niedziela, 2 marca 2008

Znaleziony (porzucony)

Sobota. Huragan Emma dokazuje po Europie. Trzy dusze wyrywa z naszej polskiej ziemi. Niestety, PAP nie podała, czy wśród nich znajdują się bracia Kaczyńscy i eksminister niesprawiedliwości, Ziobro.

- Emmo, czemuś nie rozwiązała naszych problemów jednym skutecznym, chirurgicznym cięciem? A raczej podmuchem… - pytamy my, ludzie z układu literacko-kontestacyjnego.

Emma gardzi politykierstwem maluczkich. Woli kaprysić jak bizantyjska księżniczka, na jej skinienie ma stawać eunuchom, zawracać prądy Bosforu, srebro zamieniać w złoto. Późnym popołudniem Emma jest już medialną gwiazdą, nie ma serwisu informacyjnego, który by o niej nie pisał; gwałtownej sławy zazdroszczą jej wszystkie Dody tego świata. Emma zmusza drzewa do wytężonej gimnastyki, sztuki słabe za karę łamie. Skalpuje domy z dachów. Przegania ze stoków narciarzy; ci, z braku laku piją w góralskich restauracjach, odstawione narty płaczą w kącie, kijki treny wystukują, google ocierają resztki śnieżynek, a jak narciarze piją, to zamawiają więcej golonek, a jak więcej golonek, to więcej zmrożonej wódki, jedno drugie pcha, ciągnie, ciągnie, pcha, więc cieszą się górale, że Emma pustoszy portfele ceprów.

Ale my wychodzimy po dwudziestej i nie bój nic, przemy uparcie niczym Bolesław Chrobry na Grody Czerwińskie – do klubu pod Zachętą, Obiektu Znaleziony.

Obiekt jest spory, można by i w nim dwa wesela w wiejskim stylu wyprawić, pomieścić pieczone prosiaki, wujków, ciotki, księdza i jego kochanki. Znajome twarze zbierają się przy stoliku, w ruch idą banknoty, w ruch pędzą procenty. Szkoda, że nie można przebić się do Zachęty (drzwi zamknięte), zaliczyć parę ekspozycji, sztuką współczesną się napoić, by potem w odchamionym stanie bez wyrzutów sumienia pogrążyć się w innym stanie… Niestety, można korzystać tylko z Zachętowych toalet, znajomy pisuar, do którego, gdy jestem w galerii, odlewam moje rozczarowanie daną wystawą, tym razem zadowala się moimi trywialnymi rozważeniami na temat setów, którą grają w Obiekcie.

Może innym razem muzyka porywała, przyklejała do dance flooru, panny piszczały z zachwytu, lanserzy pieli kogucią pychą, jak im tu dobrze się bawić, skakać i umilać sobie chwile ulotne, jednak teraz, tak, właśnie teraz, gdy wbrew buforowi Emmy dotarliśmy z dalekich Kabat do miejsca, w którym pielęgnowalibyśmy naszą dekadencję przynajmniej do trzeciej nad ranem, właśnie teraz zapuszczają bez kwadransa oddechu smętne electro-coś-tam-między-housem-a-ziewaniem. I żadnego urozmaicenia, żadnego zmiłowania, bum, dum, drum, to samo, samo to, wciąż i ciąż, wciąż.

Więc ziewamy. A z nami ziewa Bo, a z Bo ziewa Magda, a z nimi ziewają Paulina i Justyna. Chór Ziewaczy postanawia zmienić sztukę.

- Jacy z nas klubingowcy, śpiochy ostatnie – kwituję z rozczarowaniem. Podobnie żona. Podobnie Bo, Magda, Paulina i Justyna. I nasi aniołowie, co nam stróżują od czasu do czasu, gdy św. Piotr nie zalega im z zapłatą.

Wychodzimy w poszukiwaniu nowych opowieści. Napitków, rozmów, skazańców. Tam, gdzie nie ma zadatków na fabułę, tam i żadnego ciekawego przesłania się nie wysmaży. Po drodze wykruszają się nam zastępy, choć pora jeszcze wczesna; zostaje kwartet dzielnych tancerzy, czyli my i Paulina z Justyną. Przez kwadrans krążymy w centrum W-wy, Emma trochę odpuściła, więc czujemy się śmielsi, szczególnie że i inni krążą. Lądujemy ostatecznie w Sheesha Lounge (byliśmy tam niedawno z okazji rocznicy poznania się).

- Witajcie, zasymilowani mudżahedini. I wy, słowiańskie nałożnice. Przyklejone do nowych panów, łaknięcie dreszczy z dodatkiem Koranu. Proszę bardzo, korzystajcie do woli. To nie boli, dziewicami nie jesteście.

Oh girl, jeśli jesteś white bitch, co zechce rozsmakować się w chocolate boys, Sheesha to najlepszy wybór. Kobieto młodociana, możesz być zaawansowaną adeptką szkoły tańca brzucha, z rozrośniętą na skutek tego miednicą, kobieto nieco bardziej leciwa, możesz być roztyta przez kalorie od nadmiaru spożytych węglowodanów, kobieto w ogóle, blond, ciemna, ruda, fioletowa, zielona, możesz być jakakolwiek, nie martw się, tutaj w Sheesha czekają na ciebie Murzyni, Arabowie, Hindusi, Marsjanie. Na pewno przyklei się do ciebie opalony fajką wodną i opity polską wódką czekoladowy szansonista, a twoje pulchne kształty będą jawić mu się bitą śmietaną na tiramisu, które spożyje tej nocy w imię Allahów i innych bóstw pustyni i wielbłądów.

- Mimo to fajne miejsce. Tak londyńsko – podsumowujemy. Jest taka świetna powieść, Londonistan, której bohaterami są dzieciaki z rodzin pakistańskich emigrantów. Nasz Warszawanistan nie narodzi się szybko. W sumie szkoda, im więcej kolorów na palecie, tym ciekawsze obrazy.

W końcu wykruszają się Paulina i Justyna, na parkiecie, konkretnie stylowej terakocie zostajemy my, wonder team. Że lubimy orientalne beaty, że didżej ma wyobraźnię i umiejętnie miksuje popowe przeboje arabskie z francuskim rapem czy latynoskimi wstawkami, że chcemy się wytańczyć za przeżyte ostatnio choroby, przez które warowaliśmy w domu jak ostatnie misie, idziemy na całość i normalnie pożeramy kolejne kawałki, skaczemy, kręcimy się, wirujemy.

W przeciągu kolejnej godziny nadrabiamy miesięczne zaległości, kto nie wierzy, niech sam spróbuje. Wypacamy kilka tysięcy kalorii, nogi nam się uginają, ręce opadają, serca biją coraz wolniej. Ciężko opuścić Sheeshę, grają coraz bardziej melodyjne i zwariowane kawałki, fanatyczni katolicy niech żałują i cieszą się jałowo tym swoim niczego niezmieniającym w ich życiu postem. Czasem taniec, radość i uśmiech to najlepsze przykazania miłości i oddania. Na depresję nie święta księga, a muzyka, taniec i dziewczyna.

- Uf…

Udaje się nam wrócić przedostatnim metrem. Jesteśmy bezgranicznie wyczerpani. Bez prysznica, bez namiastki Kamasutry padamy do łóżka i dajemy się upolować Morfeuszowi, a ten skurczybyk chwyta okazję i dociska nas tak kamiennym snem, jakiego dawno nie mieliśmy.

4 komentarze:

Lu pisze...

Żałuję, że Shishę odwiedziłem chyba w jakiejś innej galaktyce, bo ani tańców, ani swawoli, a nawet skocznych setów nie doświadczyłem. Była za to jakaś wyżerka, ciasnota białych, zapoconych kołnierzyków, nudne gadki i jeszcze nudniejsze flirty.
Dlatego zazdroszczę! Dobrze, że coraz więcej takich miejsc na dziurawej klubowej mapie Warszawy.

Kornaga pisze...

Bo jest inaczej, gdy impreza zamknięta, a inaczej, gdy free style i selekcja. My, najpiękniejsi ludzie w mieście, mamy wstęp do wszystkich klubów oprócz tych zrzeszonych z "Naszym Dziennikiem" etc.

KoReXoN pisze...

Melduje sie.
Heh, rozumiem, że teraz będzie notka z koncertu?
Dodam, że na św. pamięci Koszykowej też czasem dało się potańczyć, chociaż bardziej w formacie mp3.

Kornaga pisze...

Tak, czas na koncert niebawem. Niestety.