środa, 23 kwietnia 2008

Paluszka?

Wczorajsze spotkanie w Punkcie, którego bohaterem miał być Shuty z okazji wydania Ruchów zamieniło się w spotkanie, którego bezsprzecznym bohaterem został prowadzący - Cezary Polak. Najnormalniej w świecie po prostu przejechał się po Shutym niczym słynny niemiecki czołg Panzerkampfwagen VI Tiger. Bez cienia podlizywania się stwierdzam, że Polak ma nieprzeciętny talent do zadawania trudnych pytań i widzę go kiedyś jako prowadzącego jakiś kulturalny talk show. Cięty język, poczucie humoru, błyskawiczne riposty, ciosy precyzyjne, obezwładniające, choćby to (gdy zaproszony autor tracił powoli panowanie): - Paluszka?

Tylko żebym sam od niego kiedyś nie oberwał. A jeśli, cóż, przynajmniej powiem, że walczyłem z prawdziwym fighterem.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Afterparty

Gala największego polskiego konkursu reklamowego - Klubu Twórców Reklamy - odbyła się w teatrze muzycznym Roma, w przerwie między dokazywaniem granego tam od marca Upiora w operze. Oprócz sieczki reklamowej, raz zabawnej, raz żenującej uwagę publiczności zwróciła animacja w reżyserii Tomasza Bagińskiego Made in China dla organizacji Reporterzy bez Granic.
Chiny, na stadionie masowe egzekucje jak w Katyniu, oficerowie strzelają więźniom w głowy, trupy padają na murawę, następnie przechodzą przez zmyślny system segregowania, jednemu z zamordowanych wyrywają złoty ząb, który wrzucają do pojemnika. Tych zębów jest znacznie więcej; sumienni azjatyccy wyrobnicy przetapiają je i przetwarzają w... blaszki. A te blaszki okazują się medalami, niesionymi później w stronę sportowców na podium - pysznych olimpijskich winnerów. Chiński dygnitarz zakłada jednemu z nich medal na szyję, a my wiemy, że jego część stanowi przetopiony złoty ząb więźnia z pierwszej sceny filmu. Tak właśnie Reporterzy bez Granic protestują przeciwko olimpiadzie w Pekinie.

Warto popierać prawo Tybetu do autonomii, ale sabotowanie olimpiady na kilka miesięcy przed jej rozpoczęciem to pójście na łatwiznę, to polityczne i ekonomiczne naiwniactwo oraz porażająca wręcz nieodpowiedzialność prowadząca do wzmożenia się chińskiego nacjonalizmu. Interes zbijają na tym różni kreatywni, tworząc obrazy sprzeciwu, a równocześnie mając po prostu w dupie sportowców, którzy przygotowywali się do olimpiady przez lata, a teraz mają za karę oblać się rumieńcem wstydu, że jeśli tam pojadą, to będą walczyć o medale z ludzkich zębów - co naturalnie jest efekciarską metaforą twórców powyższej animacji. Bo gdzie byli owi sprawiedliwi, gdy rozważano przyznanie Chinom organizację olimpiady? Wiadomo przecież, że to jaskinia lwa, że tu się masowo rozrywa, sieka, pożera jak w azjatyckich budach z sajgonkami. Trzeba było nie zachęcać do wejścia do niej. Że niby lew się poprawi, ząbki i pazury przypiłuje? Lew zmieni się tylko wtedy, gdy zamieni się w inne, łagodne zwierzę. A teraz - "ojejku!" Klasyczny przykład ręki w nocniku.

Dlatego po gali dobrze było odreagować na afterparty w pobliskim klubie Ground Zero...

niedziela, 20 kwietnia 2008

1920s

Sobotnia impreza u naszej znajomej, w stylu lat dwudziestych. Na początku, gdy odkręcone zostają pierwsze butelki, lecą charlestony, lecą kawałki z musicalu Chicago, niektóre kobiety, łącznie z moją żoną, świetnie przebrane (co wcale nie jest proste ze względu na ograniczony dostęp do ówczesnej garderoby, łatwiej przebrać się za dzieci kwiaty, za dresiarzy, za rave'owców czy freaków seksualnych), jednak po jakimś czasie, gdy odkręcone wcześniej butelki pokazują puste dno, a dłonie sięgają po kolejne, współczesność wygrywa, bierze ostry zakręt na beat. Przynieśliśmy dwa sety z przebojami, w tym z moim ulubionym jump style'm, puszczamy, podłoga dostaje ostre klapsy od kilkudziesięciu obcasów, zostawiamy na niej dwa litry potu, jesteśmy tak wytańczeni, tak przeabsolwentowani, że w drodze do domu, na stacji metra Służew, pogrążeni w rozmowie na ławce, przegapiamy jadący za naszymi plecami pociąg w stronę Kabat, sądząc, że jedzie on w odwrotnym kierunku. Na kolejny, już po trzeciej nad ranem, czekamy przez pół godziny.

sobota, 19 kwietnia 2008

Storytelling

Przyznaję się, z ciekawości wybrałem się na szkolenie z storytelling and writing story, prowadzone przez dwójkę sympatycznych Anglików. Zawsze o tego typu wykładach słyszałem, ale nigdy nie brałem w ich udziału, uznając za typowo anglosaski produkt. Bo w sumie ani Jezusa, ani takiego Maupassanta czy Haszka nikt nie uczył opowiadania, a proszę, jakie ciekawe historie z morałem nam przekazali. I to bez wsparcia anglosaskich specjalistów od pisania książek, scenariuszy i tekstów reklamowych.

Kilkugodzinne szkolenie wykazało niezbicie, że każda historia ma swój... początek, środek i zakończenie. Opowieść musi zawierać content, bohater zaś character i winien odbyć the jurney, która może być literal lub emotional. I by the end of the story, the hero will have achieved his goal; his world will have changed irrevocably. Odurzony tą przytłaczającą wiedzą, wróciłem w pośpiechu do domu i z tym większą gorliwością zacząłem myśleć o tworzonej przeze mnie prozie, pomny poruszających do głębi anglosaskich konstatacji.

środa, 16 kwietnia 2008

Metamorfoz

Tak jak mam słabość do współczesnego popu arabskiego, szczególnie do produkcji z Libanu, tak podoba mi się też pop turecki. Słynny Tarkan (nie zna go chyba ten, kto przespał swoje dojrzewanie, nie był na żadnej dyskotece i w ogóle jest beznadziejnym wymoczkiem) wydał niedawno nową płytę - Metamorfoz.

Odnotowuję to z tym większą radością, że uważam ją za udaną produkcję, na pewno w stosunku do poprzedniej, angielskojęzycznej, którą Tarkan chciał widocznie znów podbić listy przebojów od Istambułu po Nowy Jork, a w efekcie wyszła mu na niezła wioska... turecka. Również sukcesu płyty, na której znalazł się jego światowy megahit
Simarik (Kiss, kiss) nie powtórzy, ale słucha się tego przyjemnie; mocne beaty, otomańskie melodyjne ozdobniki, niepowtarzalny głos wokalisty. Instynktownie rozglądam się za sziszą...

Album
Metamorfoz ma tę jeszcze zaletę, że wywołuje wspomnienia z naszych wakacji w tureckiej Alanii w 2002 r., gdzie w hotelu jeden z animatorów, samozwańczy didżej puszczał na okrągło Tarkana i Eminema, Eminema i Tarkana. Było dziko, choć nie tak dziko jak w Egipcie, było mnóstwa wina, choć nie tak dobre jak w Egipcie, było gorąco, zupełnie jak w Egipcie. Wszędzie Niemcy, Rosjanie, Marsjanie i paru Polaków. Hotel był z tych z wyższej półki, więc chcąc nie chcąc skazani byliśmy na dzieńdobrydzieńdobry z dwiema parami, które ostentacyjnie nie kryły ilości zielonej gotówki w portfelu. Nazwaliśmy ich dolarowcami i trochę nam ulżyło. Faceci chodzili ubrani od stóp do głowy w Nike, kobiety świeciły, błyszczały, okulary Diora, wszystko ultramarkowe. Ale kiedy wybadaliśmy, u kogo można kupić nieco tańszą wycieczkę do Kapadocji, zlecieli się natychmiast, wyjazdy wykupili pakietami, byle upichcić parę dolców na skarpetki Nike. A Tarkan śpiewał non stop Simarik, a wino tureckie lało się, lało.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Orbitowanie

Po wczorajszym pokazie głupawych, silących się na spektakularność i oryginalność reklam w Multikinie (Złote Tarasy) czym prędzej, nim dobiegły końca, wylądowaliśmy na futurystycznych fotelach w tamtejszym Klubie 35 mm. Idealne miejsce w kontekście kina, widok z ostatniego piętra na rozświetlone miasto, do tego darmowe piwo i wymyślne kanapki od sponsorów tej reklamowej żenady. Piwo schodzi, gwiazdy mrugają, po estakadach zapieprzają samochody, my też schodzimy; po prostu orbitowanie. Ile trzeba woli, by w końcu wstać i blisko północy wrócić do domu...

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Z kabatki do wukadki

Na zdjęciu obok, ściągniętym ze strony WKD (Warszawskiej Koleji Dojazdowej, popularnie zwanej wukadką), do podróży zaprasza nowoczesny pociąg, w którym zapewne działa Wi-Fi, pachnie jaśminem, a na zawieszonych plazmówkach leci TVN24.

Jakie było nasze zdziwienie, gdy w niedzielne popołudnie wsiedliśmy do wyjątkowo wysłużonego rzęcha, chyba jeszcze z czasów p.n.G. (przed naszym Gierkiem); szok tym większy, kiedy przed chwilą jechało się metrem, które w tym przypadku pozwolę sobie nazwać
kabatką.

13.20, odjazd. Wiele hałasu o wszystko, cud, że to jedzie, miast stać przykładnie w muzeum kolejnictwa. Dłonie zaczęły się nam natychmiast kleić, stukotanie i kołatanie uniemożliwiło lekturę gazet i książek, za to mogliśmy przez pół godziny, w drodze do Nowej Wsi (stacja za Komorowem) podziwiać lepsze i gorsze podwórka i budy, sąsiadujące z trakcją, zachwycać się stadami kóz i kur, które szczególnie mnie fascynują ze względu na śmieszny sposób grzebania pazurami w ziemi.

Z kilometra na kilometr robiło się coraz bardziej swojsko, leśno, relaksacyjno. Efekt odmienności, jakiej nie doświadczysz w kabatce, wzmocniło siedzące naprzeciwko nas lokalne małżeństwo z synkiem. Ona miała dłonie, co niejeden worek kartofli już obrały, przez rajstopy przebijały niewydepilowane łydki. On, o paluchach jak bagietki, uderzyłby, to by zabił; dary natury pod paznokciami nie zachęcały mnie do wzmożonej analizy. Najbardziej żal było dzieciaka, siedział, nic nie mówił, rodzice o nic go nie wypytywali, potem się dziwić, że wyrośnie z niego mruk z problemami adaptacyjnymi. Wysiedli gdzieś w połowie drogi. Koniec atrakcji. Co robić, urocza znajoma żony zaprosiła nas na, uwaga, pierwszego w tym roku grilla, choć słońce na niebie w deficycie nie zapowiadało udanego pobytu.

A taki był, na szczęście. Ciekawi ludzie, mnóstwo śmiechu, do tego ciężkostrawna karkówka (grillowa klasyka w końcu), kiełbasa, przepyszna kaszanka, kiszone ogórki. Ja zawsze po takiej dawce mam złe sny. Także tym razem. To nie wina gospodyni, to moja przypadłość.

niedziela, 13 kwietnia 2008

Pippi pisze

Litterär gestaltning jest dwuletnim kursem kreatywnego pisania przy uniwersytecie w Göteborgu. Ze względu na wieloletnią tradycję, wysoką rangę nauczycieli oraz sławę i uznanie swych absolwentów jest najbardziej prestiżowym z licznych kursów tego typu, jakie istnieją w Szwecji. Kurs skierowany jest do prozaików i poetów, po debiucie lub tuż przed debiutem, piszących po szwedzku, norwesku lub duńsku. Spotkania grupy, mające charakter warsztatowy, polegają na dyskusjach nad tekstami kursantów i seminariach prowadzonych przez literatów z wieloletnim doświadczeniem i znacznym dorobkiem. Podczas drugiego roku nauki uczestnicy zapoznają się z kulturą i literaturą wybranego kraju lub obszaru językowego. W tym roku tematem przewodnim jest Polska i polska literatura. Przez tydzień kurs będzie się odbywać w Warszawie. Zaplanowane jest spotkanie z młodymi polskimi pisarzami oraz z tłumaczami literatur skandynawskich, którzy podjęli się przekładu tekstów wyprodukowanych podczas kursu. W czwartek 17 kwietnia w klubokawiarni Chłodna 25 pisarze-uczniowie, pisarze-nauczyciele i tłumacze spotkają się z publicznością, by opowiedzieć o nauce kreatywnego pisania oraz zaprezentować powstałe w ten sposób teksty i ich przekłady.

To tyle, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne. Nim skandynawscy adepci pisania o trudach życia w rajach na ziemi (czyt. Szwecji, Norwegii, Finlandii i Danii) będą głowić się, jak tu przybliżyć czytelnikom niuanse rzeczywistości w nowej, inspirującej, porywającej formie języka i co tam jeszcze na kursie litterär gestaltning ich wyuczą, wczoraj, jak podsumowała to Justyna (urodzony kaowiec), współorganizatorka całego przedsięwzięcia, musieli balować w Obiekcie Znalezionym. I myśmy tam byli, po dwa piwa na koszt Królestwa Szwecji wypili (później już dzielnie z własnej kieszeni), po pierożku i sałatce przemielili.

Miło było widzieć konwersujące towarzystwo, niestety, krzesła i stoły, które przyciągają ludzkie tyłki jak upadłe gruszki roje pszczół i os, spowodowały nieoczekiwane trudności z integracją. Kiedy impreza jest stojąca – co już wielokrotnie wypróbowaliśmy – możliwość przemieszczania się sprzyja zapoznawaniu współbiesiadników. Natomiast obecność stołów tworzy niechybnie kliki krzesłowe, do których nie sposób się dosiąść. Także skandynawskie, zimne charaktery nie były szczególnie zainteresowane słowiańskimi przybyszami; jeśli już, to tymi, których wcześniej poznali. W efekcie, chcąc nie chcąc, rozmawialiśmy jedynie z tymi, co powstali. Może kiedyś będzie jeszcze szansa poznania skandynawskich miłośników literatury. My nauczymy ich gorąca, oni nas – prowadzenia Volvo:)

piątek, 11 kwietnia 2008

Szyma

Wernisaż Grzegorza Szymy w klubogalerii Piksel (szczegóły i linki do prac artysty na piksel.art.pl). Kolorowo, intrygująco, pikantnie. I co najważniejsze – bezpretensjonalnie. Niesztampowe plakaty-portrety patrzą gromadnie na gości. Na zdominowanej przez zieleń grafice maźnięty wściekle tłustą kreską królik (może zając) ucieka z naszej galaktyki. Na wielu pracach sporo czerwieni, podkręcanej dodatkowo przez wernisażowe wino; taki konglomerat zdecydowanie pobudza zmysły. Piękne artefakty Szymy dopełnione pięknymi kobietami, które przyszły do klubogalerii Piksel.

Wernisaż naprawdę można uznać za udany. Oprócz pastiszowych wycieczek w oniryczne światy, oprócz ironicznego spojrzenia na język reklam najciekawszy pozostaje w pamięci cykl grafik News, można rzecz – ryty dziecięcą ręką niewinności dialog z Okrucieństwami wojny Goi. Oryginalna jest też niezwykła Moja kolekcja płyt CD. Chyba każdy z nas ma w domu parę, jeśli nie setki pirackich nagrań, zgranych na płytach. Zwykle opisujemy je z logiką księgowego, podając nazwę wykonawcy i tytuł albumu czy kompilacji. Szyma przedstawia zabawne, graficzne komentarze do treści kolejnych płyt.

Jako twórca klęskę ponosi – moim zdaniem – tylko przy krótkim filmie obrazującym z weryzmem jego masturbację; towarzyszy temu komentarz, że ów akt fizyczny w sferze fantazji dotyczy wszystkich kobiet, których Szyma łaknął zarówno jako młodzieniec, jak i dorosły mężczyzna, choćby taką Polę Raksę. Wytrysk na dłoń nie doprowadza do wytrysku sensownej odpowiedzi na podstawowe pytanie, jakie zadaje sobie odbiorca: - I co z tego wynika? Że podniecają nas kobiety? Że aby odreagować, musimy się spuścić? Że sferę mentalną uzupełnia sfera fizyczna, w tym przypadku w postaci tarmoszonego zawzięcie penisa?
Albo czegoś tu nie pojmuję, albo za dużo podobnych, obrazoburczych instalacji już widziałem, albo ewidentnie brak mi poczucia humoru. Bardzo sobie cenię projekty podważające naszą gnuśność moralną. Jednak powyższy wpasowuje się w daleką przeszłość, gdzie tego typu akcje uprawiali m.in. austriaccy artyści, atakujący prowokacyjnie porządek postwojennej Austrii, czy choćby środowisko Warhola. Dzisiaj trzeba nieco bardziej się wysilić, inaczej grozi jazda na rympał, pustka i... zmarnowana sperma.

Tak czy owak wystawa Szymy jest warta polecenia, kto żyw, marsz do klubogalerii Piksel. Szyma dzięki swojemu autentycznemu wyczuciu rytmu i barw, bez pretensjonalnego patosu intryguje, zaczepia, zwraca uwagę na niuanse, jak i drugie dno, dekonstruuje nasze plastyczne przyzwyczajenia, a także - co chyba najważniejsze - pozwala się uśmiechnąć. Jego prace, w przeciwieństwie do wielu innych współczesnych artystów, mają jedną podstawową zaletę, którą można ubrać wręcz w hasło reklamowe Szymy: "Nie przynudzam". I za to szacunek.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Uciekam w przeszłość. Daleką.

Jako że zostały mi około ponad dwa miesiące na autorskie zredagowanie nowej książki, na jakiś czas, może właśnie taki, może krótszy, nie wiem, nie chcę wiedzieć, tak czy owak - na ten czas rezygnuję z fabuł na rzecz mojego konika, niespiesznego, kontemplacyjnego czytania historii starożytnej.

Robię tak przeważnie wtedy, gdy chcę, żeby nic nie próbowało zaanektować mojej wyobraźni; z jednej strony dobrze, że mój umysł jest wręcz przesadnie eklektyczny, z drugiej stanowi to straszne zagrożenie (wierzcie), które potrafi mimowolnym cytowaniem rozwalić książkę, nad którą się pracuje, definitywnie ją pogrążyć w bagnie odniesień, zniszczyć chcianym i niechcianym pastiszem, w efekcie - ostatecznie pogrążyć. Encyklopedycznym przykładem tego typu zasysania cudzych stylistyk są moim zdaniem Ruchy, najnowsza powieść Sławomira Shuty,ego, rzecz
praktycznie nie do strawienia, chyba że zawodowo parasz się krytyką literacką i czytasz, bo chcesz & musisz, musisz & chcesz.

Tym razem na moją lekturę składa się ekstremalnie drobiazgowa analiza rządów Augusta Oktawiana, Tyberiusza, Kaliguli (zdjęcie obok z legendarnego już filmu z roku 1979 pod tym samym tytułem, niesamowity obraz, kto może, niech obejrzy, w końcu nie zablokowano torrentów, obłęd, nie film, rozedrgany, rozchełstany, roz...), Klaudiusza, Nerona, Wespazjana.

Witajcie, augurowie.
Witajcie, niewolnicy.
I ponownie ty, Marku Aureliuszu.

niedziela, 6 kwietnia 2008

Pierwszy w tym roku

tulipan, kupiony tradycyjnie przy wyjściu z metra Kabaty. 1,50 zł za sztukę. Specjalny wazonik mieści tylko jedną łodygę, więc nie ze skąpstwa, lecz estetycznej konieczności oszczędzam...

W sumie nie lubię ciętych kwiatów, przypominają motyle, żyją tak krótko. Kwiaty w doniczkach są konkretne, żywotne, całe mieszkanie jest nimi zastawione. Mimo to kwiat na stole wnosi spokój, nawet kiedy zaczyna podupadać na swojej
kwiatowatości, płatki się marszczą, schną, opadają. Wtedy z bezwzględną obojętnością, nabytą dzięki setkom poprzednio wyrzuconym zeschniętym kwiatom, wyjmuje się delikwenta z przemiłego wazonika i grzebie w koszu na śmieci.

Umarł kwiat, niech żyje kwiat. One to rozumieją, nie buntują się, cieszą podlewaniem, chuchaniem, dmuchaniem i podziwianiem ich wdzięków. Starzejąc się, ustępują miejsca świeżym, kwietnym
laskom.

sobota, 5 kwietnia 2008

Ręce nie mają uszu

Podobno 2KC zmniejsza skutki nadużycia alkoholu, pomaga uniknąć złego samopoczucia po nadmiernym spożyciu… Czasem się o tym przekonujemy, a czasem nie – gdy okazuje się, że to nadużycie przekroczyło normy zakładane przez producenta 2KC.

Piątkowa impreza w do takich właśnie się zalicza. Nie pomogą żadne cudowne medykamenty (muszla klozetowa świadkiem), nie pomogą gusła, czarne msze. Ekspiacja nieuchronna. Zwłaszcza, gdy wcześniej brało się udział w rozmowie typu:

- Myślisz, że wystarczy?
- Zupełnie.
- Co zupełnie?
- Zupełnie nie wystarczy.
- Ale już nie mogę pić.
- Ja też. Pij.
- Sam pij.
- Przecież piję.
- Małymi łykami.
- Chytra metoda.

Bynajmniej wcale nie chodzi o trywialną najebkę. Kiedy jednak zdarza się okazja, że ręka może sięgać po drinki bez finansowych konsekwencji dla portfela, to ta ręka sięga coraz częściej, coraz bardziej chwiejna, jednak sięga i nic sobie nie robi z podszeptów zdrowego rozsądku. Ten każe schować się jej w kieszeni, pod pachą, w dekolcie. Ona desperacko robi swoje, udając, że nie słyszy. Chyba rzeczywiście nie słyszy, w końcu ręce nie mają uszu.

W tej całej historii poszkodowaną jest kobieta, biedactwo. To nie znaczy, że mężczyzna wyszedł z boju z trzeźwym spojrzeniem. Ma on tylko większą możliwość absorpcji. Taksówkarz, który o czwartej nad ranem przywiózł nas na Kabaty, wiedząc, co się święci, gdy ktoś zamawia taksówkę pod klub o tej porze, zrobił mały lufcik od strony pasażerów, czyli nas. W ten sposób uniknął przesiąknięcia oparami alkoholu, które się z nas mimowolnie wydostawały, i wydostawały, i wydostawały. A poza tym było wspaniale, bo zarówno Ula i Kuba, Klaudia i Jacek bawili się z nami doskonale, i nawzajem.

piątek, 4 kwietnia 2008

Juno

Praktycznie wszyscy recenzenci chwalą ten film. Wiedzieliśmy go i mogę z ręką na sercu potwierdzić zachwyty nad scenariuszem Diablo Cody. Poczucie niedosytu pozostawia zakończenie, nawet drażni swoją słodyczą, ale gdzieś tam dobrze wiemy, że szesnastoletnia Juno nie raz, nie dwa będzie musiała konfrontować swoje oczekiwania z dyktatem świata. Na pewno pomoże jej w tym nieprzeciętne poczucie humoru, które warto sobie zaadoptować...

Najbardziej boli świadomość, że przynajmniej w Stanach nastolatka nie jest skazana na porodówkę, ma jakiś wybór, którego nie mają polskie kobiety. Władza polityczna Kościoła jaka jest, każdy widzi. Szkoda, że pozwalamy jej wchodzić do naszych łóżek; dusza jej nie wystarczy, gorliwie zagląda nam do majtek, jąder i macic. Wierzę, że kiedyś osłabnie, a złe prawo, które "poczęła", zostanie zmienione.

środa, 2 kwietnia 2008

Fiński

W ramach walki z naleciałościami, jeśli można tak określić delikatnie zimowy bonus sadełka, chodzimy regularnie na pobliski basen Acqua Relaks. W sumie mamy do niego zaledwie dwie minuty na piechotę. Niestety, od jesieni kompleks był zamknięty z powodu remontu, który przeciągał się w nieskończoność jak wszystkie inne stołeczne inwestycje, problemy z ekipami budowlanymi, opieszałość, inne kuciu-sruciu. Otwarcie przekładano kilka razy, więc kiedy dwa tygodnie temu wreszcie stał się cud, lud zleciał się jakby udzielali tam wiecznych grzechów odkupienie.

Okazało się, że remont wcale się nie skończył. Zamknięte były sauny. Wreszcie wczoraj otwarto pierwszą - fińską. Osobiście preferuję rzymską, ale nie marudziłem. Po dłuższej sesji w suchej czuję się oddalony od siebie, pobity przez jakichś niewidzialnych dresów, wzrok błędnego rycerza, brak ochoty na cokolwiek poza zwaleniem się na łóżko. Nie pomaga ani zimny prysznic, ani tym bardziej schłodzone wino; efekt jeszcze gorszy, człowiek zasypia pijąc...


Nie marudziłem, więc gdy żona zaliczała jeden z ambitnie założonych dwudziestu dwóch odcinków długości pływalni, ja usiadłem na ławce i poddałem się szatanom i ich duchocie. Przez większość czasu towarzyszył mi siedzący naprzeciwko grubas z gęstą, siwą fryzurą. Był tu już, gdy wszedłem do środka. Po kilku minutach zaczął dyszeć, tak co jakiś czas; serce z trudem pompowało krew w tak zwalistym cielsku. Trzymał się dzielnie, zapewne traktując swoje poświęcenie jako element walki z supernadwagą. Nie zamierzałem wymięknąć i wyjść przed nim, choć po długiej przerwie w sauningu nie imponowałem sobie wytrzymałością.

A gruby dyszał coraz głośnej. Wszedł jakiś facet. Wtedy nasz wyrazisty bohater w końcu się poddał, wytoczył jak na haju z sauny, aż mu ręcznik się zsunął na zad, odwrócił się, zakładając klapki, i wtedy ujrzałem jego biednego peniska, przytłoczonego ogromem dachu brzucha, zasłonięty, skulony i pogrążony w myślach, kiedy to jego właściciel był młodym chłopcem bez grama tłuszczu i nie dawał mu spocząć pod otuliną kalorii. Wyglądał tak, jakby malał proporcjonalnie do przyrostu wagi mężczyzny. Nieaktywny, a jeśli aktywny, to tak sobie, bateria na wyczerpaniu. Brrr!

Do rzymskiej chodzą chętniej kobiety.

wtorek, 1 kwietnia 2008

Kiszony

Kiedyś, gdy byłem znacznie młodszy i z optymizmem patrzyłem w przyszłość ("Tak, dziadku Kornaga, gadaj sobie, byle nie za szybko, bo ci sztuczka szczęka wypadanie".), czyli w czasach studenckich, na drugim roku, poznałem koleżankę mojej koleżanki, która, jak okazało się na pierwszym spotkaniu, uwielbiała kiszone ogórki.
Brzmi to dwuznacznie, ale wierzcie lub nie, idziemy sobie ulicą Świętokrzyską, w miejscu, gdzie dziś znajduje się wejście do stacji metra, a ona wstępuje do pierwszej budy, która nazywa się dumnie sklepem (wtedy stało tam miasteczko bud-sklepików, dosłownie wszystko na sprzedaż, ubrania wojskowe, wibratory, torby, podejrzewam, że i broń palna) i prosi o cztery kiszone ogórki.
- Poczęstujesz się? - pyta.
- E... Nie mam ochoty - odpowiadam mechanicznie.
Zosia jak gdyby nigdy nic zanurza rękę w foliowym woreczku i wyjmuje ociekającego posoką ogórka. Przegryza połowę, cmoka, ależ jej smakuje.
Pięknie. Co za zapał. Co za odwaga. Powstałe niejasne erotyczne marzenia wchodzą w konflikt z wizją Zosi, która rozprawia się z drugim ogórkiem, po chwili z trzecim. Pachnie kiszonką. Jej usta, jej oddech.
- Głodna byłam - wyjaśnia.
- A czy koniecznie musisz jeść kiszone ogórki - chcę zapytać, ale z grzeczności (w końcu znamy się niecałe kilka godzin) wybieram milczenie.
I co z tego wynikło? Prima aprilis! Nie było żadnej Zosi.
Były ogórki...

sobota, 29 marca 2008

Krople, fabuły

Popołudnie zainicjowało deszcz, deszcz zainicjował posępność, posępność zainicjowała zwątpienie – że idzie wiosna. To nie jest kraj dla soczystej wiosny, z jej atrakcjami typu latawce, dmuchawce i niższa inflacja. Co robić, można zanegować, nasrożyć się, usta zwęzić, uszy przyklapnąć, pachy skleić, brwi przyczernić tuszem, powiedzieć:

- A chuj, wypierdalam z tego kraju. Tak, wypierdalam pierwszym samolotem easyjet, wypierdalam w imię zasad, w imię dziesięciu przykazań, z których przestrzeganiem ten kraj, ta ziemia, o śpiący już wadowicki Ojcze Święty, ma poważne, wręcz patologiczne problemy.

Gdy mój brat wybiera anglosaską emigrację, może quasi, może constant, bo jak wiadomo, jednym Albion błogosławi, drugich w rynsztok spycha, Kubą Rozpruwaczem szczuje, kto to wie, kto to ustali, ja tu, na tym padole łez muszę walczyć o swoje z żoną dzielną, zdolną u boku, dbać o somę, o psyche, o żołądek, o jądra, o wszystko. PIT-y rozliczone przez bystrą księgową, a gówno, panowie z urzędu skarbowego, żadnych dopłat, pierdolcie się, żadnych dopłat, co nasze, przepijemy markowymi wódkami, i nic wam do tego, postkomunistyczni krwiopijcy!

Gdy gdzieś tam w Albionie dobrobyt zakwita, mnie tutaj powszechna chujowizna chwyta, o nie, koleś, nie ma lekko, masz pańszczyznę do odrobienia, do roboty, paskudny leniu.

Więc słucham, nie pyskuję, zadane książki kupuję, czytam. Taśmowo, hurtowo, stachanowiec czytania, nie mogę inaczej, skoro sam piszę, to czytanie jest moim obowiązkiem, rozkaz wykonać, zawsze nim było, jedyne czyste przekonanie, absolutnie naturalne, które sprawiało i sprawia mi przyjemność. Gdybym miał zapodawać wszystkie tomy na tym blogu, zamieniłby się on niechybnie w wortal recenzencki, a na tym mi nie zależy. Raczej wrażenia ogólne, odczucia, niż surowe krytyki, konstatacje, analizy.

I tak, Królowa Tiramisu autorstwa mojego byłego redaktora Gangreny, B. Sławińskiego, skonsumowana przez ostatnie dni. Mam z tą książką pewien problem (także ze względu na to, że znam doskonale autora, wiele mnie z nim łączy, cenię jego wiedzę, dowcip i tysiąc innych drobiazgów, co niewątpliwie sytuuje mnie na antypodach w miarę obiektywnego spojrzenia na jego dzieło, więc niech mi wybaczy ewentualne umizgi lub ich zaprzeczenie; na pewno doceni, że przeczytałem jego książkę od deski do deski, najdokładniej jak to możliwe, po prostu niczym skaner, nie człowiek). Podoba mi się inwencja językowa autora, podoba mi się eklektyzm stylistyczny, który sprawia, że szczególnie na początku chłonie się każdy akapit, natomiast - co przyznaję bez bicia i obłudy niedomówień – nie podoba mi się jego (wręcz przyrodzony) brak inwencji fabularnej, rezygnacji z pełnokrwistości scenicznej, jakże niezbędnej, by stworzyć porywającą powieść, a jeśli nie powieść, to zwyczajną opowieść, która sprawia, że angażujemy się w świat bohatera i chcemy wiedzieć, co dalej; ponadto irytuje brak co chcę przez to wszystko powiedzieć. Być może takie było założenie albo kres możliwości kreatywnych, więc każdy osądzi to na swój sposób, sięgając po tę książkę. Naturalnie, jako powieść debiutancka ma swoje zalety, a te zalety – jakie by nie były – to wiara w słowa, w synonimy synonimów, w niezliczone potoki słowotoku, które spływają z hukiem na czytelnika, zdania podrzędnie złożone, w nieskończoność rozłożone, tysiące przycinków, po których kolejne przycinki, watahy cytatów, cytat goni cytat, nawiązania, odniesienia, aluzje, podchody, puszczenie oka, puszczanie pawia, wiara, że to się czytelnikowi spodoba, zauroczy go, emocjonalnie poruszy. Jak wiadomo, wiara o niczym jeszcze nie przesądza, więc najbliższe tygodnie pokażą, czy intencje autora zostaną adoptowane i docenione, czy odrzucone jako przykład bezproduktywnej prozy eksperymentalnej; nie wiem. 1) Królowa przypomina jeden wielki wiersz, iskrzący się od gierek słownych, metafor, inwersji, onomatopei etc. 2) Królowa nie przypomina powieści, to raczej esej literacki, rozpisany na papierowe postaci (co nie jest wadą), które mają do odegrania pewne role i spełniają się w nich znakomicie, w konwencji założonej przez swojego twórcę.

Jeśli poruszam kwestię powieści, w której świat się wchodzi, wręcz tonie, aż tchu na świat zewnętrzny przestaje brakować, encyklopedycznym przykładem jest To nie jest kraj dla starych ludzi McCarthy’ego, nad którego Drogą niedawno tak się rozpływałem z zachwytu; i słusznie. McCarthy to dla mnie pisarz-ideał: jest ekstremalnym przykładem przekaźnika, który ma tylko jedno zadanie – opowiedzieć nam obrazowo w adekwatnym do przedstawionego świata klimacie pewną historię. Czyni to znakomicie. Nie zdążyłem jeszcze skończyć tej powieści, obejrzałem tylko film, który pozostawił niedosyt, pytanie: I co z tego? Ciekawe, czy powieść nadrobi tę lukę.

środa, 26 marca 2008

O wózku, który się przemieszcza

Ostatnio robi się jakoś materialistycznie, przedtem ławka, teraz wózek z hipermarketu. Ale jak mam przejść obok niego obojętnie, skoro tydzień temu jego bliźniak jechał metrem, wyładowany dobrami z pobliskiego Tesco?

Ten pojawił się z nagła naprzeciwko naszego mieszkania, pusty, goły, zmarznięty. Istnieje poważne podejrzenie, że ktoś, kto zrobił przedświąteczne zakupy, zniecierpliwiony wpakował go do swojego vana, a co!

Potem zaworki mu puściły, przeżegnał się, pokajał, przejrzał na oczy i sumienie, wyładował towary, by przygotować je i zeżreć z okazji Zmartwychwstania, a wózek zostawił w samochodzie. W końcu porzucił go chyłkiem tam, gdzie zrobiłem mu zdjęcie, na naszej ul. Wąwozowej. Niczym jakiegoś psiaka przed wakacyjnym wyjazdem, brakowało tylko smyczy, którą przywiązałby go do słupa drogowego, skurwysyn.

Wózek, najwidoczniej podstawiony tu rano, wydaje się kompletnie zdezorientowany. Wyrwany od swojej wózkowej rodziny, nie wiedział, co robić, stać, jechać, zawodzić kółkami? Zdał się na przechodniów, którzy omijali go, zaskoczeni i… pogodzeni, że zawsze znajdzie się jakiś szajbus, który uprowadzi wózek z hipermarketu i zostawi go w najmniej odpowiednim do tego miejscu.

Jest środka, godzina 16.44, wózek nadal czeka na wybawienie. Ktoś go odsunął nieco w głąb chodnika, bo uniemożliwiał parkowanie. Okoliczni ciecie, nieprzygotowani na taką konfrontację, udają od dwóch dni, że go nie wiedzą. Pada śnieg, pada deszcz, wieje wiatr (na Wąwozowej praktycznie zawsze wieje od pobliskiego Lasu Kabackiego, w zimie to Syberia, w lecie – cudowna naturalna klima), chmury naburmuszone, przechodnie z oczami na czubkach butów, nikt nie przyznaje się do wózkowej sieroty, ona czeka, i ja jej nie pomogę, chyba że postoi jeszcze kilka dni, odstawię do śmietnika, bo na pewno nie będę jechał z pustym wózkiem prawie 600 metrów do Tesco i domagał się znaleźnego…


Wczoraj w klubogalerii Piksel bawiliśmy przy okazji pokazu filmu teatru tańca, w wykonaniu grupy DV8. Niesamowici faceci, nic więcej! Przy okazji pożegnaliśmy się z moim bratem, który wraca do Anglii. Za pomocą czerwonego, wytrawnego wina 13%.

wtorek, 25 marca 2008

Ławka?

W pewnym mieście, w pewnym parku była sobie pewna ławka. I pewnego dnia pewien dewastator pozbawił ją siedziska, może zabrał je na opał do kominka, może cisnął do pobliskiej rzeki, niech popłynie do Sanu, Sanem do Wisły, Wisłą do Bałtyku, aż fale wyrzucą ją na szwedzką plażę, gdzie dopełni się jego los w rękach opiekuńczego państwa, skończy jako przykład polskiej skłonności do dewastacji, wywieszą ją na rynku w Malmö ku przestrodze socjalizowanych w jedyny słuszny sposób skandynawskich dzieci; może ów niszczyciel działał z fantazją godną Karola Maya, może swój postępek przebrał w indiański pióropusz, jaki to z niego mistrz skalpowania ławek, żadna mu się nie oprze, jak ją sobie namierzy, herkulesową ręką podważy, to zawsze w przeciągu parunastu sekund - rozpierdoli... Nieważne może, ważne, że ławka utraciła swoją ławkowatość. Zakochani tu nie przysiądą, nie pójdą w ślinę, nawet okoliczni pijaczkowie nie spoczną na dwa łyki, chyba że jakiś pisarz, który w okaleczonej ławce dojrzy inną, lepszą ławkę, ławkę niespełnioną, ławkę na miarę literatury egzystencjalnej, usiądzie na niej wygodnie, rozmyślaniom się podda, a pośladki będą mruczały, że siedzą, choć nie siedzą, wtedy ławka się reaktywuje, i powróci do świata żywych ławek, mając gdzieś urząd miasta i jego urzędników, którzy nie mają serca dla skrzywdzonych ławek, bo ani się nie zakochują, ani nie chcą przysiąść na dwa łyki.

piątek, 21 marca 2008

Francologia

Dla równowagi psychicznej, o ile to możliwe, bo wizja fartucha bezpieczeństwa potrafi prześladować jak porzucona była dziewczyna, wczoraj w ciągu jednego dnia przeczytałem Jak rozmawiać ze ślimakiem Clarke'a. I chyba dobrze mi to zrobiło.

To nie jest książka dla ludzi, którzy nigdy nie byli we Francji, a przynajmniej w Paryżu, a to zasadnicza różnica, którą Clarke wyjaśnia ze wspaniałym poczuciem humoru. O ile jego powieści o przygodach osiadłego we Francji Anglika (o korzeniach jak najbardziej biograficznych), w znanym cyklu Merde, ocierają się o żenującą szablonowość, to poradnik po francuskiej duszy jest dziełkiem udanym, iskrzącym humorem, można rzec:

- Panie Clarke, więcej takich eseistycznych patchoworków, a mniej powieści, uniknie pan dzięki temu żenującej, ocierającej się o fabularne grafomaństwo kompromitacji.

Żona, która jest romanistką, pierwsza przebrnęła przez Ślimaka, niejednokrotnie wzbudzając zdziwienie pasażerów w metrze, co tak rozśmieszyło tę blondynkę, zbiór kawałów o niej? Śmiech w pełni uzasadniony, Clarke błyskotliwie odkrywa francuskie psyche, poddając ją miażdżącej krytyce, a równocześnie potrafi dostrzec jej zalety - w końcu żyje tam kilkanaście lat. I wątpię, by coś go skłoniło do powrotu do Anglii, chyba że polepszy się tam kuchnia, kobiety wyszczupleją, a deszcz będzie rzadziej padał.

W każdym razie to naprawdę nie jest książka dla tych, którzy nigdy nie mieli do czynienia z potomkami poddanych Króla Słońce. Patent komiczny polega na tym, że czytelnik poznając kolejne "podsumowania" o Francuzach ma okazję skonfrontować je ze swoimi doświadczeniami. Przeważnie wszystko się zgadza. Jest przy tym naprawdę niezły ubaw. Ja sam pozwoliłem sobie w mojej najnowszej książce zrobić parę wycieczek, wyśmiewających Francuzów. Z miłym zdumieniem przeczytałem, że Clarke ma podobne wnioski (jego bardziej realistyczne, moje zdecydowanie absurdalne, spekulatywne, choć wychodzące z podobnch przesłanek), on, prawdziwy francolog.

Tak, skoro są sowietolodzy czy sinolodzy, czemu nie mogą się pojawić francolodzy? Mają co badać, powstały pierwsze poważne opracowania. Na czele z dziełem ojca-założyciela nowej dziedziny nauki, pana Clarke'a.




czwartek, 20 marca 2008

Droga

Wydawnictwo Literackie powinno wstydzić się tak amberowskiej okładki, sugerującej grafomańskie popisy jakiegoś trzecioligowego epigona Roberta Ludluma. Redaktorzy nie napracowali się za wiele, zdjęcie zakupione w banku zdjęć, podbite nazwisko autora, normalnie witamy w świecie zabili go, a uciekł. Amerykańskie wydanie zdecydowanie bardziej oddaje charakter tej niezwykłej powieści.

Bo Droga McCarthy’ego to nie tylko powieść niezwykła, to powieść wybitna. Niejako aneks do Apokalipsy św. Jana.


Świat się w końcu doigrał. Prawdopodobnie coś na kształt nuklearnego holokaustu zmiotło naszą cywilizację. Wyludnione, zdewastowane miasta. Porzucone samochody. Setki wysuszonych trupów. Ani ptaka na niebie, ani Boga w niebie. Ci, którzy ocaleli, nie mając już jakiejkolwiek nadziei, że będzie lepiej, pragną tylko przeżyć. By trwać - choć wiedzą, że niekoniecznie ma to sens.


W Drodze, nawet w przekładzie poraża cięty, adekwatny do opowiadanej historii styl. Już dawno nie czytałem tak wolno książki; wracałem ustawicznie do kolejnych akapitów, analizując absolutnie wciskający w fotel opis rozkładu naszej cywilizacji. Równoważniki zdań podbijają doznania podczas lektury. Wszystko jest takie, jakie być powinno: świat się skurczył, zmalał, zdewastował. Język, którym przedstawia to McCarthy, również nie pozostawia pola na oddech.

Odetchnąć mogłem dopiero po odłożeniu Drogi na półkę. Dziękuję autorowi za katharsis, którego doznawałem dosłownie na każdej stronie jego powieści.







poniedziałek, 17 marca 2008

Rigoletto

Zanim w niedzielę nastąpiło bliskie spotkanie z kulturą wysoką, w sobotę trzeba było oddać rozrywce, co jej się należało.

Cel: Sheesha Lounge. Bohater wieczoru: Brat, który przyleciał na dwa tygodnie z Anglii. Plan drugi: fajka wodna, butelka wina i przemycona do klubu wódka Luksusowa w stylowej piersiówce, dolewana do coli i jedynego zakupionego drinka. Plan trzeci: sporo gangsterki i czekoladowych chłopaków. O ile Arabom aż wypada się bawić w Sheeshy, to gangsterka przyjeżdża wydawać w modnym miejscu kasę i zrywać kręcące biodrami laski. Na występkach wszelakich zarobioną kasę. W efekcie w klubie alkohol jest naprawdę drogi. Poza tym jeśli barman wlewa 40 ml wódki do drinka, to żeby mnie cokolwiek ruszyło i pognało, to musiałbym wypić takich drinków z sześć, siedem, może osiem. Przemytniczy proceder bardzo nam się powiódł (aż niebezpiecznie zakręciło), bawiliśmy się do wyczerpania baterii. Arabskie, mocne beaty przefiltrowane przez zachodnie syntetyzatory potrafią wywrócić żołądek na opak, wymłócić wątrobę, a jelita przerobić na węzeł gordyjski.

Opera po niedzielnym obiedzie, nie byle jaka, mroczne Rigoletto. Sporo międzynarodowych wykonawców. Najbardziej poruszył nas nieprawdopodobnie piękny sopran urugwajskiej artystki Luz Del Alba. Rozchodzi się pod skórą jak te robaczki w horrorach, z tą różnicą, że nie boli. Wciska w fotel, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ona nie zrobiła sobie jakiejś operacji, by wzmocnić tę niewiarygodną tonację. Tak jak w Blaszanym bębenku karzeł Oskar potrafił głosem/krzykiem roztrzaskiwać szklanki czy szyby, tak znalazł godnego naśladowcę w osobie Urugwajki. Kiedy w sławnej scenie na cztery głosy baryton i tenor zdawały się początkowo zdominować przestrzeń dokoła, tak wystrzelona sopranowa rakieta z gardła Del Alby starła przeciwników na proch. Są różne soprany, ten prawdopodobnie jest jednym z najpiękniejszych barwą i wysokością. Biedny dentysta, któremu pani Luz krzyknie niechcący w ucho podczas leczenia kanałowego.

Praktycznie przez ten weekend nie napisałem ani słowa. Życie pisało mnie. Sporo narowistych akapitów. Dosadnych przypisów. Tekst niewyjustowany. Warto było. Domatorzy niech drapią się po tyłkach.

sobota, 15 marca 2008

Spodenki

W piątek, nim wylądowaliśmy w Klubie Dziennikarza, po raz pierwszy byliśmy w restauracji Rooster (znanej sieciówce, która udaje amerykańską restaurację) na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciwko kościoła św. Krzyża, tego z pochylonym Chrystusem u wejścia, który teraz ma dodatkowy powód, by udawać uparcie, że nie dostrzega wdzięków współczesnych odmian Marii Magdaleny.

Chrystus ma bowiem uzasadnione powody, by ukryć swoje zażenowanie.

Ktoś nieźle to sobie wymyślił, coś na zasadzie spełnionych snów starego, przejedzonego świntucha: kelnerki w Kogucie noszą obowiązkowo ultrakrótkie czerwone spodenki. Nieprzygotowany na wstrząs głodny konsument płci męskiej heteroseksualnej wchodzi do środka i zamiast skupić się na menu, musi okiełznać swoje wiecznie nienasycone instynkty.

- Zamawiam uda. To znaczy, udka - bąka z roztrzepaniem godnym starego profesora filologii łacińskiej.

Czy owe spodenki to marketingowe nawiązanie do koguciego grzebienia, czy też barwy nabrzmiałego członka, a konkretnie żołędzi, tego nie wiem na sto procent, wiem za to na sto dziesięć procent, że wbrew pozorom to nie te młode laski, zarabiające na życie podawaniem jedzenia i picia, czują się upokorzone. Upokorzeni są napruci miśkowie, którzy chcieliby, a nie mogą, bo czapa, w nos i wynocha z lokalu.

Nie ma bowiem nic gorszego w konsumpcji zamówionego dania, jak inne danie w pobliżu, zdecydowanie smaczniejsze i warte schrupania już teraz, zaraz i natychmiast.

czwartek, 13 marca 2008

O wózku, który jeździł metrem

Wracając z klubu Regeneracja po pokrzepiającej intelektualnie, przyjacielskiej konwersacji, wysiadając na ostatniej stacji metra Kabaty, w drodze do bliskiego już domu, patrząc na pociąg odjeżdżający za parę minut w stronę centrum, dostrzegając ze zdumieniem w ostatnim wagonie wyładowany zakupami wózek z pobliskiego Tesco, patrząc i zerkając, wierząc i nie wierząc, wnioskując, że jakiś ktoś najzwyczajniej w świecie uprowadził go spod hipermarketu, wjechał nim do windy przy al. KEN, następnie zjechał na peron i wpakował się bez zażenowania do wagonu, zastanawiając się, jak nadzwyczajne, zaskakująco hollywoodzkie bywają ludzkie szajby, wchodząc po schodach do wyjścia z metra, kręcąc głową, uśmiechając się, kończąc powoli dzień i ten opis.

środa, 12 marca 2008

Futro


Na przedpremierowym pokazie w klubogalerii Piksel obejrzeliśmy Futro, polski film, który wejdzie do kin gdzieś w drugiej połowie kwietnia.

Mamy tzw. mieszane odczucia. Twórcy (po projekcji odbyło się spotkanie z reżyserem i scenarzystką) wyglądają na skromnych, nie interesuje ich bezwstydny mainstream typu Lejdis czy Rozmowy nocą, swój film robili długo, bo kłopoty z funduszami, bo to, bo tamto. Mimo to trudno bezkrytycznie przyklasnąć Futru (kogo interesuje fabuła i dodatki, niech wejdzie na futrofilm.pl):

Za dużo postaci, co powoduje, że trudno je nakreślić bez popadania w szablony, zbyt naciągane problemy (na zasadzie: każdy ma swoje grzeszki, co na początku śmieszny, potem już tylko nuży), ewidentne niedociągnięcia fabularne, wpakowane na siłę w celu niby rozśmieszania, że aż szeleszczą papierem (np. zwariowany sąsiad-były wojskowy, dziewczynka, która pojawia się chyba w dwóch scenach, a później scenarzystka chyba o niej zapomina, seksowna katechetka i jej mąż w terenówce). Futro ma jednak potencjał, który warto jeszcze wykorzystać - jako sztuka teatralna. Rozbudowane dialogi udramatyzowałyby fabułę, nadając jej większej przewrotności i minimalizując banalną krytykę konsumeryzmu. Bo Futro w jakiś sposób jest śmieszne, i za to duży plus.

Złośliwiec mógłby napisać, że były już filmy o weselu, o urodzinach ojca (duński Festen), więc to co by tu jeszcze wynaleźć w tradycyjnych imprezach, by przywalić w nasze narodowe przywary? Hurra, komunia, tak, niech będzie komunia. A później nakręci się sequel - o chrzcinach. Czego twórcom Futra oczywiście nie życzę.

poniedziałek, 10 marca 2008

Control

When the routine bites hard
And ambitions are low (...)

And were changing our ways

Taking different roads

Then love, love will tear us apart again

Już dawno nie było tak dobrego filmu biograficznego, jak Control. Parę skrótów trochę przeszkadza, lecz to szczegół. Ian Curtis śpiewał, gdy waliłem w majtki. Skończył ze sobą, gdy nadal waliłem w majtki, no, coraz rzadziej, ale zawsze. Biedny, nie pozował, on naprawdę był chory.

Ilu takich Curtisów działa dziś na scenie i nie tylko scenie? Kto to wie. Ilu z nich dorasta do oryginału? Kto to wie. Bo nawet jeśli wie, to nie powie. A jeśli powie, co to zmieni?

niedziela, 9 marca 2008

Zagłodzony

Tak się wczoraj w nocy złożyło, że wróciliśmy do domu straszliwie głodni. Tak głodni, że aż rozbolały nas głowy. Dziś postanowiliśmy odreagować w domowych pieleszach traumatyczne przeżycie i zafundowaliśmy naszym żołądkom rekompensatę - zapiekankę złożoną z pokrojonego filetu z kurczaka, czerwonej papryki, kuskusu i specjalnego sosu ze śmietanką.
- Dziękujemy wam - odpowiedziały roztrzęsione z wrażenia organy. Jelita zbiły się w chórek i zanuciły:
- Trawienia nadszedł czas, więc przykład bierzcie z nas!

sobota, 8 marca 2008

Indeks

Piątkowy wieczór zaprowadził nas do Indeksu, niewielkiego klubu pod ziemią, tuż przy bramie wejściowej na Uniwersytet Warszawski. Na zewnątrz zdejmowali gigantyczne plansze obrazujące wydarzenia Marca '68 przed kampusem; świetny pomysł.

Kiedyś Indeks nazywał się inaczej, byłem wówczas studentem i czasem tam zachodziłem. Raz bawiłem się nawet na koncercie Closterkeller. Teraz, wbrew pozorom, prawie po dziesięciu latach wcale nie czułem się starcem, choć wchodząc tam nie kryłem swoich obaw. Ze zdumieniem zobaczyliśmy, że niektórzy studenci wyglądają na zmęczonych życiem, wlewają w siebie piwko, brzuszki im pęcznieją jak kwiaty na wiosnę, lada chwila, machną magisterkę, znajdą pracę, ożenią się i hulaj żołądku, pora metamorfozy w tatuśka.


czwartek, 6 marca 2008

Każda potwora znajdzie swego loda

Häagen-Dazs, super premium ice cream. Niedawno pierwsza lodziarnia tej marki pojawiła się w Galerii Mokotów. Spotkał mnie zaszczyt przejścia obok niej i zlustrowania, kto i co zacz.

I tak jak każda potwora znajdzie swego amatora, tak każda gałka tych lodów znajdzie swojego zlizywacza. Jedna kosztuje, uwaga, 8,50 zł. Jeśli kupisz dwie, oszczędzisz 50 gorszy, za trzy zapłacisz tylko 23 zł...

Najgorsze, że ekskluzywne doznania, które gwarantuje ponoć
Häagen-Dazs, odbywają się w żałosnej kanciapie, z widokiem na sklep obuwniczy. Cóż, lepszej lokalizacji nie znaleźli. Mimo to amatorzy i finansowi potentaci - wierzcie lub nie - kupują te gałki, przeważnie po trzy, smakują je pokazowo, w końcu zapłacili, niech cały świat, przynajmniej ten okrojony do rozmiarów Galerii Mokotów, zobaczy, w jakim wiekopomnym wydarzeniu biorą, a raczej liżą udział.

Niesamowite, że parę gałek może kosztować tyle co książka, lepsza, gorsza, ale zawsze - książka. O pijakach mówią, że potrafią przepić szkolną wyprawkę dla swoich dzieci. O smakoszach
Häagen-Dazs będą mówić, że potrafią zlizać całą książkę. I to w przeciągu kilkunastu minut! Normalnie geniusze.

wtorek, 4 marca 2008

Harakiri

Mishima uchodzi za tytana literatury japońskiej. Ostatnią dekadę jego życia zdominował nacjonalizm i idealistyczne żądanie powrotu do tradycji dawnej Japonii.

Wydaje się, że facet po prostu zwariował; zresztą od małego pławił się w mrocznym klimacie autodestrukcji. Zaczął ćwiczyć sztuki walki, kierować się kodeksem bushido etc. Aż wymarzył mu się przewrót. Oczywiście, rzadko który pisarz zostaje rewolucjonistą. Pisarze mogą być natchnieniem, nigdy karzącą ręką; ta ręka winna pisać, nie ścinać głowy. Po nieudanej akcji Mishima popełnił obrazowe harakiri. W wydanym u nas niedawno tomie jego opowiadań Zimny płomień, w opowiadaniu Umiłowanie ojczyzny honorowy oficer robi to samo, pociągając ze sobą w otchłań śmierci swoją posłuszną japońską żonę (sam opis procesu rozcinania brzucha nieźle napisany, to mógł stworzyć tylko Japończyk). Aż chce się powiedzieć:

- Popieprzeni ci Japończycy.

Tłumacz napisał, że to podobno jedno z najlepszych opowiadań Mishimy. Dla mnie to banalna historyjka, ocierająca się o kicz w stylu Harlequinów; normalnie aż wstyd je czytać, takie jest głupiutkie w opisach postaci, ich postaw rodem z jakiejś szowinistycznej bajki. Ale może właśnie jest to immanentne dla wytworów dalekowschodniej kultury. Seppuku miksuje się z mangą i filmami o Godzilli.

Najgorsze, że Mishima to naprawdę wybitny prozaik. Jego nacjonalistyczne obsesje, anachroniczna chęć restytucji boskości Cesarstwa i autentyczne pragnienie śmierci (niektórzy chełpią się depresjami, lecz jak tacy mądrzy, niech targną się na swoje życie, przynajmniej wypadną autentycznie...) umniejszyły rangę literacką jego ostatnich książek, napisanych w okresie zachwytu samurajskimi wartościami.

niedziela, 2 marca 2008

Znaleziony (porzucony)

Sobota. Huragan Emma dokazuje po Europie. Trzy dusze wyrywa z naszej polskiej ziemi. Niestety, PAP nie podała, czy wśród nich znajdują się bracia Kaczyńscy i eksminister niesprawiedliwości, Ziobro.

- Emmo, czemuś nie rozwiązała naszych problemów jednym skutecznym, chirurgicznym cięciem? A raczej podmuchem… - pytamy my, ludzie z układu literacko-kontestacyjnego.

Emma gardzi politykierstwem maluczkich. Woli kaprysić jak bizantyjska księżniczka, na jej skinienie ma stawać eunuchom, zawracać prądy Bosforu, srebro zamieniać w złoto. Późnym popołudniem Emma jest już medialną gwiazdą, nie ma serwisu informacyjnego, który by o niej nie pisał; gwałtownej sławy zazdroszczą jej wszystkie Dody tego świata. Emma zmusza drzewa do wytężonej gimnastyki, sztuki słabe za karę łamie. Skalpuje domy z dachów. Przegania ze stoków narciarzy; ci, z braku laku piją w góralskich restauracjach, odstawione narty płaczą w kącie, kijki treny wystukują, google ocierają resztki śnieżynek, a jak narciarze piją, to zamawiają więcej golonek, a jak więcej golonek, to więcej zmrożonej wódki, jedno drugie pcha, ciągnie, ciągnie, pcha, więc cieszą się górale, że Emma pustoszy portfele ceprów.

Ale my wychodzimy po dwudziestej i nie bój nic, przemy uparcie niczym Bolesław Chrobry na Grody Czerwińskie – do klubu pod Zachętą, Obiektu Znaleziony.

Obiekt jest spory, można by i w nim dwa wesela w wiejskim stylu wyprawić, pomieścić pieczone prosiaki, wujków, ciotki, księdza i jego kochanki. Znajome twarze zbierają się przy stoliku, w ruch idą banknoty, w ruch pędzą procenty. Szkoda, że nie można przebić się do Zachęty (drzwi zamknięte), zaliczyć parę ekspozycji, sztuką współczesną się napoić, by potem w odchamionym stanie bez wyrzutów sumienia pogrążyć się w innym stanie… Niestety, można korzystać tylko z Zachętowych toalet, znajomy pisuar, do którego, gdy jestem w galerii, odlewam moje rozczarowanie daną wystawą, tym razem zadowala się moimi trywialnymi rozważeniami na temat setów, którą grają w Obiekcie.

Może innym razem muzyka porywała, przyklejała do dance flooru, panny piszczały z zachwytu, lanserzy pieli kogucią pychą, jak im tu dobrze się bawić, skakać i umilać sobie chwile ulotne, jednak teraz, tak, właśnie teraz, gdy wbrew buforowi Emmy dotarliśmy z dalekich Kabat do miejsca, w którym pielęgnowalibyśmy naszą dekadencję przynajmniej do trzeciej nad ranem, właśnie teraz zapuszczają bez kwadransa oddechu smętne electro-coś-tam-między-housem-a-ziewaniem. I żadnego urozmaicenia, żadnego zmiłowania, bum, dum, drum, to samo, samo to, wciąż i ciąż, wciąż.

Więc ziewamy. A z nami ziewa Bo, a z Bo ziewa Magda, a z nimi ziewają Paulina i Justyna. Chór Ziewaczy postanawia zmienić sztukę.

- Jacy z nas klubingowcy, śpiochy ostatnie – kwituję z rozczarowaniem. Podobnie żona. Podobnie Bo, Magda, Paulina i Justyna. I nasi aniołowie, co nam stróżują od czasu do czasu, gdy św. Piotr nie zalega im z zapłatą.

Wychodzimy w poszukiwaniu nowych opowieści. Napitków, rozmów, skazańców. Tam, gdzie nie ma zadatków na fabułę, tam i żadnego ciekawego przesłania się nie wysmaży. Po drodze wykruszają się nam zastępy, choć pora jeszcze wczesna; zostaje kwartet dzielnych tancerzy, czyli my i Paulina z Justyną. Przez kwadrans krążymy w centrum W-wy, Emma trochę odpuściła, więc czujemy się śmielsi, szczególnie że i inni krążą. Lądujemy ostatecznie w Sheesha Lounge (byliśmy tam niedawno z okazji rocznicy poznania się).

- Witajcie, zasymilowani mudżahedini. I wy, słowiańskie nałożnice. Przyklejone do nowych panów, łaknięcie dreszczy z dodatkiem Koranu. Proszę bardzo, korzystajcie do woli. To nie boli, dziewicami nie jesteście.

Oh girl, jeśli jesteś white bitch, co zechce rozsmakować się w chocolate boys, Sheesha to najlepszy wybór. Kobieto młodociana, możesz być zaawansowaną adeptką szkoły tańca brzucha, z rozrośniętą na skutek tego miednicą, kobieto nieco bardziej leciwa, możesz być roztyta przez kalorie od nadmiaru spożytych węglowodanów, kobieto w ogóle, blond, ciemna, ruda, fioletowa, zielona, możesz być jakakolwiek, nie martw się, tutaj w Sheesha czekają na ciebie Murzyni, Arabowie, Hindusi, Marsjanie. Na pewno przyklei się do ciebie opalony fajką wodną i opity polską wódką czekoladowy szansonista, a twoje pulchne kształty będą jawić mu się bitą śmietaną na tiramisu, które spożyje tej nocy w imię Allahów i innych bóstw pustyni i wielbłądów.

- Mimo to fajne miejsce. Tak londyńsko – podsumowujemy. Jest taka świetna powieść, Londonistan, której bohaterami są dzieciaki z rodzin pakistańskich emigrantów. Nasz Warszawanistan nie narodzi się szybko. W sumie szkoda, im więcej kolorów na palecie, tym ciekawsze obrazy.

W końcu wykruszają się Paulina i Justyna, na parkiecie, konkretnie stylowej terakocie zostajemy my, wonder team. Że lubimy orientalne beaty, że didżej ma wyobraźnię i umiejętnie miksuje popowe przeboje arabskie z francuskim rapem czy latynoskimi wstawkami, że chcemy się wytańczyć za przeżyte ostatnio choroby, przez które warowaliśmy w domu jak ostatnie misie, idziemy na całość i normalnie pożeramy kolejne kawałki, skaczemy, kręcimy się, wirujemy.

W przeciągu kolejnej godziny nadrabiamy miesięczne zaległości, kto nie wierzy, niech sam spróbuje. Wypacamy kilka tysięcy kalorii, nogi nam się uginają, ręce opadają, serca biją coraz wolniej. Ciężko opuścić Sheeshę, grają coraz bardziej melodyjne i zwariowane kawałki, fanatyczni katolicy niech żałują i cieszą się jałowo tym swoim niczego niezmieniającym w ich życiu postem. Czasem taniec, radość i uśmiech to najlepsze przykazania miłości i oddania. Na depresję nie święta księga, a muzyka, taniec i dziewczyna.

- Uf…

Udaje się nam wrócić przedostatnim metrem. Jesteśmy bezgranicznie wyczerpani. Bez prysznica, bez namiastki Kamasutry padamy do łóżka i dajemy się upolować Morfeuszowi, a ten skurczybyk chwyta okazję i dociska nas tak kamiennym snem, jakiego dawno nie mieliśmy.