poniedziałek, 29 października 2007

I po ptakach

Po powrocie z Targów Książki w Krakowie miałem wrażenie, że przyjechałem z miasta na wieś – naszą ukochaną stołeczną wieś. Przesadzam, nie przeczę. Nie chodzi przecież o pałac prezydencki, metro czy kompleksy biurowców... Klimat, pewna niepowtarzalność przestrzeni, a przede wszystkim ludzie. Gdzie spojrzysz, turyści. Oprócz ohydnych, podstarzałych anglosaskich miśków, którzy podkręcają dochody nawet najgorszych pubów, naprawdę dużo osób na poziomie, które przylatują tutaj na lekcję historii w wersji live.

Kazimierz. Praktycznie każda restauracja, każdy bar, każdy pub ma swoją wyjątkową nazwę. Zaraz wracam czy Królicze Oczy. Można wymieniać w nieskończoność. Krakowiacy do urodzeni copywriterzy. Dzięki temu trywialne piwo jakiejkolwiek marki smakuje znacznie lepiej, wchodzi głębiej, miło otępia. Czasem za miło. Kazimierskie Alchemie to niebezpieczna pajęczyna, w którą padają dobrze się zapowiadający artyści; kończą przepici, bezwolni, podatni na ruchy pająka ich klęski i zrujnowanej wątroby. Cóż, łapczywości nic nie usprawiedliwi oprócz szczerego wyznania, że jest się samobójcą swojego talentu.

Noc. Tego nie da się opisać. Ulice wokół Rynku upodabniają się do żył nabrzmiałych od nadmiaru krwinek-ludzi. Do Paryża Krakowowi daleko, tak daleko, że nigdy się z nim nie zrówna, bo po prostu nie ta pojemność i mity, za to na pewno na tej szerokości geograficznej wygrywa z każdym innym miastem. Mogą razić watahy hedonistycznie nastawionej młodzieży, anektujące słynne OFF Centrum i okolice, mogą nie podobać się uwaleni Hindusi, bujający się ze zręcznością fakira na bruku Św. Tomasza czy Arabowie, którzy uciekają za pomocą procentów poza zasięg czujnego oka Allaha, mogą nie podobać się zdzirowato odstawione panienki, szukające przygody z anglojęzycznymi nativami, ale inaczej byłoby tu cholernie nudno, właśnie tak małopolsko jak kiedyś, gdy rząd dusz i ciał sprawowali ludzie o mentalności Jana Rokity, dreptali grzeczniutko do kościółka na niedzielną sumę i wkurzali swoje żony w sypialni. Bo Kraków wyprzedził się, zgrabnie przeskoczył i jeszcze tego nie wie lub udaje, że nie wie... Fifkę kupisz tu praktycznie wszędzie, nawet kilkanaście metrów od kościoła Mariackiego. Co nie znaczy, że luźniejsze obyczaje oznaczają progresję. Po prostu można poczuć się bardziej sobą. Kraków to zdecydowanie ułatwia.


Targi. Co tu dużo mówić, muszę po prostu sprzedać co najmniej 20 000 egzemplarzy kolejnej książki, wtedy jest szansa, że poczuję się gwiazdorsko, cha, cha.




5 komentarzy:

daniel pisze...

Dwadzieścia tysięcy! Czego i Tobie, i sobie, z bezwstydnym brakiem wyczucia realizmu, życzę. ;)

tajnapolska pisze...

może ja też kiedyś będę podpisywał swoją książkę, jak na razie składam wniosek do prezydenta suwałk o przyznanie stypendium twórczego na pisanie powieści o suwałkach

Kornaga pisze...

Powodzenia, tajna. Ale czy jest sens ubiegać się o stypendium? Potem "polityk" będzie miał jakieś pretensje etc.? Lepiej niech sypną kasą na spotkania literackie i inne iwenty. Sztuka sponsorowana na dzień dobry paradoksalnie może na tym ucierpieć.

tajnapolska pisze...

iwenty będą w przyszłym roku, teraz fundacje składają wnioski do prezydenta suwałk, min. kultury itd. na dotacje

Robert pisze...

i ja Tobie Dawidzie życzę tych dwudziestu tysięcy sprzedanych egzemplarzy.