Zamiast
wyjechać w ucieszny zakątek, gdzie morza szum, ptaków śpiew, o
pływających majestatycznie łabędziach nie mówiąc, gdzie cisza,
spokój, afirmacja jestestwa, mnie ciągnie tam, gdzie emocje drzemać
nie lubią, zamiast morza szumu odgłos spływającego z butelki do
kieliszka wina, piwa, wódki, ptaki zastąpione przez klaksony, gwar
gawiedzi, cisza skanselowana, spokój może po trzeciej nad ranem, o
ile! Afirmacja dziania się, słowem, ni chwili, by odetchnąć,
odpocząć od nie wiadomo czego i dlaczego. Szatan gorączki
opanowuje mnie od stóp do głowy. Ale właśnie tu, w Polsce. Też
tak macie? A może jednak spokojniej, bardziej wysublimowanie, daleko
od ludzi, w ustroniu, w toi-toi, gdzieś tam, gdzie wzrok nie sięga,
a jak sięga, to ledwo, ledwo.