez faceta jesteś niczym! Jesteś szalona! Crazy! Jebnięta do cna!”
Można spekulować. Ale prawda powyższego zostaje odkryta w następnym decydującym wersie, kiedy wokalista zarzuca naszej Szalonej, że zawsze nią była – żyła w świecie onirycznych urojeń, na dodatek, w trzecim wersie, jedzie po bandzie, sugerując, że była i jest rozwiązła – nie jesteś aniołem – a przyczyna tego rozejścia to jej nieposkromione libido, puszczalstwo, myszki w cipce oraz inne, obrzydłe nawiązania, które tu pominiemy, by uniknąć pornograficznych skojarzeń.
Jakby tego było mało, narrator podkreśla, że „on to mówi”; nie, że gdzieś tam usłyszał, co ludzie mówią. On jest pewny swojej opinii o lekkim prowadzeniu się bohaterki tej nostalgicznej (choć z przytupem) piosenki. Jedno jej w głowie, a właściwie to znacznie, znacznie niżej to jej jedno... Nie ma na nią rady, takie postępowanie zasługuje na potępienie, bo po prostu jesteś szalona, nic cię nie uleczy, ani moja miłość, ani poświęcenie; zachowujesz się jak jakaś czarownica, przydałby się Torquemada ze stosem na boku, może on by ci wykarczował to szaleństwo, z dymem puścił, znormalniałabyś, za mąż wyszła, dziecko urodziła umiłowanemu przez ciebie mężczyźnie, macierzyństwu się poświęciła, a nie zapędom rozwiązłej i sprośnej waginy, która prowadzi li tylko na manowce nimfomanii.
Na pożegnanie dajesz mi uśmiech swój.
Gdy odchodzisz, wszystko burzy się.
Wokalista obiektywnie zauważa, że wybranka jego złamanego (przez nią samą) serca odchodzi, szczęśliwie, coś ją tyka i robi to z godnością, obdarzając go uniwersalnym gestem afirmacji.
To daje nadzieję. Kto wie, pewnego dnia, kiedy zepnie się to i tamto, znów się spotkają, połączą, posmakują.
Jednak kolejny wers nie pozostawia złudzeń – odejście jest odejściem, porażka, trzęsienie ziemi i majtek, degrengolada, upadek, tsunami. Nie ma promyczka słońca. Nie ma jakiejkolwiek nadziei. Podała czarną polewkę, pozostała niewzruszona w swoim suczym wyborze i, panie, nie ma dyskusji.
Kochałem Cię i Twe szaleństwa mocno tak.
Ty się śmiałaś zawsze no i cześć.
Ty się śmiałaś zawsze no i cześć.
Co zatem pozostaje? Socjotechnika? Retoryka? Może i tak, bo ta lingwistyczna metoda, a nuż, może ruszyć jej sumienie – nie teraz, to kiedyś. Jedziemy więc po bandzie, mimo porażki jęczymy o miłości, ba, w ramach sadomasochistycznej jazdy przyznajemy się, że w sumie takie postępowanie wzbudza w nas zadowolenie i satysfakcję. Szaleństwo podnieca. Odtrącenie przyciąga.
Męska część czytelników (i słuchaczy) może jednak odetchnąć na samym końcu, słysząc nieco zgryźliwą, pokrętną filipikę, że i owszem, byłaś górą, odepchnęłaś mnie, ale ja wiem, ja wiem, suko, jak mnie skrzywdziłaś i ci tego, bądź pewna jak okres co dwadzieścia osiem dni, nie daruję, ponieważ tak naprawdę, niunia, tak naprawdę, czy ci się to podoba, czy nie, jesteś niewolnikiem swoich hormonów, genetyczną wypadkową, jesteś nikim, a jeśli już kimś, to wyłącznie…
Jesteś szalona, ...
I wiesz co, zdaje się mówić narrator, chuj ci w dupę, jeśli nie mój, to inny, ale zawsze.
No cham jeden!
niedziela, 2 stycznia 2011
artPapier o singlowaniu
Słowa piosenek towarzyszą każdemu rozdziałowi „Singli”. Na początek wątku – muzyka gra! Rozpoczyna się Dżemem i jak tylko nieświadomy niczego czytelnik zawiesi swe oko właśnie na tym, istnieje poważne zagrożenie, ze już dalej nie pociągnie. A dalej jest jeszcze lepiej (wspomniana Kunicka na przykład z pamiętnym utworem o wdzięcznym tekście: „lato lato lato czeka, razem z latem czeka rzeka…”). Kornaga lubi się pośmiać, z samego siebie trochę też. Czytaj więcejniedziela, 26 grudnia 2010
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Polskie Kulturalne Podziemie - recenzja
(...) Tymczasem Kornaga bezczelnie rozrywa kolorowy obrazek. Bryzga czarną farbą dramatu, tnie skalpelem pogardy. Stąd wyrazisty styl wypowiedzi, nagromadzenie metafor i dosadnych porównań, które wciąż wybijają się na pierwszy plan, to z kolei powoduje, że czytamy szybko, że język staje się ważniejszy niż fabuła. „Opijam słowa, popijam słowa, topię słowa. Jestem zerem. Dzień za dniem, godzina za godziną, niestety, potrzebuję czwórki po mej lewicy. Razem tworzymy czterdzieści. Procent.” – mówi Krystian. Autor wciąż więzi postaci w bagnie ich własnej samotności. Nakazuje im ciągle rozmyślać nad własną sytuacją. Kaczor, Justyna, Magda, Krystian, Kwiatuszek oraz inni w żyją spirali konsumpcji alkoholu, narkotyków, seksu, własnego wizerunku i wizerunku innych. Mimo chęci, już nie potrafią wydostać się z dziury, w której się znaleźli. Pokusiłbym się, by pójść za myślą Rolanda Barthesa, że bohaterowie pragną sprawić, by każdy dzień był mitem, kawałkiem układanki zwanej mitologią, a ta z kolei decyduje przecież o wolności. Czytaj więcej
piątek, 17 grudnia 2010
Wywiad w artPapier
M.D.: W poezji panuje czy też panowała moda na neolingwizm. Zgodzisz się z tym, że Twoja najnowsza powieść to taki swoisty neolingwizm w prozie? Słowne zabawy, nowe skojarzenia, balansowanie na granicy zrozumiałości? Nie zagęściłeś zbytnio tekstu?
D.K.: „Single+”, wbrew temu, że to powieść o samobójstwie, niechcianych ciążach, rozterkach związanych z defekacją, bankietach, przemowach, lansie, miłościach nagłych i miłościach blaknących, odurzaniu się, seksie hetero i homo… to również powieść nierealistyczna. Jeśli na początku pojawia się wzmianka o aniele, to na końcu – pojawia się anioł! Przyznaję, tak, poszedłem na całość, bohaterowie nie mówią sobą, mówią – mną. Dotąd, w poprzednich książkach, starałem się o poczucie skrajnej empatii z danym narratorem. W przypadku „Singli+” nie tyle sobie to odpuściłem, ile świadomie się na to zdecydowałem. W filmach ma być akcja, twisty fabularne, emocje, czy ktoś przeżyje, czy czapa. W mojej prozie – metafory mają walić czytelnika po potylicy. Pasaże stylistyczne mieszać mu w języku. Słowem: żeby wiedział, że czyta, a nie ogląda. Że czyta i musi spłacić dług za to swoje poświęcenie. Wejść w moją totalną nawijkę. Wejść w Kornagę. Czytaj więcej w artPapier 24(168) 2010.
D.K.: „Single+”, wbrew temu, że to powieść o samobójstwie, niechcianych ciążach, rozterkach związanych z defekacją, bankietach, przemowach, lansie, miłościach nagłych i miłościach blaknących, odurzaniu się, seksie hetero i homo… to również powieść nierealistyczna. Jeśli na początku pojawia się wzmianka o aniele, to na końcu – pojawia się anioł! Przyznaję, tak, poszedłem na całość, bohaterowie nie mówią sobą, mówią – mną. Dotąd, w poprzednich książkach, starałem się o poczucie skrajnej empatii z danym narratorem. W przypadku „Singli+” nie tyle sobie to odpuściłem, ile świadomie się na to zdecydowałem. W filmach ma być akcja, twisty fabularne, emocje, czy ktoś przeżyje, czy czapa. W mojej prozie – metafory mają walić czytelnika po potylicy. Pasaże stylistyczne mieszać mu w języku. Słowem: żeby wiedział, że czyta, a nie ogląda. Że czyta i musi spłacić dług za to swoje poświęcenie. Wejść w moją totalną nawijkę. Wejść w Kornagę. Czytaj więcej w artPapier 24(168) 2010.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Wywiad w Czytam 8/10
Wywiad o Singlach+ i nie tylko przeprowadził Daniel Koziarski.
Fragment:
Fragment:
Prezentujesz w kilku odcieniach społecznych zepsuty, zdegenerowany świat aspirującej warszawki. Temu obrazowi pisarz czy publicysta konserwatywny przeciwstawiłby jakieś formy stabilizacji czy wspólnoty (jak Horubała w „Przesileniu”). A jaka jest – nazwijmy to umownie – lewicowo-liberalna alternatywa? I czy w ogóle istnieje?
Być może kalam własne gniazdo, kiedy opowiem, że nie istnieje. Niestety.
Tak zwana stabilizacja to jedynie słowo-zaklęcie. Rzeczywistość z czasem wszystko weryfikuje. Wielkie miłości karleją. Zaprzysięgłe w świątyniach małżeństwa spektakularnie się rozpadają. Jasne, nie, że gdzie spojrzymy, tam Boschowe piekło, krwiożercze demony i wyrywanie cążkami paznokcie. Nie miejmy złudzeń, że cokolwiek nas uchroni przed fenomenem przypadku. I przed naszymi ułomnościami. To nie polityka, lewica czy prawica, rządzi naszymi genitaliami. Może i próbuje wejść nam – ona, wredna – pod kołdrę, ostatecznie jednak sami decydujemy, co i jak, i z kim. Alternatywa dla konserwatywnych złudzeń też jest żadna. Bo co? Kontra pod postacią hedonizmu? Rozkosznie, choć na krótką metę. Jakieś niedorzeczne deklaracje, że ty i tylko ty – no proszę, czysty jak górska źródlanka banał. Szczerość dziennikarza alkoholika, Krystiana z Singli+ nawet mnie lekko deprymuje, myślę sobie, a co tam, zaszaleję. (...)
Osobnym bohaterem powieści jest język. Przyznam, zasadniczo nie lubię strumieni świadomości bohaterów, ale błyskotliwa narracja „Singli+” po prostu porywa. Ale czy nie boisz się zarzutu, który stawia się prozaikom piszącym jako kobiety w pierwszej osobie (znam to z autopsji), że ich język jest jednak zbyt mocny, przesadnie dosadny, a przez to reprezentuje męską wrażliwość?
Oj, panowie, panowie, nadal nie doceniacie kobiet. Kobiet! I nie chodzi o stawanie do zawodów w inflacyjnym wypowiadaniu brzydkich słów. Kobiety… Kobiety to niesamowita, nieprawdopodobna wręcz moc, pełna sprzeczności, a przez to tak fascynująca. Nawet Charles Bukowski tu wymiękł… Malarka Justyna z Singli+ to po prostu osoba, a potem dopiero kobieta. Ona czuje, co ją wkurza. Wyraża to. I to jak. Przekroczyła granicę autocenzury. Wyzwoliła się z patriarchalnych szablonów, jaka to powinna być wtedy, a wtedy. Podobnie aktorka Kaja czy accountka Magda. One wiedzą, czego chcą. Wreszcie! Pierwsza – macierzyństwa bez ojca na zbędną doczepkę, druga – wyuzdania, bo za długo żyła w skorupie. Przede wszystkim wyzwalają się poprzez język. Tak, on je rozbiera, roznamiętnia i rozzuchwala. I żaden „man” nie będzie im dyktował, jak się mają zachowywać, odgrywać kokietko-pozorantki. (...) Bohaterki Singli+, abstrahując od ich małych i dużych obsesji, to po prostu fajne, chociaż dla wielu kontrowersyjne babki. Na marginesie warto zauważyć, że język narracji kształtowany jest w mojej powieści przez stan bohaterów. Otóż wszyscy non stop albo są naprocentowani, albo odurzeni oprócz… dealera Kaczora. Nałogi ich wyzwalają, stety, niestety.
czwartek, 9 grudnia 2010
Wkraczając w pustkę - film
Dosłownie, wkraczając w pustkę: i fabuły, i przesłania. Mistrzowski montaż na początku zadziwia, potem powoduje, że jedyne, o czym marzysz po 154-minutowej projekcji (o 50 minut za dużo), to zaaplikowanie sobie kropli na zmęczone oczy. I słów na wyżęty mózg, który daremnie próbował doszukać się w tym wszystkim nie tyle głębi, ale zwyczajnego sensu. Kino nie lubi ideologii. Wzniosłych parabol, jak żyć, by żyć; film ma mówić obrazami,a jeśli przy okazji wyjdzie coś ciekawego i przewrotnego, tym lepiej. Tutaj też ich dużo - za dużo! Przykro tak krytykować, szczególnie reżysera, który jest po prostu dzielny. Zabrakło mu jednak, jak powiedziałby ktoś z branży wydawniczej, redaktora, który by coś tam przyciął w scenariuszu, tamto dodał, tutaj skrócił, zwłaszcza skrócił, tak dla higieny. Jak stwierdził znajomy krytyk filmowy, reżyser miał za dużo wolności i zrobił z niej jak najgorszy użytek. Premiera: 21 stycznia 2011.
wtorek, 7 grudnia 2010
sobota, 4 grudnia 2010
czwartek, 2 grudnia 2010
Wiadomości24.pl - recenzja
Oddając się lekturze poczujesz, jak w powietrzu unosi się papierosowy dym, a odór lekko przetrawionego alkoholu wypełnia nozdrza. Uważaj, zapachy będą tak intensywne, iż może zakręcić Ci się w głowie...(...) Czytelniczki płci pięknej powinny zastanowić się dwa razy zanim sięgną po Single+. Plotki głoszą, że w ciążę można zajść już od samego czytania. Czytaj więcej
czwartek, 25 listopada 2010
Stacja Kultura o Singlach+
Książka Dawida Kornagi jest przykładem powieści zaliczanych do "nowej literatury" - wulgarnych, obrazowych, pozbawionych jakiejkolwiek cenzury, dosadnie ukazujących rzeczywistość. Czytaj więcej
środa, 24 listopada 2010
LAMPA 11/2010 o Singlach+
Fragment recenzji autorstwa Marty Marciniak:Ciekawym zabiegiem jest umieszczenie przed każdym rozdziałem fragmentów tekstów piosenek (...) I owszem, operuje błyskotliwym językiem, ciekawe spostrzeżenia, książka sama się czyta, mogłaby mówić tym slangiem, mogłaby oddychać. Pisanie o mieście, które imprezuje, o biednych dostawcach żarcia do domów na te imprezy, pisanie trochę jak Gombrowicz, naśmiewanie się, język zabawny (Dzień w którym mi nie stanie, będzie pretekstem do spisania testamentu), język nienawiści i agresji, język patologii, język żywy, normalny, zgodny. (...) I tak ta powieść jest smutna (Kogo obchodzi moje istnienie? Pochodzę z gatunku ludzi niepotrzebnych), bawi, dołuje, bawi, robi smutek, na przemian, w sumie nie wiadomo, na co się zdecydować, małe melodramaty. (...) Niektóre epizody, a może świat przedstawiony, w jakim poruszają się bohaterowie, przypomina film Lie with me, jest przepełniony nagością, zwierzęcymi odruchami, i pierze po pysku.
wtorek, 16 listopada 2010
Machete - film
Cięta pulp fiction. Naliczyłem się - przyznaję, z trudem, bo wszystko działo się niezwykle szybko - około pięćdziesięciu zamordowanych osób (o ile można użyć podobnego wyrażenia w stosunku do umowności całości), w ostatnich dziesięciu minutach ginie drugie tyle. Ale za to w jakim stylu. Absolutnie odjechane kino, kino "kinowe", a przez to genialne, bo wciągające i ścinające wszelkie nasze wątpliwości... maczetą. Próbka dialogu: jedna z bohaterek mówi do Maczety, żeby zaesemesował. Maczeta na to: "Machete don't text". Albo ksiądz mierzy z karabinu do leżącego bandyty, który prosi o litość. Ksiądz: "Bóg jest łaskawy. Ja nie!". Do legendy przejdzie zapewne scena wykorzystania ludzkich jelit jako sznurka do spuszczania się po murze... Maczeta to życiowa rola Danny'ego Trejo; jest tak brzydki, że aż ładny. I cały film jest taki sam. Plus błyskotliwie dobrane role dla znanych aktorów. Premiera: 26 listopada.
piątek, 12 listopada 2010
Pogrzebany - film
To nie jest horror z duchami pod kryptą. Ale ta hiszpańska (choć anglojęzyczna) produkcja ma w sobie wszystko, co wciska. Wciska w fotel, że brakuje nam tchu - razem z bohaterem. "Pogrzebany" to wstrząsający monodram w trumnie. Dosłownie.Nie czytaj zdradzających "akcję" recenzji, po prostu idź na to i daj się zamknąć w trumnie; kinowa ciemność spotęguje efekt odosobnienia. To nie pastisz a la "Kill Bill", gdzie dzielna wojowniczka rozwala drewno i wydostaje się na zewnątrz. To nieprawdopodobnie realistyczna, kradnąca nam oddech opowieść o tym, że dosłownie każdego dnia możemy być zdani tylko i wyłącznie na siebie i nic nam nie pomoże, społeczeństwo, organizacje, telefony komórkowe... Czyste kino, brudne życie. Premiera: 26 listopada.
poniedziałek, 8 listopada 2010
Koziarski o Singlach+
Najważniejszy w tej powieści jest język; cząstki fabuły wyłaniające się z poszczególnych opowieści zderzają się, wzajemnie przenikają albo unoszą w zupełnie odległe od siebie rejony, nigdy jednak nie wybijając się na pierwszy plan. Dlatego nawet fabularne konkluzje przychodzą i przechodzą jakby niezauważone, co nie oznacza, że całość pozbawiona jest zgrabnej klamry. Ale to właśnie język definiuje bohaterów książki - mocny, żywy, bezkompromisowy, przepełniony cynizmem, egocentryzmem, ale zarazem naznaczony niepewnością czy mniej lub bardziej uświadomioną beznadzieją. Kornaga świadomie wybiera rolę antyestety - odrzuca półśrodki i często prowokuje bezpośredniością i dosadnością sformułowań oraz skojarzeń. Zarazem jednak nie traci ani na chwilę językowego wyczucia i wirtuozerii - świetnie panuje nad dłuższymi passusami, sprawnie przeskakuje w kolejne dygresje a całość przyprawia ożywczą ironią. Czytaj więcej
piątek, 5 listopada 2010
Wartości.org.pl o warstwach Singli+
Dawid Kornaga każdą swoją książką stara się wzbogacić, użyźnić i pobudzić język barwnymi erytrocytami środków stylistycznych, odważnymi leukocytami narracji, ostrymi trombocytami humoru, płynnym osoczem fabuły. Tak też jest w przypadku jego nowej powieści. Wprawdzie miejscami niepotrzebnie zabrudzonej sporą dawką mocnych słów, niezawoalowanej erotyki i obscenicznych dosłowności, ale kto zdolnemu zabroni? Jeszcze by nam odpowiedział niegrzecznie jakimś mądrym zdaniem, choćby takim, że: Jedyne, co powinno być czyste, a nigdy nie jest, to sumienie. A my nie mielibyśmy sumienia, żeby nie przyznać mu racji.„Sąd Najwyższy obraduje w tajemniczej komnacie bez numeru na drzwiach. Nawet Franz Kafka by go nie wskazał.” Czytaj więcej
poniedziałek, 18 października 2010
środa, 6 października 2010
piątek, 1 października 2010
Topless Ciało do Ciała
http://www.youtube.com/watch?v=5B7DLeLNbt4&p=EE4872B67E0DF8C9&playnext=1&index=4
Zatem:
Popłyniesz tam gdzie jeszcze nikt nie zdołał być
W gwieździstą noc rozejrzysz się dookoła
Usłyszysz że ktoś właśnie ciebie woła
To będę ja odnajdziesz wreszcie szczęście swe
Więc uśmiechnij się i pocałuj mnie
Ref: x2
Ciało do ciała usta do ust
I nigdy więcej nie smuć się już
Uśmiech za uśmiech i widzisz że
Zawsze do ciała nie zmieniaj się
To jakiś cud, normalnie, jakby nagle euro kosztowało 2,50 PLN - kiedy ona ci ulega, ty się reflektujesz i zapewniasz, że zależy ci na równości, nie ciele na ciele, ale "do", co więcej, twoja ekspiacja idzie dalej, prosisz swoją partnerkę (teraz już partnerkę, co?) o afirmację życia i na potwierdzenie swoich słów przywołujesz chrześcijańską maksymę, że kochaj bliźniego swego jak siebie samego ("uśmiech za uśmiech"), a potem już idziesz na całość, skalpujesz resztki patriachalnych pozostałości w swoim umyśle i prosisz ukochaną, by za nic na świecie nie ulegała presji otoczenia, pozostawała sobą. Co za wzruszająca deklaracja. Co za umiłowanie cudzej integralności. Nawet podczas discopolowego songu. W tej budzie. Przy tych burdelowych reflektorach...
Byliście ostatnio na weselu? Nie trzeba melanżu plebejskości z wiejskością o godzinie drugiej czterdzieści pięć nad ranem, by usłyszeć jeden z absolutnych przebojów tego typu imprez, które zapowiadają potem naprawdę interesującą noc poślubną - Ciało do ciała grupy Topless. Są, że tak napiszę, niezwykle inspirujące.
Ciało do ciała. To, jak na gatunek disco polo, pełny patriachalnych i podobnie jak rap, antyfeministycznych tekstów, prawdziwy przełom, perełka, którą warto poddać dokładnej analizie. Czy autor tego tekstu zdaje sobie sprawę ze swojej niesamowitej empatii? Czy jest świadomy drzemiących w nim pokładów wrażliwości i znawstwa kobiecej natury? Czy wie, że popełnił coś, co w iście pozytywistyczny sposób krzewi pozytywne wartości - również w sypialni, kiedy rzeczywiście ciało do ciała i nie ma zmiłuj...
Zatem:
Miłości głos usłyszysz kiedyś nagle
Obejrzysz się i złapiesz miłość w żagle
Obejrzysz się i złapiesz miłość w żagle
Narrator tej opowieści już na samym początku stawia na planie pierwszym KOBIETĘ. To ona jest statkiem na morzu domniemanej miłości. To ona łapie, a nie daje się złapać nowemu uczuciu. Więc: rządzi, jest świadoma swojej seksualności. Poza tym ma na pewno czyste uszy, bo błyskawicznie, gdy się pojawia, potrafi usłyszeć ów miłości głos. Nie ma też problemów z koncentracją i ruchem, jest wyczulona na bodźce, które dopływają zewsząd do jej erogennych stref. Redaktorki Glamoura mogłyby pozazdrościć bohaterce tej piosenki, oj mogłyby!
Popłyniesz tam gdzie jeszcze nikt nie zdołał być
W gwieździstą noc rozejrzysz się dookoła
Usłyszysz że ktoś właśnie ciebie woła
I co się dzieje dalej? Nie, że nasza bohaterka zostaje zniewolona, ba, ona rządzi i to rządzi ewidentnie, przełamuje bariery, podąża tam, gdzie praktycznie nikogo jeszcze nie było - tak ma. Czy to aluzja do jakichś niezwykle zaawansowanych praktyk seksualnych? Czegoś, czego nie ogarnia Kamasutra czy taki markiz de Sade? Bo przecież tam, jak zapewnia narrator, nikt nie zdołał być. Co trzeba zrobić, by się to udało? Obejrzeć wszystkie filmy z Dolly Buster i jej młodszymi koleżankami, i zaryzykować? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że nasza piękność, oprócz konkretnych doznań, poddaje się poetyckiemu nastrojowi chwili, niebo jej sprzyja, sam Kant, który rzekłby w tym przypadku: niebo gwiaździste nade mną, a tyś - pode mną. O tak! Jednak piękność pozostaje czujna, jej receptory są ponadprzeciętne, w tym swoim zapamiętaniu (czyżby jednak chodziło o masturbację?) nagle słyszy kogoś, komu bardzo na niej zależy. Nie jej na nim, jemu na niej. Ponieważ, jak powiedziano, ona tu rządzi. I basta.
To będę ja odnajdziesz wreszcie szczęście swe
Więc uśmiechnij się i pocałuj mnie
Niestety, to najbardziej mizoginiczny fragment w tej piosence. Prawdziwa natura disco polo wraca w tym momencie z zwielokrotnioną siłą, antykobieca, harda, hegemoniczna i odarta z pozorów równości. Wokalista-kochanek, tak na początku skory do płciowej koncyliacyjności, nie mówiąc już o hierarchii społecznej, pozwala sobie na anachroniczne przypomnienie, kto tu ostatecznie trzyma batutę. Oj nieładnie, panie polo. Sugerujesz obiektowi swojej miłości, że to ty i tylko ty jesteś prapoczątkiem jej zadowolenia. Co więcej, pozwalasz sobie bezczelnie na imperatywny ton, nadużywając ostentacyjnie wołacza anonsującego wymuszony uśmiech i mieszanie płynów w jamach ustnych. Jak to możliwe, że tak się zdemaskowałeś? Wpierw róże uległości pod stopy, a teraz brutalny dyktat preferowanych przez ciebie zachowań seksualnych? No tak, o jedno ci tak naprawę chodziło. Zresztą przyznajesz się do tego w refrenie:
Ref: x2
Ciało do ciała usta do ust
I nigdy więcej nie smuć się już
Uśmiech za uśmiech i widzisz że
Zawsze do ciała nie zmieniaj się
To jakiś cud, normalnie, jakby nagle euro kosztowało 2,50 PLN - kiedy ona ci ulega, ty się reflektujesz i zapewniasz, że zależy ci na równości, nie ciele na ciele, ale "do", co więcej, twoja ekspiacja idzie dalej, prosisz swoją partnerkę (teraz już partnerkę, co?) o afirmację życia i na potwierdzenie swoich słów przywołujesz chrześcijańską maksymę, że kochaj bliźniego swego jak siebie samego ("uśmiech za uśmiech"), a potem już idziesz na całość, skalpujesz resztki patriachalnych pozostałości w swoim umyśle i prosisz ukochaną, by za nic na świecie nie ulegała presji otoczenia, pozostawała sobą. Co za wzruszająca deklaracja. Co za umiłowanie cudzej integralności. Nawet podczas discopolowego songu. W tej budzie. Przy tych burdelowych reflektorach...
To nie koniec twoich zapewnień. Zaczynasz przełamywać fale jak niejeden wybitny reżyser.
Być może gdzieś na oceanie zdarzeń
Istnieje ląd nazwany wyspą marzeń
Pragnienie twe się spełni jak w cudownym śnie
Radości moc ogarnie twoje ciało
Poczujesz że miłości jest ci mało
Być może gdzieś na oceanie zdarzeń
Istnieje ląd nazwany wyspą marzeń
Pragnienie twe się spełni jak w cudownym śnie
Radości moc ogarnie twoje ciało
Poczujesz że miłości jest ci mało
Popłynąłeś z tym oceanem! Dobrze, niech wie. Niech wiedzą inni. Wrogie dusze mogą stwierdzić, że reprezentujesz egzystencjalny eskapizm i etatową efemeryczność uczuć. Proszę, niech gadają. Ty wiesz swoje: gdzieś tam jest ostoja, gdzie w onirycznej alkowie dojdziecie do kresu przyjemności. Zakładasz przy tym słuszny kierunek w swoim pożądaniu, że to nie twoja, lecz twojej partnerki przyjemność się liczy. I zapewniasz wszem i wobec na YouTube, że tak jej zrobisz dobrze, że ogarnie to całe ciało, ba, wzbudzisz - choć to już nieco pyszne i próżne, OK, niech ci będzie - zaawansowane afektacje emocjonalne zwane z potoczna miłością. Co by nie mówić, to wyczyn wart starań. A ty dzielnie zapewniasz, żę owszem, dam radę, bo liczy się twoja partnerka, ona, jedyna, mimo że ocean innych możliwości dokoła. Szacunek.
Każdego dnia odkrywać będziesz ze mną świat
Więc uśmiechnij się i pocałuj mnie
Więc uśmiechnij się i pocałuj mnie
I tutaj ty, narrator tej discopolowej ballady z przytupem, dochodzisz do kresu obietnic: właściwie to, śpiewając "każdego dnia", prosisz swoją partnerkę o rękę. Albo co najmniej jakiś ustalony na piśmie konkubinat. Żadne tam kocie łapy czy psie. Deklarujesz stałość, wierność, przywiązanie i "bycie Kolumbami". Jednak zachowujesz w sobie nadal romantyzm i ochotę na to i owo, więc nie dość, że wymuszasz, tym razem delikatnie, uśmiech, to dodatkowo - małą oralną przyjemność.
No pięknie!
poniedziałek, 20 września 2010
E-splot o Piątku
Przegląd rodzajów polskiej bezsenności kończy się niespodziewanie… w Stambule. Deklarowany w całym zbiorze ponadnarodowy charakter nowoczesnego Polaka zostaje poważnie spostponowany w udanym opowiadaniu Dawida Kornagi. Tu „Stambuł” to powiew oswojonej egzotyki, zetlałej inności – bar z kebabami (przy czym Stambuł to też tytuł opowiadania). Autor wprawnie wykpiwa obecność Polaków w wielkim świecie – Tadka, który w Niemczech szukał lepszego życia, a znalazł tylko piękną Turczynkę za żonę; żołnierza, któremu zapadłe na stałe w pamięć sceny z Afganistanu pozwalają sformułować Odyseuszowy plan zabicia wszystkich gachów swojej Penelopy. Właścicielem baru jest uciekający przed wspomnieniami do Polski – czyli do kraju celowo nieneutralnego wobec uchodźców ze wschodu – Besir, Turek. Interes prowadzi wraz z córką, którą pewnego dnia wyda za porządnego Polaka, z porządnego, laickiego i tolerancyjnego domu, w którym teściowa nie będzie strzelała fochów, że panna młoda nie odmawia modlitwy do Trójcy Przenajświętszej. Czytaj więcej
piątek, 10 września 2010
Single+ fragment 2
(Kaja)Dobrze, że nagrania się skończyły. Pięć odcinków w jednym podejściu. Słodkie, kurwa, dni. Czy kury domowe w seledynowych fartuchach z kwiatuszkami zdają sobie sprawę, jak bardzo się poświęcam. Dla nich, właśnie dla nich, żeby dziobki stuliły pociesznie, po czterdziestu minutach z reklamami, ciasto rozwałkowywały, gniotły, formowały, okrasę pichcąc w obwodzie, opary ziołowe, kuchenne zaklęcia, podrzucone w talerzu z posiłkiem dla ukochanych panów domu i panów ich dup.
Kości i kostek nie czuję. Mogłabym zagrać zdjętego z krzyża. Na pewno poradziłabym sobie i z tym wyzwaniem. Płeć. A cóż to za wyzwanie dla medycyny? Ja gram całą sobą, wyrzucam flaki na zewnątrz, sumienie również, rezultat jest porażający. Moje biedne stópki. Ile można biegać z prawej strony na lewą, zbliżać się i oddalać, nagrywać po kilka dubli, mówić kochanie czterdziesty piąty raz w ciągu trzech godzin do filmowego męża? Grubasek Jacek W. od głównej roli pana męża puszył się dziś jak świeżo zaprzysiężony poseł; nic w tym nadzwyczajnego, dostaje najwyższą gażę, wydaje mu się, że aniołowie wyplatają mu z oklasków gawiedzi zasłużoną aureolę. Słodkie dni, Matko Boska, w planach sezon drugi, zaraz po wakacyjnej przerwie, potem pewnie trzeci, aż do czasu, gdy w rankingu oglądalności spadniemy o kilkanaście procent. Nie znajdę czasu na karmienie i wyprowadzanie Huna. Hun nastroszy się i wbije swoje wilczurze ząbki w nową sofę. I nie zagospodaruję sobie dwóch minut na karmienie. Kto napisał, że mam skakać w sześćdziesiątym ósmym odcinku? Jak jakaś sprężyna z wmontowanym ludzkim organem. Z sercem biednym. Sercem udręczonym. O choćby przez tego skurwysyna z serwisu internetowego o nazwie głupowatego psa; napisał ostatnio, picuś w okularkach pozujący na co najmniej doktora retoryki, nabazgrał, że po raz czwarty w tym roku zmieniłam narzeczonego. I ten straszny tytuł Rękawiczki Kai. Moja biedna mama, co ona sobie pomyślała, dobrze, że zmieniłam nazwisko, chyba by ją zjedli w naszym podradomskim miasteczku, pożarli między jedną plotą a drugą, zawał gwarantowany jak coroczna podwyżka prądu. Choć i tak wiedzą, że ja to ja, mama rozpowiada wszędzie, jaka ze mnie sława, jakby nie wiedzieli, nawet księdzu spowiednikowi, który, poruszony, przystaje na rozgrzeszenie bez jakiejkolwiek pokuty. Agentka poradziła mi nie wszczynać procesu o zniesławienie. Na pewno bym go wygrała, narzeczonych było o jednego mniej od liczby podanej przez hienę pismacką, szczura, krwiopijcę. Przekonała mnie, że zrobiłabym „netowej skandalgazecie”, jak powiedziała, wspaniałą, darmową reklamę i na pięćset procent pismak dostałby od szefa premię za „poruszający artykuł”.
Padalec z bokobrodami Mariusz P. Wysmażył scenariusz na swojej patelni rzemieślniczej. Jego przewidywalny przebieg dnia, urodzony pan urzędnik, który przez przypadek wylądował w przemyśle filmowym. Idzie do swojej ulubionej restauracji z tapasami. Albo do włoskiej na małą niewinną lasagne. Kiedy pisze, zawsze je. Czysta perwersja. Przemieszcza się podczas wymyślania kolejnych odcinków od jednej knajpy do drugiej. Spaślak na etacie. Wybiera wyłącznie takie, w których podają lunche po promocyjnej cenie. Skąpiradło. Nie płacą mu przecież średniej krajowej. Zgarnia kilkanaście średnich, udając przeciętniaka, żeby przypadkiem nie namierzył go mściwy agent urzędu skarbowego, czy co? Obrzydliwy knurek. Ma nos rozlazły jak rozdeptane pod prysznicem mydło. Oczy mongolskie patrzą ukradkiem na świat. Twierdzi, że jego przodkowie byli Gruzinami. Jasne. I te gęste włosy na karku. Aż mnie korci, gdy je widzę, żeby wyjąć z kosmetyczki pęsetę i wyrywać jeden włosek po drugim, przez trzy bite, katowane godziny. Wciąż gada o kuchni śródziemnomorskiej. Ona podobno pobudza jego wyobraźnię. Jego ponadprzeciętną wyobraźnię. Tak powiedział zdaje się w wywiadzie dla Wysokich Obcasów. Ciekawe, czy wyznał dziennikarce, kiedy zaczyna pisać. Puszczając tłuste bąki po pożartym pasticcio, daje się ponieść wenie. Schematycznej. Drewniane dialogi, którymi mówimy na planie, ważą więcej niż tona węgla. Czyli tonę i jeden kilogram. Konsekwencje łatwe do przewidzenia: co pan scenarzysta Mariusz P. wymyśli sobie między jednym daniem a drugim, układny, podatny na korzystne kontrakty reżyser Staszek J., popijając rum, o Boże, zrealizuje. Kręci, aż się kurzy na planie. Na zewnątrz może wybuchnąć bomba nuklearna wykradziona przez terrorystów islamskich, a Staszek J. i tak nie puści nas wolno, dopóki nie zapadnie ostatni klaps na planie trzysta dwudziestego czwartego odcinka Słodkich dni.
czwartek, 2 września 2010
O Piątku w Bluszczu
Damian Gajda (nr 24/wrzesień 2010) pisze o antologii Piątek, 2:45 m.in:
(...) Znajdziemy to prozę gęstą, mocną i bezkompromisową, odwołującą się w wielu przypadkach do niezwykle ciekawych pomysłów.
piątek, 27 sierpnia 2010
Już w drugiej połowie października: Single+
fragment 1 (Kaczor):
Z Nike to jest tak. Dziani Murzyni, którzy dorobili się na rapie lub na działalności w branży nieruchomości, czyli towarów z ręki do ręki, hera, brown i coś koło tego, tacy Murzyni mają w czarny chuj sałaty i inwestują ją na przykład w piłki do kosza i zajebiste ubrania Nike, na przykład spodenki czy buty. Takie wyjebane co najmniej w kosmos, jeśli nie w cały wszechświat. Air buty, ze specjalną podeszwą, co Murzyna wypycha do przodu. Jak geparda na polowaniu. Murzyn staje się dziki i groźny, biali mogą mu naskoczyć, Murzyna chroni na dodatek Obama i całe emplua, plui i podobnie. Murzyni, także ci mniej ustawieni, ale świadomi swego afroamerykańskiego pochodzenia i celów życiowych, po godzinach pracy zbierają się na pogawędkę pod koszami, omawiają najnowsze kawałki raperów, przeważnie chwalą swoich zdolnych czarnuchów, jak mówią między sobą, nazwij go direct czarnuchem, to w odpowiedzi odpadnie ci połowa szczęki. I kiedy sobie pogadają porządnie, mówiąc w co drugim zdaniu yo, yo, to potem spędzają aktywnie czas. A nie jak te nasze fleje, co myślą, że jak powiedzą yo, yo, to zamienią się w Czarnych i kutasy im się wydłużą o parę centymetrów. By tylko popalić, ujarać się na total i odlecieć, taki ich cel życiowy. Nie, Murzyni, to znaczy Czarni, biorą piłkę i zaczynają mecz. Ostry mecz. Bezkompromisowy. Czarne głowy uderzają w siebie raz po razie. Czarny pot kapie im spod pach. Hardkorowa bieganina. Przyniesiony sprzęt serwuje rytm, dum drum bum ba bam, a Czarni napierdalają do kosza. Mało który nie trafia za pierwszym rzutem. Każdy z nich ma coś z rapera, tacy dumni, wyszczekani.
fragment 2 (Justyna):
Spotykam się dziś moją koleżanką/ przyjaciółką. Powitalne całusy, niewidzialne całusy i wszystko dobrze, tylko te na wpół transparentne klapki na oczach, tak trudno się dojrzeć, by poczuć. Się wreszcie poczuć, moja droga. Czego ja chcę, ostatnia idealistka na planecie Ziemia. Profesjonalna sierota. Mój tata zostawił mnie trzeciego września roku osiemdziesiątego pierwszego. Pędził na motorze do mojej mamy, która przebywała u rodziców, pokłócili się wcześniej, że on za dużo pije, ona focha mu armatniego strzeliła, o zatęsknisz luby, i zatęsknił luby, jechał przepraszać, kajać się, błagać o wybaczenie i pocieszenie, choć nietrzeźwy, jak należało, to w gorącym pędzie wueski kąpany. Zakręt wypiął się na niego złośliwie. Za szybko jechał. Młodzi nie przejmują się skalą liczników. Miał dwadzieścia osiem lat. Poślizg. Katapulta w stronę, nomen omen, drzewa. Czy to brzoza? Oldskulowy kask chroni boki, skronie, uszy, bokobrody, nie chroni twarzy, plastykowa, żółtawa szybka pęka jak błona dziewicza. Drzewo, jakie drzewo jest tego sprawcą? Nie chcę wiedzieć; jeszcze zostanę samozwańczym drwalem. Drwalką, niech będzie w femijęzyku. Kask wyślizgnął się z głowy jak świąteczny karp z dłoni sklepowego oprawcy. Tata przejechał twarzą po korze. Peeling doskonały. W trumnie musieli przykryć ją całunem; przypominał Freddy Kruegera z Koszmaru z ulicy Wiązów. Pięć obrazów o tym powstało. Mojego autorstwa. Wszystkie sprzedane. Klienci z Azji lubią drastyczne sceny. A poza tym wolę abstrakcję. Kiedy maluję, jestem na haju. Jak teraz. Tylko że z powodu wina.
fragment 3 (Krystian):
Dziś wychodzę na wielką bibę. Zasłużony wypełniacz wieczoru, który zapowiadał się nudny do cna, kiedy nie masz nikogo na utrzymaniu poza swoim małym. Żona gdzieś w planach, jakaś dobra, czuła żona. Nie kura domowa, ja nie z tych picusiów, co dybią na prokreacyjnogenne samiczki, by je usidlić i jechać przez resztę życia na cudzym poświęceniu. Ja jestem feminista rasowy, jak żona, to równocześnie kochanka, zadra mentalna, mobilizująca do wysiłku, do zarabiania kasy, przy takiej aż się chce, a jak się nie chce, ona robi tak, że wstydzisz się, kutas ci się kurczy, jądra pękają. Dzieci również lekko co nakreślone. Chłopak i dziewczynka. On ciemny szatyn, ona blondynka, milusia i słodziutka, skarb taty. Pakiet idealny. No ale na razie nic z tego. Jakoś Bóg Na Tej Szerokości Geograficznej uparł się, żeby nic mi nie wychodziło, oprócz narąbania się. Powinienem postarać się o jakieś konkretne dojście do niego, by przeprowadzić wywiad w mojej sprawie. Niech spodziewa się podchwytliwych pytań. Dopijałem rozgrzewniaka przed wyjściem z mieszkania, gdy przyszedł esemes od zapomnianej kobiety, jednej takiej z tych uroczych, którym wystarczy do szczęścia nieskomplikowany scenariusz (cytuję):
„Ugotuję ci obiadek, później seksik, później wyskoczymy do kina lub teatru, ty wybierzesz z repertuaru, kochanie. Po powrocie do domu znów seksik, później coś przekąsimy, a później jeśli staniesz na wysokości zadania, bo ja bardzo chętnie, kochanie, to znów seksik”.
Szkoda, że filmy oparte na takim scenariuszu wcale, a wcale mi się nie podobają. Zapomniana kobieta ma na imię Janka i pisze tak: „Jak tam, Krystian, twoje sprawy? Ja znów zakochana. Pewnie nie potrwa to długo, facet nudzi mnie. W przeciwieństwie do Ciebie”.
Ta wielkooka szatynka nie mogła się nudzić w moim towarzystwie, narzekać, że dłubanie w nosie jest o wiele bardziej wciągające niż moja obecność. Choćby się uparła, wyprostowała mój kręgosłup moralny wedle odpowiedniej skali, nic by nie wskórała. Nasz roczny związek miłosny miał rozpaść się na drobne nieprzyjemności.
A to szatan opilstwa namówił mnie do eksperymentów z mieszaniem rumu z whisky, brandy, jakąś najpodlejszą wódką i paroma innymi płynami o zajadłym charakterze. Po takiej miksturze nawet osiedlowy menel zgubiłby swoje portki razem z duszą gdzieś na mieście. Zzieleniałem w ciągu kwadransa, rękami młynki kręciłem, jakby ktoś nade mną sznurkami pociągał, trzeba było wzywać karetkę. Janka, choć niziutka z niej kobietka, okazała się wielka – dzielna, wytrzymała, opanowana. Zmusiła mnie do włożenia sobie palców do gardła. Trochę zeszło ze mnie tej trucizny. Podłączyli mnie do kroplówki. Czuwała nade mną, płacząc i czytając mi kojące moralnie bajki Andersena.
A to znów zamarzył mi się odjazd zupełny, jak to malowniczo przedstawiłem jednemu z moich licznych kolegów o imieniu trudnym do zidentyfikowania, w wysokoprężnym pojeździe zmontowanym w fabryce kokainy. No i pojechałem hen daleko, mały paskudny egoista. Znów interwencja Janki. Karetka, kroplówka, płacze, wyzwiska, bajki Andersena. Słowika i Dziewczynkę z zapałkami znałem na pamięć. Nie ogrzała mnie, marniałem jak ona.
W końcu, całkiem rozsądnie i na czas, Janka oświadczyła:
– Mam dosyć tych baśni, które mi wymyślasz. Są niestrawne, bez przesłania.
Miała rację. Znalazła sobie całkiem normalnego absolwenta prestiżowej szkoły ekonomicznej, który rozkręcał biznes z produkcją krówek. W porywie uzasadnionej awersji do mnie liczyła na słodkie lata w jego towarzystwie. Skończyło się na obitym policzku; młody biznesmen miał zdrowo narąbane pod sufitem i był zazdrosny nawet o reklamy, które oglądała Janka – jakiś facet w spocie dezodorantu, kierowca, piekarz, kucharz. Wydzierał się, że „pożera ich wzrokiem i gdyby pokazali jej swoje instrumenty, używałaby jak ostatnia”. Miała patrzeć wyłącznie na niego i jego biznesplany. Zamierzał dorobić się willi za miastem i trójki dzieci. Co najmniej trójki! To było o wiele za wiele dla nowoczesnej, niezależnej miednicy Janki, która wystraszona taką nielukrowaną wizją przyszłości zmusiła swoją właścicielkę do rozstania z agresorem. Zresztą bardziej sińce niż groźby nieumiarkowania w dziecioróbstwie przesądziły o decyzji mojej biednej Janki. Potem koleją rzeczy zaczęła skakać z kwiatka na kwiatek; bez opcji zapylenia. I niekiedy z czystego sentymentu słała mi komórkowe pytania i życzenia. Odpisałem, by utwierdzić ją w słusznej decyzji, że warto było mnie porzucić: „Odbezpieczyłem magazynek czterdziestoprocentowej nadziei. Niebawem wybieram się na poważne party... Pa, sarenko”. Niech cieszy się, że mnie porzuciła. Niekoniecznie ucieszyłbym się jej powrotem. Janka to matka-na-rozstajach. Sama nie wie, czego chce, a ja wiem: powinna jak najszybciej znaleźć sobie jakiegoś faceta z korporacji, najlepiej z branży detergentów, i oczyścić nim wszelkie swoje wahania, rozterki, dzieciaki spłodzić ekspresowo, zaoszczędzić na rachunkach za komórkę, kończąc z esemesami do mnie. Nie będzie miała też czasu na maile, wiadomości via Facebook, myśli tęskne w piątek o drugiej czterdzieści pięć na ranem. Mały oddech, sekunda, dwie sekundy, może nawet trzy, by sięgnąć odważnie po kolejną porcję rozgrzewniaka; pora odreagować wściekłą zajadłość stylistyki, rozrywającej przymiotnikowe płaty z poniżanego przeze mnie ciała polszczyzny, a tym samym poniżanego mnie samego, bo język jest mną, a ja jego szczekaczką, on jest moim kagańcem, obrożą i smyczą, a ja jego pieskiem wytresowanym w deklinacjach, koniugacjach i odmianach przez przypadki, zwinnym zwierzątkiem, które wgryza się w siebie, wyrywa sobie sierść, trzewia i cieplutkie żyłki, i mokrym pyskiem szczerzy głupie miny do wszystkich obserwatorów mojej profesjonalnej żenady, którzy złożyli swój cenny czas w ofierze dla moich pogłębiających się odchyleń, wyznań, spowiedzi, bełkotów, miłosnej przysięgi wreszcie, miłosnego wiarołomstwa na pewno. I tak dalej, im więcej łyków, tym więcej zapętleń, w sumie czemu nie, skoro tak. Opijam słowa, popijam słowa, topię słowa. Jestem zerem. Dzień za dniem, godzina za godziną, niestety, potrzebuję czwórki po mej lewicy. Razem tworzymy czterdzieści. Procent.
Z Nike to jest tak. Dziani Murzyni, którzy dorobili się na rapie lub na działalności w branży nieruchomości, czyli towarów z ręki do ręki, hera, brown i coś koło tego, tacy Murzyni mają w czarny chuj sałaty i inwestują ją na przykład w piłki do kosza i zajebiste ubrania Nike, na przykład spodenki czy buty. Takie wyjebane co najmniej w kosmos, jeśli nie w cały wszechświat. Air buty, ze specjalną podeszwą, co Murzyna wypycha do przodu. Jak geparda na polowaniu. Murzyn staje się dziki i groźny, biali mogą mu naskoczyć, Murzyna chroni na dodatek Obama i całe emplua, plui i podobnie. Murzyni, także ci mniej ustawieni, ale świadomi swego afroamerykańskiego pochodzenia i celów życiowych, po godzinach pracy zbierają się na pogawędkę pod koszami, omawiają najnowsze kawałki raperów, przeważnie chwalą swoich zdolnych czarnuchów, jak mówią między sobą, nazwij go direct czarnuchem, to w odpowiedzi odpadnie ci połowa szczęki. I kiedy sobie pogadają porządnie, mówiąc w co drugim zdaniu yo, yo, to potem spędzają aktywnie czas. A nie jak te nasze fleje, co myślą, że jak powiedzą yo, yo, to zamienią się w Czarnych i kutasy im się wydłużą o parę centymetrów. By tylko popalić, ujarać się na total i odlecieć, taki ich cel życiowy. Nie, Murzyni, to znaczy Czarni, biorą piłkę i zaczynają mecz. Ostry mecz. Bezkompromisowy. Czarne głowy uderzają w siebie raz po razie. Czarny pot kapie im spod pach. Hardkorowa bieganina. Przyniesiony sprzęt serwuje rytm, dum drum bum ba bam, a Czarni napierdalają do kosza. Mało który nie trafia za pierwszym rzutem. Każdy z nich ma coś z rapera, tacy dumni, wyszczekani.
fragment 2 (Justyna):
Spotykam się dziś moją koleżanką/
fragment 3 (Krystian):
Dziś wychodzę na wielką bibę. Zasłużony wypełniacz wieczoru, który zapowiadał się nudny do cna, kiedy nie masz nikogo na utrzymaniu poza swoim małym. Żona gdzieś w planach, jakaś dobra, czuła żona. Nie kura domowa, ja nie z tych picusiów, co dybią na prokreacyjnogenne samiczki, by je usidlić i jechać przez resztę życia na cudzym poświęceniu. Ja jestem feminista rasowy, jak żona, to równocześnie kochanka, zadra mentalna, mobilizująca do wysiłku, do zarabiania kasy, przy takiej aż się chce, a jak się nie chce, ona robi tak, że wstydzisz się, kutas ci się kurczy, jądra pękają. Dzieci również lekko co nakreślone. Chłopak i dziewczynka. On ciemny szatyn, ona blondynka, milusia i słodziutka, skarb taty. Pakiet idealny. No ale na razie nic z tego. Jakoś Bóg Na Tej Szerokości Geograficznej uparł się, żeby nic mi nie wychodziło, oprócz narąbania się. Powinienem postarać się o jakieś konkretne dojście do niego, by przeprowadzić wywiad w mojej sprawie. Niech spodziewa się podchwytliwych pytań. Dopijałem rozgrzewniaka przed wyjściem z mieszkania, gdy przyszedł esemes od zapomnianej kobiety, jednej takiej z tych uroczych, którym wystarczy do szczęścia nieskomplikowany scenariusz (cytuję):
„Ugotuję ci obiadek, później seksik, później wyskoczymy do kina lub teatru, ty wybierzesz z repertuaru, kochanie. Po powrocie do domu znów seksik, później coś przekąsimy, a później jeśli staniesz na wysokości zadania, bo ja bardzo chętnie, kochanie, to znów seksik”.
Szkoda, że filmy oparte na takim scenariuszu wcale, a wcale mi się nie podobają. Zapomniana kobieta ma na imię Janka i pisze tak: „Jak tam, Krystian, twoje sprawy? Ja znów zakochana. Pewnie nie potrwa to długo, facet nudzi mnie. W przeciwieństwie do Ciebie”.
Ta wielkooka szatynka nie mogła się nudzić w moim towarzystwie, narzekać, że dłubanie w nosie jest o wiele bardziej wciągające niż moja obecność. Choćby się uparła, wyprostowała mój kręgosłup moralny wedle odpowiedniej skali, nic by nie wskórała. Nasz roczny związek miłosny miał rozpaść się na drobne nieprzyjemności.
A to szatan opilstwa namówił mnie do eksperymentów z mieszaniem rumu z whisky, brandy, jakąś najpodlejszą wódką i paroma innymi płynami o zajadłym charakterze. Po takiej miksturze nawet osiedlowy menel zgubiłby swoje portki razem z duszą gdzieś na mieście. Zzieleniałem w ciągu kwadransa, rękami młynki kręciłem, jakby ktoś nade mną sznurkami pociągał, trzeba było wzywać karetkę. Janka, choć niziutka z niej kobietka, okazała się wielka – dzielna, wytrzymała, opanowana. Zmusiła mnie do włożenia sobie palców do gardła. Trochę zeszło ze mnie tej trucizny. Podłączyli mnie do kroplówki. Czuwała nade mną, płacząc i czytając mi kojące moralnie bajki Andersena.
A to znów zamarzył mi się odjazd zupełny, jak to malowniczo przedstawiłem jednemu z moich licznych kolegów o imieniu trudnym do zidentyfikowania, w wysokoprężnym pojeździe zmontowanym w fabryce kokainy. No i pojechałem hen daleko, mały paskudny egoista. Znów interwencja Janki. Karetka, kroplówka, płacze, wyzwiska, bajki Andersena. Słowika i Dziewczynkę z zapałkami znałem na pamięć. Nie ogrzała mnie, marniałem jak ona.
W końcu, całkiem rozsądnie i na czas, Janka oświadczyła:
– Mam dosyć tych baśni, które mi wymyślasz. Są niestrawne, bez przesłania.
Miała rację. Znalazła sobie całkiem normalnego absolwenta prestiżowej szkoły ekonomicznej, który rozkręcał biznes z produkcją krówek. W porywie uzasadnionej awersji do mnie liczyła na słodkie lata w jego towarzystwie. Skończyło się na obitym policzku; młody biznesmen miał zdrowo narąbane pod sufitem i był zazdrosny nawet o reklamy, które oglądała Janka – jakiś facet w spocie dezodorantu, kierowca, piekarz, kucharz. Wydzierał się, że „pożera ich wzrokiem i gdyby pokazali jej swoje instrumenty, używałaby jak ostatnia”. Miała patrzeć wyłącznie na niego i jego biznesplany. Zamierzał dorobić się willi za miastem i trójki dzieci. Co najmniej trójki! To było o wiele za wiele dla nowoczesnej, niezależnej miednicy Janki, która wystraszona taką nielukrowaną wizją przyszłości zmusiła swoją właścicielkę do rozstania z agresorem. Zresztą bardziej sińce niż groźby nieumiarkowania w dziecioróbstwie przesądziły o decyzji mojej biednej Janki. Potem koleją rzeczy zaczęła skakać z kwiatka na kwiatek; bez opcji zapylenia. I niekiedy z czystego sentymentu słała mi komórkowe pytania i życzenia. Odpisałem, by utwierdzić ją w słusznej decyzji, że warto było mnie porzucić: „Odbezpieczyłem magazynek czterdziestoprocentowej nadziei. Niebawem wybieram się na poważne party... Pa, sarenko”. Niech cieszy się, że mnie porzuciła. Niekoniecznie ucieszyłbym się jej powrotem. Janka to matka-na-rozstajach. Sama nie wie, czego chce, a ja wiem: powinna jak najszybciej znaleźć sobie jakiegoś faceta z korporacji, najlepiej z branży detergentów, i oczyścić nim wszelkie swoje wahania, rozterki, dzieciaki spłodzić ekspresowo, zaoszczędzić na rachunkach za komórkę, kończąc z esemesami do mnie. Nie będzie miała też czasu na maile, wiadomości via Facebook, myśli tęskne w piątek o drugiej czterdzieści pięć na ranem. Mały oddech, sekunda, dwie sekundy, może nawet trzy, by sięgnąć odważnie po kolejną porcję rozgrzewniaka; pora odreagować wściekłą zajadłość stylistyki, rozrywającej przymiotnikowe płaty z poniżanego przeze mnie ciała polszczyzny, a tym samym poniżanego mnie samego, bo język jest mną, a ja jego szczekaczką, on jest moim kagańcem, obrożą i smyczą, a ja jego pieskiem wytresowanym w deklinacjach, koniugacjach i odmianach przez przypadki, zwinnym zwierzątkiem, które wgryza się w siebie, wyrywa sobie sierść, trzewia i cieplutkie żyłki, i mokrym pyskiem szczerzy głupie miny do wszystkich obserwatorów mojej profesjonalnej żenady, którzy złożyli swój cenny czas w ofierze dla moich pogłębiających się odchyleń, wyznań, spowiedzi, bełkotów, miłosnej przysięgi wreszcie, miłosnego wiarołomstwa na pewno. I tak dalej, im więcej łyków, tym więcej zapętleń, w sumie czemu nie, skoro tak. Opijam słowa, popijam słowa, topię słowa. Jestem zerem. Dzień za dniem, godzina za godziną, niestety, potrzebuję czwórki po mej lewicy. Razem tworzymy czterdzieści. Procent.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















