
Więc wczoraj w Obiekcie Znalezionym na wieczorze promo książki Dehnela "Balzakiana" (prowadzenie: K. Szczuka, na twarzy wyraźnie ślady starzenia; biedactwo). Niby autor mówi słuszne rzeczy, niby tak jak trzeba podsumowuje "rzeczywistość dokoła nas", ale jakże zakochany w sobie, bezkresnie zakochany w słowach, które w ilościach nadliczbowych produkują jego zwoje mózgowe, że jedyne, co wzbudza, co czuję (czyżby jego predestynacją był epigonizm?) - to nuda, straszna nuda, ziewanie i chęć zamówienia w barze czegoś na odtrutkę; może to organiczne, nie wiem. Szczęśliwie, koło przyjaciół i znajomych dopisało, więc wieczór można uznać za udany. Szczególnie że ponad dwie godziny wcześniej byłem jeszcze w BUW-wie na prezentacji książki mojego dobrego i zdolnego kolegi ze studiów, Jacka Wasilewskiego (do spółki z innym, nieco starszym autorem, niezwykle błyskotliwym, niezwykle - Adamem Skibińskim) - "Prowadzeni słowami". Jacek to wytrawny specjalista od słów, wykłada na UW, doradza, kreuje. Książka, z jednej strony poradnik, jak nie dać się "mistrzom ogłupiania/czy zrywania mas", z drugiej - erudycyjna wykładnia retorycznych chwytów), jest naprawdę warta polecenia, choć może nieco za długa; taki przywilej uniwersyteckich wykładowców. Szkoda, że po spotkaniu nie mogłem zostać tam dłużej, ale punktualność rzecz ultraświęta, trzeba było pędzić do Obiektu.
Jutro tzw. Święto Zmarłych, Wszystkich Świętych (no, nie każdy, kto wyciągnął kopytka, zasługuje na poklask, może na poklask, że wyciągnął wreszcie kopytka...). Amerykańskie dynie straszą na wystawach sklepowych, w kinach rozliczne premiery horrorów, a już za parę dni wyjdzie pseudohorror - "Znieczulenie miejscowe". Kto chce posmakować "wampirycznego" fragmentu (niestety, to jedynie liźnięcie fabuły, ale cóż, zapłać, przeczytasz więcej), to proszę: http://www.proszynski.pl/Znieczulenie_miejscowe-p-29991-.html
Wczoraj wieczorem, trochę przez spontan, trochę przez sztucznie stymulowaną atmosferę Halloween trafiliśmy na kilkadziesiąt minut do klubu Bollywood. Miejsce jest niejako poszerzeniem oferty niedalekiego Sheesha Lounge, orientalna muzyka i kuchnia. No właśnie, kuchnia. Otóż miejsca do wygibasów tyle co na najeżonym szpilami stołeczku fakira, reszta, wielkości Kalkuty, z przeznaczeniem na stoliki, a więc konsumpcję, a więc wydawanie pieniędzy. Jeśli zamówi się tam nargilę przed dwudziestą, zamiast 25 - 15 PLN. Faktycznie pyszne przystawki, ale poza tym klimat, z którym zetknęliśmy się na "największej dyskotece w Tunezji" - klubie Bora Bora. "Dancefloor" nieproporcjonalnie mały do całości, dedykowanej merkantylnie stolikom, a więc konsumpcji, a więc wydawaniu pieniędzy... Tak czy owak Boolywood warty jest polecenia na romantyczną kolację; zmyślnie podświetlone detale i egzotyczna muzyka mogą podziałać niczym afrodyzjak.