Zresztą coraz więcej pełnoprawnych obywateli wybiera związki z robotami. Wciąż zdają się pełne wad. Zacinają się podczas kopulacji. Nie nadają się w pełni do zaawansowanych konwersacji. Wyprowadzając wózek z dzieckiem na spacer nie gwarantują, że powrócą z tym samym wkładem w środku. Jednak są i zarządzają ogromem spraw ważnych i nieważnych, bo dzięki nim wszystko naprawdę staje się prostsze i łatwiejsze do wykonania. Jak spełniona wróżba. Wciąż regularnie aktualizowane zyskują coraz więcej w przestrzeni społecznej kosztem jednostek biologicznych zakwalifikowanych jako mniej przydatne. Nie ma praktycznie regulaminu danego modułu mieszkalnego czy handlowego, w którym by nie uwzględniono obecności roboto sapiens, jak się je przekornie nazywa. Może tylko w Indiach, gdzie nie czci się już krów, za to miłuje szereg przedziwnych zabobonów, nadal godzą się na pracę ludzi z przestarzałego systemu kastowego w oczyszczaniu systemu kanalizacji. Typowy model roboto sapiens nic sobie nie robi z defekacyjnych resztek człowieka czy zwierzęcia. Sprząta bez żachnięć. Nie wie, co to fochy. Obrzydzenie dla niego nie istnieje. W Zjednoczonych Emiratach i Kalifatach Arabskich wykorzystuje się roboto sapiens do egzekucji przeciwników politycznych. Jak na przykład po stłumieniu powstania w egipskiej Aleksandrii. Czy czystkach rasowych na przedmieściach Algieru. Ustandaryzowany w danym programie czynności roboto sapiens nie ma rozterek, czy wbić skazanemu ostrze w serce, czy poszatkować rękę do ramienia, czy może odciąć uszy, nos i końcówkę podbródka. (...) Kogo później oskarżyć za dokonane zbrodnie, debatują na globalnych e-panelach przyszli prawnicy. Zresztą prawo jako takie przestaje obowiązywać, klasyczne kodeksy karne tracą na znaczeniu jak ostatnie papierowe waluty państw, które opierały się kompleksowej digitalizacji. Wyroki ogłaszane zostają na podstawie komplementarnego zestawienia algorytmu Nemezis, zasysającego wszelkie dane powstałe podczas procesu. Nie znasz dnia, ani godziny, w którym odegrasz rolę Józefa K. na miarę nowej epoki.
środa, 15 marca 2017
wtorek, 7 marca 2017
PolandJa: Ballada o Januszach
Kolejne wątki scenariusza czerpią z książek Dawida Kornagi (który sam wciela się w postać ofermy, zmuszonego do oddania „za karę” połówki kebaba). Kornaga to autor błyskotliwy, dowcipny i inteligentny, doskonale czujący współczesność, tropiący naszą narodową ksenofobię i cywilizacyjno-geograficzne rozdarcie. Pomysł Olenckiego, aby sięgnąć po jego prozę, jest wart uwagi. Więcej na leonfilm.pl
poniedziałek, 20 lutego 2017
PolandJa. Kebab z polskich fobii
Nie uśmiejecie się do łez. Raczej będziecie się śmiać przez łzy. Pod pretekstem komedii twórcy „PolandJa” dali nam mądry film. O naszych fobiach, nienawiściach, strachu, ale i o marzeniach i miłości, które się spełniają, o ile mamy odwagę zaryzykować, albo zwyczajnie na powrót być sobą. Film ważny także dlatego, że niezmiernie aktualny. Czytaj dalej
środa, 11 stycznia 2017
Premiera filmu PolandJa już 17 lutego br.
Już 17 lutego będzie miał premierę film PolandJa, debiut fabularny Cypriana T. Olenckiego. I ja maczałem pióro w powstaniu tego komediodramatu jako współscenarzysta oraz kierownik literacki. Akcja toczy się w przeciągu 24 godzin, drogi bohaterów przecinają się w kebabowni Stambuł...
Z ciekowostek, kto czytał Znieczulenie miejscowe, Cięcia, a także Berlinawę, szczególnie zaś opowiadanie Stambuł z antologii Piątek, 2:45, z łatwością rozpozna pewne wątki, klimat i teksty, które zainspirowały nas do stworzenia części scenariusza filmu PolandJa.
Poniżej pierwszy zwiastun
piątek, 20 maja 2016
wtorek, 10 listopada 2015
Nowa proza - Przerwany sen Kashi
Nawet najbardziej krnąbrne mądrale muszą przyznać, że najgorsze sny to takie, które kończą się gwałtownie, przerwane niechlujnie jak pępowina przez doszczętnie pijanego położnika, co zrobił swoje, by legnąć po chwili na podłodze porodówki we własnych wymiocinach, obojętny na kwilenia niemowlęcia i pojękiwania matki.
I to właśnie, tak mniej więcej, przydarza się Kashi.
Kashia ma swoje powody, żeby obudzić się około czwartej nad ranem, przejechać dłonią po obficie spoconym czole, po czym w naturalnym odruchu wytrzeć mokre końcówki palców o rudą, kędzierzawą czuprynę Daniela. Albo Teo. Precyzując, ta męska jednostka biologiczna, pomimo swoich dwudziestu dziewięciu lat nie ma ani jednego włoska zarówno na głowie (wypadły zaraz po dojrzewaniu), jak i na całym ciele (laserowo wydepilowane). Rozmaże mu je więc z impresjonistyczną pasją na czole, niech spłyną prosto w kąciki ust, podrażniając receptory naturalną solanką.
Daniel i Teo.
Śpią, ba, niekiedy pochrapują w najlepsze po obu stronach Kashi. Każde z nich przykryte jest osobną kołdrą, wedle ustaleń, żeby nie dochodziło do niepotrzebnych, fakultatywnych zbliżeń. Jak równo, to po równo, ustalili na samym początku, kiedy wpadli we własne objęcia. Dotychczasowy status relacji: sto osiemdziesiąt dni razem. Od pamiętnego zjazdu Rekonkwisty w superpolii Trójmiasto. Namiętną spontaniczność ułatwił fakt, że odurzeni byli ośmiokrotnie wydestylowaną wódką z domieszką ultrametamfetaminyR+, więc wszelkie złożone wówczas w amoku i jękach przyrzeczenia należy traktować z uzasadnioną pobłażliwością. Więcej w nowym numerze kwartalnika Wakat 28-29
piątek, 21 sierpnia 2015
piątek, 10 lipca 2015
Twórczość o Berlinawie
Wartki, soczysty, nie stroniący od dosadnych sformułowań dosadny styl narracji, błyskotliwe porównania, lingwistyczne gry ze skojarzeniami oraz radosne słowotwórstwo - językowa przestrzeń książki Dawida Kornagi fascynuje ostrym, szczerym przekazem, finezyjnie podszytym mocno ironicznym poczuciem humoru. Mówiąc krótko: Berlinawa to nowoczesna, drapieżna polska proza w naprawdę dobrym wydaniu. Więcej w najnowszym numerze Twórczości (2015, nr 7)wtorek, 17 marca 2015
wtorek, 10 marca 2015
Spotkanie w Instytucie Goethego w Warszawie
Świat po polsku i świat po niemiecku
Spotkanie z Dawidem Kornagą, autorem powieści Berlinawa
Prowadzenie: Tomasz Ososiński
Instytut Goethego w Warszawie, ul. Chmielna 13A
sala 119
13 marca, godz. 18.00
piątek, 13 lutego 2015
Sendecki o Berlinawie
Przyznać trzeba, że Kornaga postawił sobie zadanie dość ambitne, bo perypetie dwóch głównych bohaterek, uroczych Oli i Uli, wiążą się nie tylko z zaślubinami Berlina z Warszawą, lecz znacznie bardziej egzotycznym stykiem hipsterstwa z naziolami obojga narodów. Więcej na stronie Art & Business
niedziela, 8 lutego 2015
Wywiad dla Art Papier
A.Ł.: W Twojej najnowszej książce odbywamy topograficzną wycieczkę po dwu miastach. Najpierw poznajemy Berlin, w kolejnej części przenosimy się do Warszawy, aby w finalnym rozdziale znaleźć się w tytułowej Berlinawie. Czy pisząc książkę, empirycznie krążyłeś pomiędzy tymi stolicami? Zresztą ta niemiecka destynacja wydaje się popularnym kierunkiem młodszego pokolenia pisarzy. Jak sądzisz, dlaczego Berlin tak mocno przyciąga?
D.K.: Nie to, żebym chciał podważyć cudze zasługi, ale nie znam żadnej publikacji w polskiej współczesnej literaturze, która by tak mocno, bezkompromisowo i bez bydlęcego zachwytu „osiadłego emigranta” eksplorowała, nawet reportażowo, Berlin. O „Berlinawie” nie wspomnę(śmiech). Mogę iść w szranki z każdym autorem, kto lepiej orientuje się w klubach, eventach, pewnych specyficznych miejscach czy przysłowiowo kuma bazę czysto berlińskiego rapu. Nawet z autorami znad Sprewy. Fakt, znam dobrze niemiecki, więc mam ułatwione zadanie, no ale właśnie. Rory Maclean w swojej książce „Berlin: Imagine a City” napisze, że to miasto cierpi na wieczną niestałość, zmienia się ciągle i to określa jego tożsamość. To pociąga tych, którzy poszukiwali zmiany również w sobie. Choćby pisarz Christopher Isherwood czy David Bowie. Długo by wymieniać ten streaming idei i ciał. Berlin, w którym rozkwitł nazizm, przez ostatnie 25 lat spłaca swój dług, za który i tak został już ukarany Murem. Spłaca właśnie kultem wolności i poszanowania inności. Szacunkiem dla natury oraz odmienności, również związanej z preferencjami seksualnymi. Berlin jest zachwycającym wzorem tatuażu, którym warto się „dziarać”, poznając kolejne odsłony tego unikalnego lifestylu, który jedynie chyba z Amsterdamem po godzinie 2:45 mógłby się mierzyć, lecz zapewniam, bez takich ostatecznych konstatacji. Berlin od wieków tworzyli przyjezdni – w przeciwieństwie do innych niemieckich miast czy landów. Wpierw niderlandzcy rzemieślnicy, którzy pomogli osuszyć dzisiejszą, historyczną dzielnicę Mitte, po nich pojawili się Szkoci i Francuzi. Wreszcie po drugiej wojnie światowej Turcy, no i my. My! Germańska nietolerancja i poczucie rasowej wyższości chcąc nie chcąc musiało skapitulować, choć pół na pół, przed takim napływem. Berlin to najbliższe nam miasto-metropolia, bez starówkowych projekcji i pretensji, więc siłą rzeczy kontrapunktem jest Warszawa. Zestawienie symboliczne, nie ukrywam. Jednak reszta była ciężką pracą, okupioną przyjemnością zagłębiania się w dwóch żywych, miejskich organizmach. Prątki i krętki. Róże i kolce. Można rzec, podpiąłem się do dwóch kroplówek, a w każdej esencja danego miasta, i tak żywiony ich charakterami, będąc nieustannie to tu, to tam, budowałem cierpliwie niejednoznaczny świat „Berlinawy”. Więcej na stronie
D.K.: Nie to, żebym chciał podważyć cudze zasługi, ale nie znam żadnej publikacji w polskiej współczesnej literaturze, która by tak mocno, bezkompromisowo i bez bydlęcego zachwytu „osiadłego emigranta” eksplorowała, nawet reportażowo, Berlin. O „Berlinawie” nie wspomnę(śmiech). Mogę iść w szranki z każdym autorem, kto lepiej orientuje się w klubach, eventach, pewnych specyficznych miejscach czy przysłowiowo kuma bazę czysto berlińskiego rapu. Nawet z autorami znad Sprewy. Fakt, znam dobrze niemiecki, więc mam ułatwione zadanie, no ale właśnie. Rory Maclean w swojej książce „Berlin: Imagine a City” napisze, że to miasto cierpi na wieczną niestałość, zmienia się ciągle i to określa jego tożsamość. To pociąga tych, którzy poszukiwali zmiany również w sobie. Choćby pisarz Christopher Isherwood czy David Bowie. Długo by wymieniać ten streaming idei i ciał. Berlin, w którym rozkwitł nazizm, przez ostatnie 25 lat spłaca swój dług, za który i tak został już ukarany Murem. Spłaca właśnie kultem wolności i poszanowania inności. Szacunkiem dla natury oraz odmienności, również związanej z preferencjami seksualnymi. Berlin jest zachwycającym wzorem tatuażu, którym warto się „dziarać”, poznając kolejne odsłony tego unikalnego lifestylu, który jedynie chyba z Amsterdamem po godzinie 2:45 mógłby się mierzyć, lecz zapewniam, bez takich ostatecznych konstatacji. Berlin od wieków tworzyli przyjezdni – w przeciwieństwie do innych niemieckich miast czy landów. Wpierw niderlandzcy rzemieślnicy, którzy pomogli osuszyć dzisiejszą, historyczną dzielnicę Mitte, po nich pojawili się Szkoci i Francuzi. Wreszcie po drugiej wojnie światowej Turcy, no i my. My! Germańska nietolerancja i poczucie rasowej wyższości chcąc nie chcąc musiało skapitulować, choć pół na pół, przed takim napływem. Berlin to najbliższe nam miasto-metropolia, bez starówkowych projekcji i pretensji, więc siłą rzeczy kontrapunktem jest Warszawa. Zestawienie symboliczne, nie ukrywam. Jednak reszta była ciężką pracą, okupioną przyjemnością zagłębiania się w dwóch żywych, miejskich organizmach. Prątki i krętki. Róże i kolce. Można rzec, podpiąłem się do dwóch kroplówek, a w każdej esencja danego miasta, i tak żywiony ich charakterami, będąc nieustannie to tu, to tam, budowałem cierpliwie niejednoznaczny świat „Berlinawy”. Więcej na stronie
niedziela, 28 grudnia 2014
Ostaszewski o Berlinawie
(...) Aż napisał Berlinawę. Jak dla mnie, bezsprzecznie najlepszą powieść w swoim dorobku i jedną z najbardziej intrygujących książek 2014 roku. Więcej na stronie Instytutu Książki
środa, 24 grudnia 2014
Interia o Berlinawie
Ola i Ula. Dwie skrajności. Jedna i druga, choć silna i stanowcza, w głębi duszy jest zagubiona, poszukuje swojej drogi w życiu, wpadając przy tym w coraz większe tarapaty. Paradoksalnie wychodzą na prostą, a przynajmniej zaczynają dostrzegać światełko w tunelu, kiedy ich drogi, jakże odmienne, przecinają się.
Czytaj więcej na http://facet.interia.pl/po-godzinach/news-czytanie-jest-meskie-berlinawa,nId,1579973#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome
Czytaj więcej na http://facet.interia.pl/po-godzinach/news-czytanie-jest-meskie-berlinawa,nId,1579973#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome
poniedziałek, 10 listopada 2014
Krytyczym Okiem o Berlinawie
niedziela, 28 września 2014
24 godziny z życia pisarza
"Ostatnie dwa lata podporządkowane były »Berlinawie«. Wyjazdy, wyloty, wojaże", mówi Dawid Kornaga, autor bestsellerowej powieści "Gangrena". Właśnie ukazuje się jego nowa książka. "Berlinawa" to opowieść o dwóch kobietach i dwóch miastach. Fascynująca.
poniedziałek, 8 września 2014
poniedziałek, 16 grudnia 2013
BERLINAWA, oficjalny tytuł nowej powieści
Planowany termin wydania: czwarty kwartał 2014 r.Fragment 1:
Nim jednak zaczęły się te plagi, przenieśli ich do Berlina Wschodniego. Nie na długo. Zjednoczenie. Zburzenie muru. Starych porządków. Przydzielili im trzypokojowe mieszkanie w dzielnicy Neukölln, niedaleko Hermannplatz. W przeciągu dekady eksplozja emigrantów, legalnych i nielegalnych, Hindus na Pakistańczyku, Wietnamczyk na Chińczyku, Turek na Egipcjaninie, Polak na Rosjaninie. Uwe zaliczył parę złamań nosa autorstwa butnych Osmańczyków czy Tunezyjczyków. Nie, żeby to przesądziło o jego światopoglądzie. Ojciec nieoczekiwanie wrócił do zawodu. Szkoła wieczorowa dla dorosłych. Dzielnica fundowała lekcje historii dla emigrantów. Katja była dwudziestosiedmioletnią Ukrainką z Kijowa. Khatia, tak zapisywała swoje imię. Załapała szybko akcent. Razem z Klausem. Wiotka, słodka, długowłosa. Niekoniecznie typ kurwiszona. Dobra kobieta, spragniona miłości, czułości, rodziny. Łatwiej zacząć z facetem po przejściach, taki cokolwiek posiada i nie ma złudzeń, kto tu rządzi. Niby jego portfel, lecz uroda, młodość, seksapil niejedne imperium podbiły.
Katja wprowadziła się do Klausa. Nie próżnowała. Dom wysprzątany jak nigdy dotąd. Ubrania Uwe wyprasowane, że rodzona matka by pozazdrościła. Klaus zauroczony. Szybki ślub. Uwe wtedy nie jarzył. Nie rozumiał, że Katja zrobi wszystko, byle dostać obywatelstwo i już nigdy nie wrócić na wschód. Starsza od niego o zaledwie dziewięć lat zdawała się posiadać wiedzę roztropnego mędrca. Ojciec wyjechał na dwa dni do sióstr. Katja się nudziła. Uwe nieco przypalony wrócił około północy. Macocha zażartowała, że doniesie Klausowi. A co mam zrobić, żeby tak nie było? Katja nie odpowiedziała, przyciągnęła młodzieńca do siebie, jej pyszne trójeczki wcisnęły się mu w tors. Poszło gwałtownie, wielokrotnie. Była nienasycona. Jakby zmęczona pozornymi wyczynami ojca. Syn dopiero zaczynał, tamten kończył. Który lepszy? Prosta odpowiedź.
Dwa lata żyli tak w trójkącie.
Z tym, że Klaus nie miał o nim pojęcia. Pewnie w końcu by się dowiedział, Katja potrafiła pod stołem położyć stopę między udami syna swojego męża. Zawał serca udaremnił byłemu nauczycielowi jakiekolwiek podejrzenia, łącznie z opcją rozwalenia juniorowi szczęki i wygnania cudzołożnicy. Tak jak przez całe życie w DDR marzył o podniesieniu się Rzeszy z przegranej wojny, po zjednoczeniu nadmiar wolności, przybyszów i Westi zniechęcił go i podgryzł rojenia. Choć naokoło wszystko zakwitało, przebudowywało się, burzyło stare, wznosiło nowe. A on co? Przejęty jakąś kłótnią o papier na ulicy, może to była puszka po piwie, może psia kupa, nieważne. Wrócił do domu, zdjął buty, zaklął, położył się na tapczanie i umarł.
Fragment 2:
Fragment 2:
Widzi wyłaniający się emotikon, usta całuśne, mariomagdalenowe, kuszące, nęcące, i święte, i kurewskie, a proszę, dzielcie się, korzystajcie, och Haneen, zmysłowości Berghainowe, czas odwleczony będzie czasem nadrobionym ponad przyzwoitość, zobaczysz, ponad przyzwoitość. Olą wstrząsają dreszcze gdzieś w dolnych partiach lędźwi, tak przyjemnie, tak zachłannie, seksuolodzy, psychoterapeuci, tym bardziej ginekolodzy nie mają pojęcia o zatracającej intensywności tego zmysłowego wzruszenia, dopowiada sobie Ola, kolejną łezkę z kącika oka wycierając. Jak jej porno, jak jej pornolo się zrobiło, tylko ona wie i jeśli wszystko potoczy się w dobrym kierunku, wkrótce zasmakuje w tym i Haneen.
Fragment 3:
Fragment 3:
W arschauer Platz tonie w ludziach. Jak przeładowana arka Noego. Tu schodzą się i rozchodzą grupki imprezowiczów, dowożonych przez wysłużoną linię U-bahn 1. Pobliski klub Matrix, otwarty 365 dni w roku, pożera kolejne ich mioty. Ma cztery przełyki, dziesięć żołądków, dwa odbyty i bystre oczy selekcjonerów. Są pobłażliwi jak syci esesmani. Nadmiar ślicznych kobiet, wchodzących do środka, robi swoje. Sublimuje najgorszych skurwysynów. Nieuleczalne zakapiory chowają testosteron po kieszeniach. Urodzeni agresorzy przywdziewają maski przymilności. Gotowi na stawianie drinków. Odgrywanie dżentelmenów stąpających po czerwonych dywanach, a nie kałużach krwi ich zamordowanych przed chwilą przeciwników. Odstawiają postaci z kreskówek, które robią śmieszne miny, byle przekonać, jakie z nich fajowe typy, nic ci nie grozi, sam fun, sam miód, mała, przestrogami mamusi się nie przejmuj, stara nie wie, co nadaje, zazdrości ci młodości, to i przestrzega przez złem tego świata. Tej nocy wiele niewinnych dziewcząt berlińskich nadzieje się na zakamuflowanych bandytów, którzy ujawnią się w mrokach sypialni albo na tylnym siedzeniu samochodu. Lub w innych, niekoniecznie miękkich i wygodnych miejscach, do których zwiodą za pomocą uroku osobistego czy pigułki gwałtu te durne, naprute Nutten, jak potem powiedzą kumplom, pokazując zdjęcia ze swoich dokonań, typowych dla stron z twardą, wręcz skalną pornografią.
czwartek, 3 października 2013
Hiro nr 38 - nowy felieton
Zamiast
wyjechać w ucieszny zakątek, gdzie morza szum, ptaków śpiew, o
pływających majestatycznie łabędziach nie mówiąc, gdzie cisza,
spokój, afirmacja jestestwa, mnie ciągnie tam, gdzie emocje drzemać
nie lubią, zamiast morza szumu odgłos spływającego z butelki do
kieliszka wina, piwa, wódki, ptaki zastąpione przez klaksony, gwar
gawiedzi, cisza skanselowana, spokój może po trzeciej nad ranem, o
ile! Afirmacja dziania się, słowem, ni chwili, by odetchnąć,
odpocząć od nie wiadomo czego i dlaczego. Szatan gorączki
opanowuje mnie od stóp do głowy. Ale właśnie tu, w Polsce. Też
tak macie? A może jednak spokojniej, bardziej wysublimowanie, daleko
od ludzi, w ustroniu, w toi-toi, gdzieś tam, gdzie wzrok nie sięga,
a jak sięga, to ledwo, ledwo.
Więcej w wydaniu papierowym lub elektronicznym.
sobota, 7 września 2013
Fragment z pisanej powieści
Niczego
nie potrzebuje. W ogóle ma w dupie tych, co mówią, że kobietę
powinno otoczyć się troską. Zapewniać jej dostawy zdrowej
żywności. Ochronę. Wyrozumiałość. Jak jakiejś łani w
rezerwacie przyrody. A potem przyjdzie czas odstrzału, kiedy się
zestarzeje. Nie, niczego nie potrzebuje. Ani od mężczyzn, ani od
kobiet. Najchętniej podarowałaby sobie sadomasochistyczną fangę w
nos. Kilkanaście godzin temu inni jej to zafundowali. Może rachunki
zostały wyrównane? Może teraz karta jest czysta i nie ma co się
roztkliwiać nad odsyłaczami do dziesięciu przykazań?
Nikt
nie zrozumie Oli. Łącznie z nią samą.
piątek, 9 sierpnia 2013
Hiro 37, nowy felieton
Żeby
zrozumieć Saszę, którego poznałem gdzieś pod Syrakuzami, trzeba
pokrótce poznać przyczyny jego euro-, fonetycznie po ukraińsku
jeurooptymizmu. Sasza jest pięćdziesięcioczteroletnim lwowianinem,
który dosłownie poczuł na karku upadek Związku Radzieckiego i
przytłaczający portfel ciężar transformacji. Miał prostą opcję:
albo będzie dziadem, albo kimś. Bez opcji hamletyzowania. Lata
dziewięćdziesiąte, opowiadał całkiem sprawną polszczyzną, to
nieustanne wyjazdy. Biznesowe, jeśli można je tak eufemistycznie
podsumować. Sasza był w Polsce więcej niż... Polak. Praktycznie w
każdym województwie. Handlował mięsem. Brzmi niewinnie. W
praktyce oznaczało masowy przemyt.
Więcej w wersji drukowanej lub zdigitalizowanej.
niedziela, 7 lipca 2013
poniedziałek, 17 czerwca 2013
poniedziałek, 13 maja 2013
czwartek, 11 kwietnia 2013
Wywiad dla Krytycznym Okiem
Jesteś pisarzem, który zaskakuje wciąż na nowo. Każda kolejna Twoja książka – a jest ich trochę – to zupełnie nowe oblicze; inny styl, inna historia. Prawie jak pięćdziesiąt twarzy Kornagi! Wiem, że ciężko pracujesz i szykujesz coś nowego. Zacznijmy od książki, której jeszcze nie ma, ale się tworzy. Co to będzie?
Aż takim stachanowcem nie jestem, przez dekadę wydałem dopiero sześć powieści, do tego trochę opowiadań w kilku antologiach. Nie mnie mierzyć się z mistrzami sado-maso, co wystukują kolejne produkcyjniaki. Dla mnie zmiana stylistyki, problematyki i innej „-yki” to, jak kiedyś u Davida Bowie, cały proces, który wchodzi również w mózg. I na mózg. Wpływa na wygląd. Na język, którym się posługuję też na co dzień. Nie uprawiam jednak kabaretu przebieranek literackich. Pozostając sobą, staram się szukać nowych melodii. Nowych akordów stylistycznych i fabularnych. Więcej na Krytycznym Okiem
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Hiro nr 33 - felieton Antyselekcjonerzy
Pewnie
kiedyś przydarzyło się to każdemu z nas. Bez względu na kolor
skóry czy markę komóry. Idziesz sobie z wesołą gromadką do
klubu. Wchodzą koleżanki, koledzy, a ciebie pytają o kartę
członkowską. Jak to? A tak to, odpowiadają grzecznie. Bez niej no
enter. Spróbuj się stawiać, nie dość, że cię nie wpuszczą, to
jeszcze mogą skopać na dobranoc.
Zdroworozsądkowo
włączasz opcję układnego lizusa. Pytasz o prawdziwą przyczynę.
Selekcjoner, często to ona, kobiety są bardziej konsekwentne w tym
fachu, kiedy mówią nie, to nie naprawdę znaczy nie: Mamy już
komplet. Ku twojemu zdziwieniu stojąca za tobą para fajnych
chłopaczków zostaje właśnie wpuszczona. Czujesz się jak impotent
na targach erotyki. Odpuszczasz. Człapiesz przed siebie, męcząc
umysł, co też w tobie nie podoba się bramkowym decydentom? Buty
casual. Ubranie z ejdżendemu. Fryz bez kibolskich fantazji. Może
więc spojrzenie? Zbyt krnąbrne? Kiedy twoi pozytywnie zweryfikowani
znajomi bawią się w najlepsze, ty w najgorsze wysuszasz zakupioną
w nocnym flaszkę. Już wiesz, że jesteś podczłowiekiem. Czytaj więcej w wersji elektronicznej lub papierowej albo kliknij w zdjęcie po lewej stronie.
wtorek, 5 marca 2013
Hiro 32 - felieton Masochiści dnia powszechniego
Mało
co tak męczy, jak świadomość, że ktoś pomimo udziału w czymś
przyjemnym, niekoniecznie brał w tym stuprocentowy udział. Że
zamiast zanurzyć się do końca, dryfował na powierzchni. Co
najgorsze, nikt go do tego nie zmuszał, sam się zmusił.
Takie
czasy, że każdy, kto ściągnie sobie odpowiednią appkę na tablet
czy smartfon, może dzięki niej nagrywać i fotografować niczym
zawodowiec. Do tego jeszcze podrasowywać swoje wyczyny różnymi
filtrami, tak że np. zwyczajny ogórek na zdjęciu już nigdy nie
wygląda jak zwyczajny ogórek na zdjęciu. Od tej chwili ogórek
zamienia się w ogórka vintage, amaro czy X-Pro II. Dodatkowo można
wstawić wystylizowaną ramkę i powstaje unikalne dzieło, zapisz,
fru, leci w świat. Teraz każdy ma nie tylko swoje 5 minut sławy,
teraz każdy ma swój upload. Generacja Instagram prześwietla swoje
życie, życie innych, publikuje i multiplikuje wszystko, co się jej
nawinie i co uzna za interesujące. Każdy, uznaje Generacja
Instagram, nosi w plecaku buławę reportera, publicysty, mistrza
twittów i postów.
W
tym zalewie nadprodukcji blogów, socialmediowych publikacji, linków,
wrzut, odnośników, poleceń i lajków nie przestają fascynować
ci, którzy poszli znacznie dalej w swojej pasji – oddają się jej
w sposób straceńczy. Zamieniają się w tuby, zatracając poczucie,
po co, dlaczego, dla kogo i w ogóle co oni tu robią. Jest ich
sporo, tutaj z uwagi na ograniczoną ilość znaków, poświęcę
uwagę tym najbardziej wyrazistym, dominującym w netosferze. Wbrew
pozorom najbardziej szkodzą sobie. Czytaj więcej w wersji elektronicznej lub papierowej.
sobota, 2 lutego 2013
Hiro 31 - felieton Dlaczego Antkowi nie wychodzi
To historia
wystylizowanego do granic absurdu obszarpańca mentalnego, któremu nic się nie
udaje. Cokolwiek zacznie, kończy na minusie. Antek jest jak żniwa bez plonów. Gumka,
która przepuszcza. Antek jest bogiem fejsbuka. Jego fani są równocześnie
antyfanami. Hejtują lajkując. Antek jest multiplikacją marzeń młodzieńców, którzy
niczego nie potrafią, więc jedyne, co mogą, to jakoś tak, zmyślnie, podszywać
się pod geeków, imprezowiczów, trendsetterów. Właściwie kiedy chcą sikać, to
nie wiedzą, czy usiąść czy stać. Najchętniej by leżeli. Zakochani w swoich
wychudzonych lędźwiach marzą o seksie, z kim, chyba z dietetyczną sałatką, bo
tak uwielbiają się sobie przyglądać, że w lustereczku (powiedz przecie!) nie
pozostaje miejsca dla innych. Przy tym otwarci są na świat. Tak otwarci, że
powodują przeciąg w uszach współrozmówców. Czytaj więcej w wersji elektronicznej lub papierowej.
czwartek, 10 stycznia 2013
HIRO 30 - felieton Jak przetrwać zimę
Nowy rok, myślisz sobie, świetnie, byle
do wiosny. Zaraz, zaraz! Gdzie tak się spieszysz? Jest zima. Nie ma, że zaraz
założysz shorty i pognasz na squasha. A ty, śliczna, zapomnij o miniówce, niech
sobie odpocznie po tych wszystkich harcach. Jest zima i koniec.
Po
korkach od szampanów, które upadły na ziemię podczas sylwestrowych hulanek,
przychodzi w końcu czas na smutę, czyt. zimę w pełni. Biadolenia nie ma końca.
Jest lodowato i jeszcze długo będzie. Ślizgawice, zawieje, zamiecie.
Praktycznie cała Europa utytłana w zimie. Broni się może Sycylia czy Kreta.
Nawet Riwiera pochmurna, obrażona na słońce. Biedacy z krajów tropikalnych cieszą
się, że wreszcie bogata Północ dostaje za swoje. I to regularnie jak co roku. Nie
pomagają technologie, iosy i androidy, appki i fejsbuki. Mróz rozkłada się
sprawiedliwie na szybach pałaców krezusów i chatkach dziadów. Ciemności
zapadają o trzeciej po południu, trwają długo jak w jakimś horrorze, wiele się
wydarza złego. Na ulicach więcej stłuczek. Firmy ubezpieczeniowe recytują
treny. W wiadomościach powtarzająca się informacja, że znów zamarzł jakiś bezdomny.
Wpadł do rowu albo odszedł od siebie w skleconym na skraju lasu szałasie.
Oczywiście, jego wina, w noclegowni by przekimał, ale nie, chlać mu się
chciało, to się nachlał ten ostatni raz, udany drink z kostkami lodu z jego
ciała. Wędkarz wpadł do przerębli. Dotąd go szukają. Ktoś odgarniał śnieg przed
domem, poślizgnął się, złamał rękę i nogę. Kilku narciarzy odmroziło sobie nosy
na stoku. Pijany snowboardzista najechał na dziewczynkę, nie, dwie dziewczynki.
Dwudziestu zaczadzonych w tym miesiącu; podkręcili piecyki gazowe do oporu i
się doigrali. Na warzywniaku kłótnie, panie, co mi pan tu odmrożone pomidory
sprzedaje?! Jakie tam odmrożone!? Twarde, fakt, gdyż dopiero co zerwane. Zerwane?
Chyba z sopla lodu! Czytaj więcej lub w wersji papierowej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























