środa, 10 lutego 2010

Fragment nowego opowiadania

Besir docisnął nóż w reakcji na myśl o śmierci Sewim, myśl, która przebiegła mu znienacka przez półkule mózgowe, skupione dotąd na powolnym, starannym odkrawaniu kebabowego mięsa o drugiej czterdzieści pięć nad ranem w kebab barze Stambuł.
- Na cienkim cieście, poprosił mężczyzna.
Było weekendowo, gorąca czerwcowa noc, z tych, co to zniechęcają do powrotu do domu, kiedy miasto się bawi, jest sobą na całego i takie inne, przewidywalne sytuacje, jak to ludzie dobrej lub złej woli muszą odreagować na przykład po ciężkiej zimie, kilkudziesięciu bezdomnych zabrał ze sobą mróz do domu Pana, wreszcie pozbyli się problemów kwaterunkowych, szczęściarze, ale przecież to trauma, padli odrętwiali, homo sople, trzeba zapomnieć, zapić, brrr, nie ma co, kto żyje, temu lepiej, gdy pomyśli, że innym wcale nie. Ludzie uwikłani w atrakcje miasta, jedni do dna, drudzy sięgają bruku, wracając niespiesznie do domów, o, przyda się tłuszczyk buforujący wódeczkę, żeby kacem nie uraczyła na drugi dzień, o, kawał mięcha, smakowity kawał mięcha, mlaskanie, oblizywanie, pożeranie, kawał mięcha rządzi i proszę, Stambuł na skrzyżowaniu strategicznych komunikacyjnie alei zarzuca sieć na ławicę ogłupiałych przez ssanie żołądków głodomorów. Czterdziestometrowy, kiszkowaty lokal wypchany klientami jak masą silikonową biust pornoaktorki; tu wolno palić, więc się pali, tu wolno bekać, więc się beka, gwar posypany mocnym zapachem wschodnich przypraw, szuflada kasy fiskalnej, równie żarłoczna jak klienci, otwiera się co chwilę, pochłaniając zapłatę za falafele, pity, baklawy i uśmiech Turka.
Właśnie ten Turek, Besir docisnął nóż w padlinę nabitą piętrowo na rożnie Aleksandra, jakby to ona, ta barania zbitka, była winna kuli, wcale nie zbłąkanej, bo celowej, wyplutej przez jeden z wielu karabinów maszynowych. Karabinów należących do terrorystów, „tych kozojebców kurdyjskich”, powtarza Besir językiem wyostrzonym przez nacjonalistyczną propagandę swojego opuszczonego przed trzema latami kraju.
- Ostry czy łagodny? Besir wskazał dzbanki z sosami. Pierwszy w kolorze posiekanych papryczek chilli zapowiadał rozległe ognisko w przełyku, drugi, bliższy bitej śmietanie, delikatny masaż trzewi.
- Bez sosu, odpowiedział mężczyzna.
W tym momencie sprzedawcy kebabów dziwią się, jak to, bez sosu, przecież będzie smaczniej, może jednak, to gratis, panie, bez tego mięso smakuje jak mięso, a to za mało. Pracownicy Stambułu często robią błyskawiczne zakłady, jaki sos wybierze klient, spojrzenie na głodną facjatę i wynik testu rozwiązany, ludzie są tacy nieskomplikowani, albo ostrzy, albo łagodni, wychodzi im za każdym razem. Rzadko się mylą, ponieważ rzadko ktoś rezygnuje z polewki, skoro bez tego mięso smakuje jak mięso, a to za mało.
Ale w tym momencie Besir wcale się nie dziwi, nie nalega, nie pyta, zajęty swoimi sprawami mimo sprawnie przyrządzanego posiłku. Jego prawa ręka odkłada nóż, sięga po pitę, łopatką rozprowadza po niej farsz. Kule uderzyły rozproszoną falangą w nieświadomych zagrożenia gości, tańcujących w sali weselnej nieopodal miasta Mardin, niedaleko granicy z Syrią. A to była taka przednia zabawa, Allah pobłogosławił młodej parze, zeszło się ponad dwieście osób, z czego potem ubito jedną czwartą. Rzadka okoliczność, umierali w odświętnych ubraniach, gotowi bez galanteryjnych ceregieli do owinięcia w całuny i pogrzebania jak stali.
- Proszę, gotowy, mówi Besir, podając swoje dzieło mężczyźnie. Elif, pełna podziwu dla sprawności ojca, przyjmuje pieniądze od klienta, kołysząc się za ladą w rytm piosenki Tarkana Dilli Duduk.
Wtedy też śpiewał Tarkan, megahit Simarik. Kruszył serca, kruszył kości.

Seni gidi findikkiran
Yilani deliginden cikaran
Kaderim puskullu belam
Yakalarsam


Do mocnych, syntetycznych bębnów dołączyła na żywo perkusja kałasznikowów. W heavymetalowym tempie. Besirowi, pięćdziesiąt pięć lat, strzał przeciął łokieć lewej ręki, powodując jej trwały bezwład, mógł więc pożegnać się na zawsze z dochodową pracą kierowcy dolmusza. Sewim, czterdzieści jeden lat, w rytmie muzyki podskoczyła spontanicznie do góry, pragnąc, by przy opadnięciu na ziemię mąż chwycił ją za biodra i porwał w jeszcze szybsze pląsy. I rzeczywiście, objął ją, bezwładną, niemającą siły nawet na zdziwienie, że już nie żyje. Kula, dokładnie cztery wtargnęły od zaplecza do jej głowy, zamieszały w środku, dwie utkwiły blisko przysadki, wystając częściowo z czoła niczym małe rożki, dwie wyleciały oczodołami, „ona ma wystrzałowe spojrzenie”, powiedziałby cynik i miałby rację, oślizgłe resztki gałek pacnęły spoconą skroń Besira, który strącił je odruchowo jak namolne owady, dopiero kilka sekund później spostrzegając, że nie z insektami ma do czynienia. Ból w ręce zdawał się nie istnieć po starciu z bólem, który wyemitowało martwe, krwawiące ciało Sewim prosto w męża, odebrało mu oddech na dobrą minutę i gdyby Elif nie zaczęła go reanimować, Besir nie skrajałby teraz przypieczonej baraniny, znajdując w przyrządzaniu kebaba zadziwiający spokój ducha, praktycznie nie do zburzenia przez podchmielonych klientów. Praktycznie.

3 komentarze:

Krzysztof Beśka pisze...

rozwija się nasz zbiorek, rozwija. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. na razie ciekawie jest. ja zaczynam stukać za tydzień.

Beata pisze...

:-) podoba mi sie

akemi pisze...

Od razu czuć uliczny zapach kebabów... Jeszcze trochę a okaże się, że to nasz narodowy przysmak:-)