wtorek, 12 lutego 2008

Zakochane

Ferie. Idę po ósmej po Gazetę Wyborczą. Samochody jakieś takie rzadsze na Wąwozowej. Wybieram się „na miasto”. Niektóre ulice podobne do tych z filmu 28 dni później. No tak, pół Warszawy wyjechało do Zakopanego. Krupówki przypominają Marszałkowską. A może Nowy Świat. A może Krakowskie Przedmieście. Sąsiad, który z trudem mówi dzień dobry do sąsiada z klatki wyżej, na Krupówkach zmienia się nie do poznania, lepsza wersja bliźniego, spełnienie snów Chrystusa, Buddy i Gandhiego, a witam pana, i dalej, ma gest, serdeczne pozdrowienia, my dziś na Gubałówkę, a jutro na Kasprowy, a pan szanowny to gdzie, jednodniowa wycieczka na Słowację czy Kościelisko?

Oddajmy głos literaturze:

„Jeśli ktoś nie był nigdy w Zakopanym, warto, by wiedział, że to słynne miasto leży w niezwykle malowniczej niecce, otoczonej górami pubów i restauracji. Sezon trwa przez cały rok, anulowana jest niedziela oraz inne święta, każdy dzień to poniedziałek i praca przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Główna ulica nosi nazwę Krupówki i uznana jest za cud gospodarczy, bo zysk, jaki wyrabiają na niej lokale gastronomiczne, przewyższa wielokrotnie produkt krajowy brutto niejednego afrykańskiego kraju”.

Faktycznie, górale zbijają kasę, jaka śni się jedynie może oligarchom. Więc tańczą z radości. Cepry płacą, płaczą, płacą.

Był taki czas, że trzy razy z rzędu jeździliśmy do Zakopanego. Nie jesteśmy narciarzami, bardziej zainteresowani zjazdem procentowym... Zakopane ma tę zaletę, że człowiek nie sczeźnie tu z nudów, ma do dyspozycji:

1) kina (Niedoinwestowane, ale co tam. Raz, po marihuanie, wybraliśmy się na film – z braku laku, byle zabić czas – na totalne dno pt. Ostatni Samuraj, w którym Tom Cruise masakrował pradziadków kamikaze; coś na rozśmieszyło na Krupówkach, może pies, może kot, może ukraiński turysta, żona chichotka, ja – pan chichot, film za pięć minut, ona pada na kolana, umiera ze śmiechu, ja dołączam, ale film za cztery minuty, opanowuję się, przynajmniej się staram, łapię ją za rękę, ciągnę, ona na kolanach jedzie po lodzie, śniegu, cudem zdążamy, bo to nie Multikino czy Silver Screen, tu nie puszczają dwudziestu minut reklam),
2) teatr (obejrzeliśmy Kaligulę Camusa, dało radę, choć niektórzy przysypiali, bo tutejsza lokalna interpretacja jakaś taka niemrawa),
3) od niedawna park wodny (drogi jak nieliczne polskie autostrady, ale zdesperowani wczasowicze, którzy przyjeżdżają na dwa tygodnie, nie mają wyjścia, muszą się spłukać).

Z roku na rok ze zdumieniem zastawaliśmy powiększającą się ilość restauracji. I mimo zwielokrotnienia liczby stolików, i mimo przyrostu atrakcji gastronomicznych, wieczorem dosłownie miejsc brakowało, Owczarnia oblężona jak Stalingrad, Watra zaanektowana w stu dziesięciu procentach, przy wejściu walczą na noże o stolik, ławica gości w Czarnym Stawie... Gdzie spojrzysz, jedzący ludzie. Mlaskający. Przełykający. Bekający. Dziesiątki pożartych mieszkańców chlewni. Setki tysiące wyczyszczonych kurników. Brakuje tylko przetrzebionych sierocińców; głodny turysta w sezonie zje przecież i ludzie mięso. Słowem, Zakopane. W konsumpcji zakochane.

4 komentarze:

daniel pisze...

Zazdroszczę. U mnie tylko pokój z widokiem na codzienność. Zamiast dosłownych gór, góry rozumiane metaforycznie.

Kornaga pisze...

"Pokój z widokiem na codzienność", pachnie w miarę dobrym tytułem...

daniel pisze...

Jest już ,Zakopane. Pokój z widokiem na cmentarz’ Rębacza. ,Pokój z widokiem na codzienność’ nadaje się na tytuł tomiku poetyckiego. Ale to już nie nasza działka.

Kornaga pisze...

Pisałem kiedyś wiersze... Na szczęście mi się znudziły. Poza tym jest tylu zdolnych nawiedzonych, że co tam, nie mają.