Kto lubi audioseriale, zapraszam na Półwysep, czyli nasz Hel. Akcja goni akcję. I to w sezonie.
Za dużo Żabek na dzielni, jak na przykład na warszawskich Kabatach: źle (co potwierdzają memy o Żabatach). Za mało Żabek w okolicy: źle. Ostatnio w Domach Centrum przy Marszałkowskiej z biznesowej kijanki wykluwa się coś w rodzaju MegaŻabki. Sieć tworzy tu jakąś dwupiętrową Żabodzillę. Na dole artykuły spożywcze, na górze coś w rodzaju żabko-bistro, gdzie będzie można zjeść zakupione na dole gotowe dania. Bez wątpienia to będzie hit. Zwłaszcza dla turystycznej, „ekonomicznej” braci.
Wystarczy chwila w sieci, by odkryć setki dramatów osób, które w tym wieku wysyłają swoje CV w próżnię. Algorytmy koszą zgłoszenia "silversów" już w pierwszym podejściu. Powodem jest wyłącznie rocznik. Nie pasują do organizacji, których rdzeń opiera się na trzydziestolatkach. "Dziadków nie przyjmujemy", zdaje się brzmieć niepisana zasada działów HR.
Ostatnio na Dniach Ursynowa byłem na koncercie KSU, legendy polskiego punk rocka. To prawdziwy fenomen naszej sceny: zawsze pod prąd. Bez obciachu. Kiedy Siczka po raz pierwszy nadawał do mikrofonu, to ja ledwo wyrastałem z pieluch. Dzisiaj lider wygląda świetnie albo przynajmniej tak się prezentuje. Sam koncert przebiegł niezwykle, pod sceną kłębili się ich wieloletni fani, dosłownie od pokoleń. Widziałem dzieciaki, które mogłyby być dzisiaj wnukami muzyków KSU. Obok nich dziarskich dziadków i babcie znających każdy tekst na pamięć. A pamiętajmy, że teksty KSU to wyższa półka tekściarska. Te bieszczadzkie, gorzko-zadziorne strofy wchodzą w głowę i nie sposób o nich długo zapomnieć. A najlepiej wcale.
AI to świeża sprawa. Ledwo się wykluło z laboratoriów start-upów, już wymaga się od tego pisklaka absolutnej, można rzec, kurzej dojrzałości. Przypomnijmy sobie starodawne komórki z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Albo pierwsze smartfony, z kondycją stuletniego starca w porównaniu z współczesnymi juniorami w wersji premium. Technologia, podobnie jak człowiek, ewoluuje. Tylko zdecydowanie szybciej. Ale bez przesady. Warto o tym pamiętać, domagając się fajerwerków przy każdej nowej odsłonie systemu operacyjnego. My sami często nie dajemy rady, żeby wszystko ogarnąć. W efekcie udajemy czasem zblazowanych domatorów w chmurze nowinek. Tak to mniej więcej wygląda, kiedy obserwuje się młodych tiktokerów, którzy utożsamiają swój puszczony w obieg filmik z ich technologicznymi na wyrost kompetencjami. Dzisiaj można być cyfrowym niedorajdą, a paradoksalnie socialową gwiazdą w wirtualnym świecie. Uproszczenia w interfejsach przyjaznych dla użytkowników – również dzięki pressingującemu wpływowi Stevena Jobsa – zrobiły swoje: liczy się klient i jego potrzeby. Nie pojmie, to odrzuci. Zachwyci, to się zakocha. Pierwsze więc było Apple. I potem długo nic. Dzisiaj gonią je, nawet prześcigają patenty od Xiaomi, Samsunga czy Google.
Problem hoteli all inclusive przemaglowano dotąd na tysiąc sposobów. Krytycy grzmią, że to gwóźdź do trumny lokalnej gastronomii, gdyż "rodzinka woli hotelowy wypas, za który na zaś zapłaciła". Że to promocja konsumpcjonizmu w najgorszym wydaniu, prosta droga do chorób z przejedzenia i przepicia, groteskowy plan filmowy remake’u "Wielkiego żarcia". Dla wielu to synonim obciachu: byczenie się w zamkniętym kurorcie, jedzenie, picie i totalny marazm intelektualny. Ewentualne przebłyski egzystencjalnego buntu ("Co ja tu robię?!") szybko toną w morzu scrollowania i błogiego nicnierobienia. Nic dziwnego, że resorty kojarzą się często z klientelą niewymagającą, zorientowaną wyłącznie na zmasowaną podaż kalorii i procentów.
Najgorsze jest trzymanie w niewoli ptaków, szczególnie papug. Ich naturą jest przestrzeń mierzona w kilometrach, nie zaś w metrach kwadratowych salonu. Widok papużek nierozłączek w sklepowej witrynie potrafi roztkliwić nawet twarde dusze, by je „uwolnić” i zabrać do domu… nowej niewoli. Trzeba zadać sobie pytanie: jakim kosztem? Nie wykrzyczą nam, że cierpią; ich krzyk interpretujemy zazwyczaj jako radosny świergot. Podobnie ma się rzecz z innymi egzotycznymi „żywymi artefaktami”.
Budapeszt postrzegany jest często jako ubogi krewny Wiednia. Miejsce "zaliczane" przy okazji krótkich wypadów budżetowymi liniami lotniczymi, byle tylko puścić w świat rolkę, że odhaczyło się tę turystyczną oczywistość. Pięknie, stylowo, ale wiadomo, oto Budapeszt nad pięknym modrym Dunajem. Niczym nikogo więcej nie zaskoczy. Można powiedzieć: prawie każdy z nas tam był. Postował, instagramował, tiktokował. W domyśle: z tej metropolii już nic więcej ciekawego nie da się wycisnąć. Kolejna relacja będzie zlepkiem obiektów i punktów must-see, które do tego czasu przedstawiły setki tysięcy podróżniczych influencerów. "Wybierasz się do Budapesztu? A, OK…"
Współczesny HR to nie są już panie z kadr parzące kawkę. To, mówiąc bez ogródek, laboratorium inżynierii społecznej, uzbrojone w systemy ATS (Applicant Tracking Systems), które wycinają "niepasujących". Ich algorytmy stosują tzw. proxy discrimination. Choć wiek jest chroniony prawnie, systemy odrzucają kandydatów na podstawie daty ukończenia studiów (zbyt odległa sugeruje brak "plastyczności"), zbyt wysokich oczekiwań finansowych (kod: "overqualified") czy historii zatrudnienia w firmach już nieistniejących. Kluczowym terminem jest "cultural fit". To wytrych z prostą zasadą: masz pasować do korpotapety. Jeśli zespół składa się z ludzi, dla których szczytem doświadczenia życiowego był lockdown w 2020 r., 50-latek z bagażem trzech kryzysów finansowych jest jak piasek w dobrze naoliwionej maszynie. Zgrzyt w ideale. Zbyt "gęsty" informacyjnie, zbyt sceptyczny wobec "game-changing" pomysłów; widział je już w 1998 r. pod inną nazwą czy konceptem…
Jako magister dziennikarstwa może nigdy nie pracowałem w zawodzie, mimo to należę do czujnych i oddanych czytelników prasy oraz mediów. Jestem przekonany, że przez minione lata wyrobiłem sobie wewnętrzny radar, który potrafi odróżnić „prawdziwe” publikacje od tych „wygenerowanych”. Może nie zawsze. W większości przypadków. Nie ma co się oszukiwać: sztuczna inteligencja, potrafiąca być już niezwykle zaawansowana i wysublimowana, znacznie ułatwia dzisiaj pracę „kreatorom contentu”.
coraz częściej można odnieść wrażenie, że wielu współczesnych twórców woli odkrywać Amerykę na nowo lub wyważać dawno otwarte drzwi, bo tak jest po prostu wygodniej. I wcale nie musi stać za tym cynizm czy wyrachowanie w gromadzeniu zasięgów. Często powód okazuje się prozaiczny: merytoryczna pustka i niedostatek kompetencji, które przykrywa się grubą warstwą pewności siebie. Najwyraźniej widać to w świecie vlogerów podróżniczych.
Śmiałkowie sprzeciwu, jak w czternastym wieku król Jagiełło, wbijają dwa krzyżackie miecze w ziemię i bezkompromisowo zaczynają własny Grunwald. Bitwa przebiega intensywnie, ponieważ mają żar w swoich buntowniczych sercach, ich orężem jest konsekwentne anulowanie dotychczasowych subskrypcji oraz wszelkich innych zależności, które rzekomo sprawiały, że przez lata czuli się zmanipulowanymi konsumentami.
O ile szanujące się portale oraz profesjonalne serwisy informacyjne zaczynają już rzetelnie weryfikować grafiki czy filmiki stworzone przez autorów błyskotliwych promptów, by uczciwie oznaczać je jako twory SI, o tyle ze słowem pisanym sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i mętna. Tekst nie posiada znaku wodnego, który byłby widoczny na pierwszy rzut oka, a jego syntetyczne pochodzenie ukrywa się pod płaszczem poprawnej gramatyki czy rzetelnych danych.
Oczywiście, że lata 80. i 90. miały swój urok. Kto nie ma wspomnień pierwszej dyskoteki, gdzie pachniało potem, tanimi perfumami i piwem z plastikowego kubka? Albo pierwszych blantów na osiedlowym placu zabaw. Albo trzepaków, gdzie matka rozwieszała dywan, a dzieci zamiast pomagać organizowały wyścigi rowerowe między blokami. Sielanka po prostu. Przypomnijmy więc bez pobłażania resztę tych cudownych czasów.
Warto przypomnieć, że wózki sklepowe wcale nie istniały od zawsze. Rzadko kto robił hurtowe zakupy. Bez chłodziarki i zamrażarki ciężko było sobie wyobrazić jakiekolwiek chomikowanie. Dzisiaj to wręcz konieczność, kiedy na przykład mieszkasz pod miastem i nie masz czasu, by jeździć do sklepu dwa razy w tygodniu.
Kiedyś ludzie podchodzili do śmierci z większym dystansem i – mierząc we współczesność – mniejszą ilością „dram” postów na Facebooku. W średniowieczu, jeśli ktoś dożywał czterdziestki, nie mówiąc o pięćdziesiątce, uważano go za rekordzistę długowieczności. Dzisiaj, gdy jakiś sławny dziewięćdziesięciolatek (na przykład niedawno Robert Redford, a za chwilę Clint Eastwood) odchodzi we śnie, media ogłaszają „tragiczną stratę dla kultury”. Tłumy zmieniają zdjęcia profilowe na czarno-białe, jakby to był koniec świata, nie zaś logiczne zwieńczenie długiego, często bardzo udanego życia. Kiedy umiera ktoś, kto przeżył dwie wojny, kilka kryzysów ekonomicznych, rewolucję cyfrową i co najmniej jedną modę na punkowego irokeza oraz dwie mody na hipsterskie brody, słyszymy: „Zabrano go za wcześnie”. Jakie za wcześnie? Przecież ten człowiek zdążył zrobić więcej niż my wszyscy razem wzięci przez najbliższe dwa dziesięciolecia.
Mnie jako autora interesuje szczególnie, jaki wpływ zmiana czasu może mieć na fabułę. Na przykład kreatorzy kryminalnych powieści czy seriali — ktokolwiek z nich uwzględni w akcji wpływ zmiany na śledztwo? Kto zabił kogo o danej godzinie, co potem może wpłynąć na akt oskarżenia. Taka sytuacja: morderca planuje zabójstwo o godzinie 2 w nocy podczas zmiany na czas letni. Problem w tym, że ta godzina nie istnieje. Zegar przeskakuje z 1:59 na 3:00. Sprawca ma więc doskonałe alibi: "Panie sędzio, w momencie zbrodni... no właśnie, kiedy?". W 2012 r. w Turcji podobna sytuacja doprowadziła do uniewinnienia mężczyzny oskarżonego o kradzież, ponieważ kamery monitoringu zarejestrowały czas błędnie przesunięty o godzinę. Obrona argumentowała, że w chwili rzekomego przestępstwa czas "nie istniał", co sąd uznał za wystarczający dowód niepewności. Jak widać, jest to inspirujący temat literacko oraz filmowo. Na pewno jednak nie przekonuje, kiedy nagle trzeba wstać o godzinę wcześniej…
DRUGA FURIOZA, kontynuacja przebojowej FURIOZY to ani sequel, ani prequel, nie mówiąc już o spin-offie - jeśli mamy operować fachowym nazewnictwem. To tzw. sidequel, prezentujący wydarzenia rozgrywające się równolegle z tymi, które dzieją się w FURIOZIE.
Reżyseria: Cyprian. T. Olencki.
Scenariusz: Cyprian T. Olencki, Dawid Kornaga
Muzyka: Miro Kępiński.
Dobrze, że Narodowe Czytanie przypomina o istnieniu dzieł sprzed wieków. Wciąż poruszają one tematy uniwersalne, robią wrażenie treścią i formą. W tym roku tematem Czytania była poezja Jana Kochanowskiego, mistrza języka. Kochanowski potrafił w kilku wersach zawrzeć całe spektrum ludzkich emocji: od radości życia po rozpacz po stracie swojej córeczki. Jego fraszki, pieśni i treny to już kanoniczne lektury. I nadal do nas przemawiają. Kto nie zna „Na zdrowie”, ten niech pierwszy zgłosi się na SOR.
Świat antyczny, co chyba do przewidzenia, nie znał pojęcia „wakacji”, a tym bardziej odpoczywania jako takiego. Po pierwsze, wojna toczyła się non stop. W sumie jak dzisiaj, tylko brudną robotę robią coraz częściej drony, nie my. Dlatego, po drugie, w starożytności to zazwyczaj igrzyska czy przeróżne bachanalia zapewniały tym lepiej uposażonym obywatelom czas wolny, wypełniony kontrowersyjnymi z naszego punktu widzenia „animacjami” jak na przykład walki gladiatorów.
Nowa gwiazda popkultury? A może nowy, perfekcyjny marketing, który potrafi wmówić już wszystko. Zarówno rodzicom, jak i dzieciom. Szaleństwo Labubu w całej swojej okazałości dopiero się rozkręca.
Dawno temu, w odległej galaktyce mediów tradycyjnych takie produkcje nazywane były właśnie słuchowiskami. Za PRL-u słuchowisko radiowe uznawano za jedną z najważniejszych form artystycznych i literackich w eterze. "Z braku laku" na co dzień miało ogromną publiczność. Zanim w praktycznie każdym domu pojawił się telewizor, to właśnie radio dawało namiastkę teatru czy serialu.