niedziela, 14 października 2007

Wietnamska śmierć

Mało brakowało, a wyzionąłbym dzisiaj ducha. Jestem m.in. uczulony na owoce morza i ryby. Niekiedy jednak parę kęsów np. grillowanego łososia wcale mi nie szkodzi. Rozzuchwalony tym faktem połasiłem się na pangę. I tak to przez Wietnam, skąd ta przemysłowa ryba przypływa, doigrałbym się ostatecznie. Rok temu w Egipcie, w resorcie Sunrise Island View Darek, poznany tam przemiły hurtownik ryb i powidła ostrzegał nas przed tym wietnamskim wynalazkiem. Czy to zemsta za interwencję amerykańską, nie wiadomo. Wiadomo za to, że panga (sum rekini) rodzi się i rośnie w nieludzkich (nierybich) warunkach; Azjaci z cała wschodnią zaciętością mnożą pangę na potęgę, karmią hormonami, prują, pakują i wysyłają na cały świat. Najadłem się jej i zaczęło się – reakcja alergiczna pod postacią zwężenia tchawicy! Ległem na sofie, a tlen zdawał się być deficytowy jak mięso w PRL-u. Z minuty na minutę czułem się coraz gorzej. Zażyłem claritine. Złagodziła skutki alergii, ale dopiero po kilkunastu minutach. Przez ten czas schodziłem... Wyglądałem jak te biedne karpie, które wyjęte z wanny lądują na desce do krojenia, a pobożni katolicy, zaaferowani świątecznymi sprawunkami, zapominają o nich.

3 komentarze:

daniel pisze...

Azjatyckim swinstwom mowimy nie. ;) Tym razem szykuje sie pozew zoladka z jelitami jako przypozywajacymi. Pozdrawiam.

Lu pisze...

Współczuję! Że nie możesz cieszyć się smakiem krewetek smażonych na maśle i czosnku, grillowanych kalmarów... Może kiedyś się odczulisz, czego życzę!

Kornaga pisze...

Nie ma szans na odczulenie. Można pyłki, ale tutaj sprawa jest śmierdząca jak ta cała panga.