sobota, 29 marca 2008

Krople, fabuły

Popołudnie zainicjowało deszcz, deszcz zainicjował posępność, posępność zainicjowała zwątpienie – że idzie wiosna. To nie jest kraj dla soczystej wiosny, z jej atrakcjami typu latawce, dmuchawce i niższa inflacja. Co robić, można zanegować, nasrożyć się, usta zwęzić, uszy przyklapnąć, pachy skleić, brwi przyczernić tuszem, powiedzieć:

- A chuj, wypierdalam z tego kraju. Tak, wypierdalam pierwszym samolotem easyjet, wypierdalam w imię zasad, w imię dziesięciu przykazań, z których przestrzeganiem ten kraj, ta ziemia, o śpiący już wadowicki Ojcze Święty, ma poważne, wręcz patologiczne problemy.

Gdy mój brat wybiera anglosaską emigrację, może quasi, może constant, bo jak wiadomo, jednym Albion błogosławi, drugich w rynsztok spycha, Kubą Rozpruwaczem szczuje, kto to wie, kto to ustali, ja tu, na tym padole łez muszę walczyć o swoje z żoną dzielną, zdolną u boku, dbać o somę, o psyche, o żołądek, o jądra, o wszystko. PIT-y rozliczone przez bystrą księgową, a gówno, panowie z urzędu skarbowego, żadnych dopłat, pierdolcie się, żadnych dopłat, co nasze, przepijemy markowymi wódkami, i nic wam do tego, postkomunistyczni krwiopijcy!

Gdy gdzieś tam w Albionie dobrobyt zakwita, mnie tutaj powszechna chujowizna chwyta, o nie, koleś, nie ma lekko, masz pańszczyznę do odrobienia, do roboty, paskudny leniu.

Więc słucham, nie pyskuję, zadane książki kupuję, czytam. Taśmowo, hurtowo, stachanowiec czytania, nie mogę inaczej, skoro sam piszę, to czytanie jest moim obowiązkiem, rozkaz wykonać, zawsze nim było, jedyne czyste przekonanie, absolutnie naturalne, które sprawiało i sprawia mi przyjemność. Gdybym miał zapodawać wszystkie tomy na tym blogu, zamieniłby się on niechybnie w wortal recenzencki, a na tym mi nie zależy. Raczej wrażenia ogólne, odczucia, niż surowe krytyki, konstatacje, analizy.

I tak, Królowa Tiramisu autorstwa mojego byłego redaktora Gangreny, B. Sławińskiego, skonsumowana przez ostatnie dni. Mam z tą książką pewien problem (także ze względu na to, że znam doskonale autora, wiele mnie z nim łączy, cenię jego wiedzę, dowcip i tysiąc innych drobiazgów, co niewątpliwie sytuuje mnie na antypodach w miarę obiektywnego spojrzenia na jego dzieło, więc niech mi wybaczy ewentualne umizgi lub ich zaprzeczenie; na pewno doceni, że przeczytałem jego książkę od deski do deski, najdokładniej jak to możliwe, po prostu niczym skaner, nie człowiek). Podoba mi się inwencja językowa autora, podoba mi się eklektyzm stylistyczny, który sprawia, że szczególnie na początku chłonie się każdy akapit, natomiast - co przyznaję bez bicia i obłudy niedomówień – nie podoba mi się jego (wręcz przyrodzony) brak inwencji fabularnej, rezygnacji z pełnokrwistości scenicznej, jakże niezbędnej, by stworzyć porywającą powieść, a jeśli nie powieść, to zwyczajną opowieść, która sprawia, że angażujemy się w świat bohatera i chcemy wiedzieć, co dalej; ponadto irytuje brak co chcę przez to wszystko powiedzieć. Być może takie było założenie albo kres możliwości kreatywnych, więc każdy osądzi to na swój sposób, sięgając po tę książkę. Naturalnie, jako powieść debiutancka ma swoje zalety, a te zalety – jakie by nie były – to wiara w słowa, w synonimy synonimów, w niezliczone potoki słowotoku, które spływają z hukiem na czytelnika, zdania podrzędnie złożone, w nieskończoność rozłożone, tysiące przycinków, po których kolejne przycinki, watahy cytatów, cytat goni cytat, nawiązania, odniesienia, aluzje, podchody, puszczenie oka, puszczanie pawia, wiara, że to się czytelnikowi spodoba, zauroczy go, emocjonalnie poruszy. Jak wiadomo, wiara o niczym jeszcze nie przesądza, więc najbliższe tygodnie pokażą, czy intencje autora zostaną adoptowane i docenione, czy odrzucone jako przykład bezproduktywnej prozy eksperymentalnej; nie wiem. 1) Królowa przypomina jeden wielki wiersz, iskrzący się od gierek słownych, metafor, inwersji, onomatopei etc. 2) Królowa nie przypomina powieści, to raczej esej literacki, rozpisany na papierowe postaci (co nie jest wadą), które mają do odegrania pewne role i spełniają się w nich znakomicie, w konwencji założonej przez swojego twórcę.

Jeśli poruszam kwestię powieści, w której świat się wchodzi, wręcz tonie, aż tchu na świat zewnętrzny przestaje brakować, encyklopedycznym przykładem jest To nie jest kraj dla starych ludzi McCarthy’ego, nad którego Drogą niedawno tak się rozpływałem z zachwytu; i słusznie. McCarthy to dla mnie pisarz-ideał: jest ekstremalnym przykładem przekaźnika, który ma tylko jedno zadanie – opowiedzieć nam obrazowo w adekwatnym do przedstawionego świata klimacie pewną historię. Czyni to znakomicie. Nie zdążyłem jeszcze skończyć tej powieści, obejrzałem tylko film, który pozostawił niedosyt, pytanie: I co z tego? Ciekawe, czy powieść nadrobi tę lukę.

2 komentarze:

robert pisze...

Dawid, nigdy sie nie zawiodłem na tym co polecasz do czytania tak i tym razem kupię tę książkę.

Kornaga pisze...

Ale pewnego dnia na pewno cię zawiodę (oby nie własną książką!) i cóż, będę musiał oddać kasę na nieudaną pozycję:)