poniedziałek, 17 marca 2008

Rigoletto

Zanim w niedzielę nastąpiło bliskie spotkanie z kulturą wysoką, w sobotę trzeba było oddać rozrywce, co jej się należało.

Cel: Sheesha Lounge. Bohater wieczoru: Brat, który przyleciał na dwa tygodnie z Anglii. Plan drugi: fajka wodna, butelka wina i przemycona do klubu wódka Luksusowa w stylowej piersiówce, dolewana do coli i jedynego zakupionego drinka. Plan trzeci: sporo gangsterki i czekoladowych chłopaków. O ile Arabom aż wypada się bawić w Sheeshy, to gangsterka przyjeżdża wydawać w modnym miejscu kasę i zrywać kręcące biodrami laski. Na występkach wszelakich zarobioną kasę. W efekcie w klubie alkohol jest naprawdę drogi. Poza tym jeśli barman wlewa 40 ml wódki do drinka, to żeby mnie cokolwiek ruszyło i pognało, to musiałbym wypić takich drinków z sześć, siedem, może osiem. Przemytniczy proceder bardzo nam się powiódł (aż niebezpiecznie zakręciło), bawiliśmy się do wyczerpania baterii. Arabskie, mocne beaty przefiltrowane przez zachodnie syntetyzatory potrafią wywrócić żołądek na opak, wymłócić wątrobę, a jelita przerobić na węzeł gordyjski.

Opera po niedzielnym obiedzie, nie byle jaka, mroczne Rigoletto. Sporo międzynarodowych wykonawców. Najbardziej poruszył nas nieprawdopodobnie piękny sopran urugwajskiej artystki Luz Del Alba. Rozchodzi się pod skórą jak te robaczki w horrorach, z tą różnicą, że nie boli. Wciska w fotel, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ona nie zrobiła sobie jakiejś operacji, by wzmocnić tę niewiarygodną tonację. Tak jak w Blaszanym bębenku karzeł Oskar potrafił głosem/krzykiem roztrzaskiwać szklanki czy szyby, tak znalazł godnego naśladowcę w osobie Urugwajki. Kiedy w sławnej scenie na cztery głosy baryton i tenor zdawały się początkowo zdominować przestrzeń dokoła, tak wystrzelona sopranowa rakieta z gardła Del Alby starła przeciwników na proch. Są różne soprany, ten prawdopodobnie jest jednym z najpiękniejszych barwą i wysokością. Biedny dentysta, któremu pani Luz krzyknie niechcący w ucho podczas leczenia kanałowego.

Praktycznie przez ten weekend nie napisałem ani słowa. Życie pisało mnie. Sporo narowistych akapitów. Dosadnych przypisów. Tekst niewyjustowany. Warto było. Domatorzy niech drapią się po tyłkach.

3 komentarze:

robert pisze...

bo od pisania trzeba czasami odpocząć.

Lu pisze...

Od imprezowania również - czasem :-)

Kornaga pisze...

Od nieimprezowania - też...