sobota, 17 października 2009

Psy Hellady

W czasie niedawnego zwiedzania Grecji zaobserwowaliśmy pewne osobliwie przymilne zjawisko, które zapewne nie ominęło wielu innych turystów. Zjawisko psiej sjesty. Tak, praktycznie każdy, kto stamtąd wraca, mówi, że pałęta się tam mnóstwo bezdomnych, zdawałoby się, żyjących w spartańskich warunkach psów. Okazuje się, że wcale nie są one takie bezpańskie i takie wygłodzone, jak nam się wydaje. Podobnie jak wszystkie plaże należą do państwa, tak psy przynależą do Hellady, stanowiąc część jej turystycznych atrakcji, jej naturalne dobro, które promuje kraj mitologii równie skutecznie jak starożytne zabytki, taniec Zorby czy pewna forma seksu, kontrowersyjna dla duszyczek wrażliwych i konwencjonalnych, a rozszerzająca horyzonty doznań dla tych nieco bardziej odważnych i skłonnych do innowacji w statycznej sypialni. Psy nie są groźne, choć kiedy poruszają się kilkupsiowymi zgrajami, lepiej nie okazywać gestami lub grymasem twarzy strachu czy chęci ucieczki w poboczną uliczkę, bo – sądząc, że nie zamierzasz wesprzeć ich gastronomicznie – mogą zaatakować falangą i roznieść twoje nogawki na strzępy. Zazwyczaj są przyjaźnie nastawione do każdej przyjaźnie do nich nastawionej jednostki turystycznej. Pozują do zdjęć, uśmiechają się na swój sposób, wzbudzając roztkliwienie w turystycznych sercach, wspaniale też odgrywają bezinteresowne łaszenie się i ochotę do zabaw i psikusów. Bez wahania pożrą wszystko, co się im rzuci, merdając przy tym ogonem w skali stu osiemdziesięciu stopni i dają się głaskać praktycznie bez limitu minut niczym w promocji telekomu. Wracając do sjesty. Tu psy helleńskie radykalnie różnią się od psów środkowoeuropejskich. Przez wieki ich geny nabyły odmiennych zdolności spędzania wolnego czasu, a że pies z natury ma do dyspozycji tylko czas wolny, to proszę sobie wyobrazić czas wolny w wykonaniu śródziemnomorskiego canis lupus familiaris. Taki osobnik charakteryzuje się zadziwiającą skłonnością do beztroskiego rozkładania się dokładnie tak jak na zdjęciu wyżej. O ile nasze psy podkulają się pod siebie, wyginają w łuk, zamieniają w kulki, byle zatrzymać jak najwięcej ciepła, które zapewni im komfort odpoczynku i odseparowanie od drażniących dźwięków, psy greckie wystawiają się w cieniu palmy czy kontenera na śmieci na emanację promieni słonecznych dosłownie wszystkimi łapami, które zdają się nienaturalnie długie, jakby sztucznie rozciągnięte. Wykazują przy tym zadziwiający stan rozluźnienia, odporności na to, co dzieje się dookoła nich. Mieliśmy wrażenie, że opaliły się co najmniej marihuaną. Rzadko kto, bez pomocy chemicznych wspomagaczy, jest w stanie odseparować się od rzeczywistości w równie bezkompromisowy sposób. Taki pies, naśladując sjestę ludzi, doprowadza ją do skrajności – potrafi się jej oddać w każdym momencie i w każdym miejscu. Czy to przed wejściem do Akropolu, gdzie codziennie mijają go setki zwiedzających, czy w centrum Salonik, tuż przy pędzących samochodach. Mogę zapewnić, że kto ma oko i wyhaczy sjestującego psa pośród zgiełku kurortu, podejdzie nieco bliżej, ostrożnie, by nie rozbudzić, i zacznie się weń empatycznie wpatrywać, doświadczy przynajmniej namiastki szczęścia, które przeżywa w tej chwili drzemiące stworzenie. I pomyśli o...; przynajmniej dlatego warto wybrać się do Grecji.

1 komentarz:

tajnapolska pisze...

mój szmidek robi to samo w polsce:)