piątek, 4 lipca 2008

Magia, Piksel, Sheesha


Czytając tom opowiadań „Magia“ Sandora Maraiego, odwiedzając klubogalerię Piksel na wernisażu mięsistych zdjęć, wycierając pot z czoła w najcieplejszym dotychczas dniu w tym roku, paląc sheeshę w nowej restauracyjce tureckiej Kafe Merhaba przy Waryńskiego, bujając w oparach, bujając na chodniku, się bujając, się odprężam, jak widać, dosyć skutecznie przed sierpniową, ostateczną redakcją moich literackich wampirów, które gdzieś z początkiem jesieni powinny zaatakować Polskę szeroką, długą i tę wąską, pełną niebezpiecznych szczelin, zaułków, nieścisłości, niedoskonałości.

Czytając tom opowiadań „Magia“ Sandora Maraiego, ogłaszam, że ten mój ulubiony węgierski pisarz, twórca wspaniałych „Wyznań patrycjusza“ czy pisanego przez całe życie „Dziennika“ (w którym przybliżył nawet swoje przygotowania do samobójczej śmierci z pistoletu; chodził na kurs strzelania, by czasem nie chybić, co było uzasadnione jego podeszłym wiekiem), ma taką jakąś męczącą manierę do przypowieści, a nie – opowieści. Postaci zdają się odległe, niezwykle odległe, za bardzo wykoncypowane, za bardzo sprofilowane do wzoru morału, który Marai obwieszcza zwykle na końcu każdego z opowiadań. Być może to celowy zamiar, w życiu nawet najbliżsi nam ludzie okazują się ostatecznie również dalecy, nieobecni, niezaangażowani w sprawy, który niby nas łączyły, a tu nagle niemiła niespodzianka, nie jesteś tym, za kogo cię miałem. Jedną z najzabawniejszych opowieści jest „Sierota“; pięćdziesięciodwuletnia stara panna, zdesperowana przez swoją samotność, trwanie bez celu, zanikanie, zamieszcza w prasie ogłoszenie, że zaadoptuje sierotę. Ponieważ akcja toczy się w czasach, gdy nie można było przesłać ememesa ze swoim zdjęciem, zrozumiałe, że przyszła matka z niecierpliwością oczekuje na dworcu kolejowym sieroty, która odpowiedziała na anons. Wypatruje skromnej, zasmuconej dziewczyny. Ta się nie zjawia. Bo zjawia się… siedemdziesięcioletnia starucha, twierdząc, że jest tą właśnie sierotą, jej rodzice umarli mając po dziewięćdziesiąt kilka lat. Zszokowana „matka“, wbrew radom rodziny, adoptuje kobietę, która mogłaby być jej matką. Marai nie idzie jednak łatwą ścieżką komediowej fabuły. Choć „córka“ okazuje się obżartuchem, flejtuchem i prostaczką, „matka“ męczy się z nią przez kolejne sześć lat, jakby chciała sobie coś udowodnić. Magia? Tajemnica ludzkiej psychiki?

Odwiedzając klubogalerię Piksel na wernisażu mięsistych zdjęć, ogłaszam, że wystawa BORDERLINE REALITY jednego z związanych z tą galerią artystów pechowo zbiegła się z afrykańskim upałem, więc nie było łatwo mimo białego wina i wiatraków analizować kolejne artefakty, co nie znaczy, że nie były ciekawe, zdjęcia wręcz fantastyczne. Niestety, zaproszeni znajomi poza jednym wyjątkiem zawiedli, więc nie zabawiłem tam długo i w towarzystwie brata, który wrócił z angielskiej uczelni, poszliśmy przywitać przy metrze Politechnika moją żonę, powracającą z bankietu w restauracji La Strada.

Resztę już znanie, paląc sheeshę…

3 komentarze:

Lu pisze...

Szisza była udana, na powietrzu. Warszawa bywa miła :)

Kornaga pisze...

Ja jednak preferuję palenie sziszy albo w (pół)zamkniętym pomieszczeniu, albo przy bezwietrznej atmosferze; nie było tak mocnego efektu gęstego dymu, który jest ciekawy wizualnie i klimatyczny.

Lu pisze...

Po Pikselu jeszcze jeden dymek w zamkniętym pomieszczeniu mógłby źle sie skończyć :)