poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Z kabatki do wukadki

Na zdjęciu obok, ściągniętym ze strony WKD (Warszawskiej Koleji Dojazdowej, popularnie zwanej wukadką), do podróży zaprasza nowoczesny pociąg, w którym zapewne działa Wi-Fi, pachnie jaśminem, a na zawieszonych plazmówkach leci TVN24.

Jakie było nasze zdziwienie, gdy w niedzielne popołudnie wsiedliśmy do wyjątkowo wysłużonego rzęcha, chyba jeszcze z czasów p.n.G. (przed naszym Gierkiem); szok tym większy, kiedy przed chwilą jechało się metrem, które w tym przypadku pozwolę sobie nazwać
kabatką.

13.20, odjazd. Wiele hałasu o wszystko, cud, że to jedzie, miast stać przykładnie w muzeum kolejnictwa. Dłonie zaczęły się nam natychmiast kleić, stukotanie i kołatanie uniemożliwiło lekturę gazet i książek, za to mogliśmy przez pół godziny, w drodze do Nowej Wsi (stacja za Komorowem) podziwiać lepsze i gorsze podwórka i budy, sąsiadujące z trakcją, zachwycać się stadami kóz i kur, które szczególnie mnie fascynują ze względu na śmieszny sposób grzebania pazurami w ziemi.

Z kilometra na kilometr robiło się coraz bardziej swojsko, leśno, relaksacyjno. Efekt odmienności, jakiej nie doświadczysz w kabatce, wzmocniło siedzące naprzeciwko nas lokalne małżeństwo z synkiem. Ona miała dłonie, co niejeden worek kartofli już obrały, przez rajstopy przebijały niewydepilowane łydki. On, o paluchach jak bagietki, uderzyłby, to by zabił; dary natury pod paznokciami nie zachęcały mnie do wzmożonej analizy. Najbardziej żal było dzieciaka, siedział, nic nie mówił, rodzice o nic go nie wypytywali, potem się dziwić, że wyrośnie z niego mruk z problemami adaptacyjnymi. Wysiedli gdzieś w połowie drogi. Koniec atrakcji. Co robić, urocza znajoma żony zaprosiła nas na, uwaga, pierwszego w tym roku grilla, choć słońce na niebie w deficycie nie zapowiadało udanego pobytu.

A taki był, na szczęście. Ciekawi ludzie, mnóstwo śmiechu, do tego ciężkostrawna karkówka (grillowa klasyka w końcu), kiełbasa, przepyszna kaszanka, kiszone ogórki. Ja zawsze po takiej dawce mam złe sny. Także tym razem. To nie wina gospodyni, to moja przypadłość.

5 komentarzy:

robert pisze...

wkd rządzi:) aż mi się łezka w oku kręci gdy przypominam sobie jak do Agnieszki regularnie kolejką jeździłem. nie wiem jak wracaliście ale w nocy jechać wukadką do jest dopiero przeżycie. skóra cierpnie i strach głowę przekręcić

Kornaga pisze...

Dobre pytanie. Aż tak niebezpiecznie? Akurat zabraliśmy się z kimś samochodem. Czyli - ominęły nas jakieś atrakcje, których doświadczyłeś i którymi teraz bezczelnie się chwalisz?...

robert pisze...

ewidentnie ominęła Was masa atrakcji. od pijanych dresów, którzy będą chcieli ci wpierdolić bo masz za długie włosy, poprzez starsze panie które nie wiadomo z jakich powodów jadą ostatnią kolejką do wawy i opowiadają wszem i wobec jacy ludzie są "fałszywi", a najlepsi są napaleni małolaci z "dobrych domów", którzy na cały wagon opowiadają ile to oni wyrwali lasek, a drugie tyle ma kisiel w majtkach kiedy ich widzi

Kornaga pisze...

Toż to jeżdżąca pornografia. Cudownie.

robert pisze...

pornografia z lekką domieszką sado-maso