Ci, którzy bywają, cieszą się z nowej miejscówki. Jedyny warunek: wdrap się na wysokie piąte piętro, to kaloryczne spalanie oczyści cię na krótko przed wchłonięciem przez dekadencką atmosferę alternatywnego klubu. Jest tu to, co lubimy, a co nazywamy berlinskością a la Prenzlauer Berg. W tym rozrywkowym, lecz nie plastikowym Babilonie dobrze czują się również miłośnicy uroków własnej płci. Dzięki temu urządzone najtańszymi środkami, pozornie surowe miejsce, którego toalety można nominować do najgorszych w Warszawie, zyskuje niezbędny koloryt postaw i pozycji. Procenty rozpływają się konsekwentnie w żyłach rozgrzanych imprezowiczów. I nam się co nieco udzieliło do trzeciej nad ranem.
niedziela, 18 stycznia 2009
Pankiewicza 3
Ci, którzy bywają, cieszą się z nowej miejscówki. Jedyny warunek: wdrap się na wysokie piąte piętro, to kaloryczne spalanie oczyści cię na krótko przed wchłonięciem przez dekadencką atmosferę alternatywnego klubu. Jest tu to, co lubimy, a co nazywamy berlinskością a la Prenzlauer Berg. W tym rozrywkowym, lecz nie plastikowym Babilonie dobrze czują się również miłośnicy uroków własnej płci. Dzięki temu urządzone najtańszymi środkami, pozornie surowe miejsce, którego toalety można nominować do najgorszych w Warszawie, zyskuje niezbędny koloryt postaw i pozycji. Procenty rozpływają się konsekwentnie w żyłach rozgrzanych imprezowiczów. I nam się co nieco udzieliło do trzeciej nad ranem.
środa, 14 stycznia 2009
Krótka księga nienawiści
Stara nauczycielkaO, jest taki, jest w mojej klasie, łobuz jeden, Tomeczek! Mamusia go chucha, to i potwora wychowała. Że niby ma ADHD? W moich czasach nie było takiego wynalazku. A jak który skakał, brało się takiego za ucho i zaraz to całe ADHD wylatywało z niego raz na zawsze. Tomeczek nie lubi ułamków, rzuca w dzieci cyrklem. Nie ma lekcji, bym go nie upomniała. To zaraz płacze, chytrus. O, myślę sobie, mały diable, trzeba ci skrócić te różki, bo kto to widział?! Za dwa dni pojadę z klasą na wycieczkę. I będzie po różkach...
Uczeń Tomeczek
Niedobra ta nasza pani. Stara kura, gdacze przez całą lekcję o tych głupich ułamkach. Ostatnio zabrała mi grę, którą tata dał mi na gwiazdkę! Że niby gram na lekcjach, zamiast rozwiązywać zadania. Nie lubię matematyki, bo zamierzam zostać poetą albo takim, co wygra w programie, gdzie ludzie śpiewają i zgarniają kupę pieniędzy. A matematyczka tego nie rozumie. Za dwa dni jedziemy na wycieczkę szkolną w góry, będzie naszą wychowawczynią. Ale nuda! Jak wejdziemy na jakąś górę, to może pani się ześlizgnie? Na pewno się ześlizgnie, bo taka jest stara i nudna na dodatek!
Jajko na miękko
Jako jajko na miękko stanowczo protestuję przeciwko próbom ugotowania mnie na twardo. Jak wtedy będę wyglądać? Żałośnie, kamień, nie jajko. Obecnie jestem jędrne pod skorupką, pełne cieplutkiego żółtka, które wylewa się smakowicie na język. Kwintesencja smaku. Twarde jajka, nie, naprawdę nie trawię tych klonów. Skały, nie jajka. Kruszą się po rozcięciu, przynosząc wstyd wszystkim normalnym, ugotowanym na miękko jajkom.
Stażysta
Etatowcy. Poukładani jak słupki z comiesięcznymi wyliczeniami. Pensyjka na konto co miesiąc. W ogóle się już nie starają. Nie to, co ja. Młody, świeży, pełny zapału do pracy. Co dostaję w zamian? Sympoliczną płacę i mglistą obietnicę zatrudnienia “kiedyś w przyszłości”. Chcę teraz i zaraz! Podobno nie mają wolnych etatów. Wolnych? Tak sobie myślę, niebawem coś się zwolni. O na pewno.
Kot
Pilnie poproszę o pilnik, muszę wyostrzyć sobie pazury do ostatecznej rozprawy z pewnym sierściuchem. Nie z psem. Psy są całkiem znośne, jeśli nie traktować ich poważnie. Poszczeka taki kudłaty pajac, pokręci ogonem, obślini się i wróci do miski pełnej suchej karmy. Najgorsze są... koty. Jak to możliwe, że moja pani sprawiła sobie tego młokosa? Przecież jestem taki słodki. A on... Podobno rasowy. Raczej rasowy głupek, bo miauczy co chwila i ociera się o nogi taboretu. Kotu tego nie przystoi robić, kot powinien ocierać się wyłącznie o nogi człowieka. Wtedy w nagrodę zostanie pogłaskany. Nie słyszałem, by podobnie postępował taboret.
Szczoteczka do zębów
To ja się poświęcam, przyjmując na siebie codzienną porcję ohydnej, miętowej pasty i szoruję po tych jego zębach, a on, pozorowany higienista, myje je zaledwie przez kilkanaście sekund, posunie w prawo, w lewo, u góry, u dołu, wypłucze wodą, pociągnie mną ponownie, ja przygotowana do kilkuminutowej sesji solidnego mycia, pogodzona ze swoim losem wykorzystywanego narzędzia, pełna poświęcenia, by efekt był błyszczący, ale nic z tego, wyjmuje mnie w jednej czwartej drogi, nie pozwala cieszyć się pozytywną pracą, wrzuca z powrotem do kubka. O, wybiję mu zęby, wtedy naprawdę nie będzie mnie potrzebował.
Dyrektor kreatywny
Lubię wymyślać reklamy, ale nie znoszę pewnego typka z naszej agencji, art directora, który chodzi z głową podniesioną do góry, widząc tylko czubek swojego nosa. Kiedy omawiam z nim pomysły na kolejne kampanie, to ten d..., ten director od artu drapie się po swoim długim, długim nosie i mówi, że jedyne pomysły, jakie mu się podobają, to wyłącznie jego autorstwa. Siedzimy sobie na wygodnej sofie, a ja marzę, by jej część otwarła się, połknęła go razem z butami i nigdy więcej nie wypluła. Geniusz mi się znalazł od siedmiu pomysłów!
Cappuccino
Na wszystkie szlachetne ziarna tego świata! Jak możesz nie wypić mnie do końca? Zostawiasz tyle piany na dnie. I ty uważasz się za smakosza? Jesteś luropijem, nikim więcej. Szlachetna pianka, niczym ekskluzywne futro z norek wyróżnia mnie tak rozkosznie, zachęcając do delektowania się moim aromatem. A ty siorbiesz, zostawiasz kożuch. Udławisz się pewnego dnia, udławisz, mój drogi kawoszu.
Reżyser
Gapie! Gapie na planie! Kręcę sobie scenę, wszędzie taśmy, że nie wolno wchodzić, bo reżyser pracuje, a tu jakiś ciekawski. Raz w scenie batalistycznej trafił takiego bagnet. Mało mu było. To rzuciłem w niego granatem. Szkoda, że nie był prawdziwy. Gdyby tak mieć coś, co wykańcza gapiów, a tego nie widać. To byłoby takie filmowe. Oskar za kryminał o zabójstwie doskonałym.
Dentysta
Nieświeży oddech. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko i zająć się chirurgią. Przynajmniej kiedy otwiera się komuś brzuch, to nie ma zapachu jak z ust. Jak można mnie tak traktować? Co ja jestem, gąbka? Trochę szacunku. Idziesz leczyć zęby, a nie myjesz ich? Już ja ci zaaplikuję miejscowe znieczulenie, popamiętasz na wieki!
Listonosz
Szału dostaję, jak po całym dniu pracy mam jeszcze wnieść na czwarte piętro list polecony. Nie ma windy, to adresat mógłby się docenić, jak ciężką dosłownie mam pracę i zejść na dół po przesyłkę. Ale nie, siedzi sobie przed telewizorem, łysy leń, gałgan jeden, gazetkę czyta, herbatkę pije, a ja idę i idę do góry, aż mi w kręgosłupie strzyka, a stopy jak z waty. Ja mu dam polecony, to poleci!
Kelnerka
Już za samą mą świetną prezencję należy mi się sowity napiwek. Ostatnio przychodzi do naszej restauracji taki jeden pan prezes. Niby komplementy prawi, dania zachwala, a szczególnie mój serwis, lecz jak przychodzi płacić, bierze fakturę na swoją firmę. Ani drobniaka na stole nie zostawi. Niech się zadławi kiedyś, skąpiec, tą fakturą!
Kierowca autobusu
Haruję jak wół, przestrzegam rozkładu, co z tego, skoro zawsze się spóźniam. Nie, wcale nie przez korki. To mały pikuś. Najgorszy jest pewien pasażer z przystanku na Mielczarskiego. Zawsze się spóźnia! I zaczyna biec za odjeżdżającym autobusem. Normalnie bierze mnie na litość. Jakby wyczuwał moje dobre serce. To ja się zatrzymuję, drzwi otwieram, biorę nieboraka. Dasz palec, wezmą rękę. Zaraz zjawia się gromada spóźnialskich, walą do drzwi, nie mogę odjechać. I tak czekam, aż się władują. Gdyby drzwi mogły przecinać pasażerów, byłbym zawsze punktualny. To wszystko przez niego, tego z Mielczarskiego.
PiS-owiec
Układ istnieje. Każdy dzień to potwierdza coraz dobitniej i jest to oczywista oczywistość, że nie ma afery bez jego udziału, jego widocznego, choć ukrytego wkładu, gdyż nastawiony jest on jako liberalne sprzysiężenie wyłącznie na zysk, natomiast wszelkie próby jego przełamania odczytywane są jako atak, lecz ja nie zamierzam iść na ustępstwa i przyjdzie dzień, gdy wyplenię wszystko, co z układem związane.
Ochroniarz VIP-a
I co z tego, he, że taki z niego książę. Garniturek, krawacik, a pod materiałem wygląda jak anorektyczka. Wiem, co mówię, pilnowałem go kiedyś na basenie w pięciogwiazdkowym hotelu. Muchy w nosie, he, tyle ma, nic więcej. Że polityk z niego? Kłamca, nie polityk. No, ale pływał w tym basenie, a ja, głupi, zamiast przygwoździć go do dna, rozglądałem się czujnie, by nikt nie prosił go o autograf. Zwariował, w basenie o autograf? He, taki się czuje ważny. No nie mogę. VIP, szkieletor, nie VIP.
Grajek z gitarą
Ja tu muzykę prawie darmo serwuję, ja, człowiek po akademii muzycznej, a tu żadnego szacunku, rozumiecie? Jest taki jeden, przysiągłbym, z mojego roku. Z brzuchalem idzie, ze skrzypcami. Udaje, że mnie nie poznaje, karierowicz! Pewnie w operze lub filharmonii zgarnia kasę. Idzie, ja gram, a on rzuca mi monetę. Która okazuje się żetonem do wózka z hipermarketu. Że też mu się chce kupować te żetony! Już ja mu zagram kiedyś profesjonalnie po kościach. Już ja mu zagram.
Kurewka
Nie rozumiem tego faceta. Umawia się ze mną na godzinkę, kwiaty przynosi, pieniążki zawsze elegancko w beżowej kopercie, rączki całuje, wzdycha, acha i ocha. Ja, uczciwa dziewczyna, równie uczciwie chcę zarobić na życie, a tu niespodzianka, nic z tego, siadamy na łóżku zamiast się na nim położyć, i on zaczyna gadać, wykłady mi serwuje, jaka pogoda kiepska, jaka jestem piękna, jaka niepiękna jest jego żona, jaka jaka jaka. Co ja jestem, dyktafon?
Sprzedawczyni na bazarku
Damulka się znalazła, czapeczka, rękawiczki aksamitne, spódnice atłasowe. Przychodzi i wybiera pomidory. Jak ona je obmacuje, normalnie jakby jej za to płacili. Że chce kupić najlepsze, wyjaśnia mi. Co ja, głupia jestem, dobrze wiem, więc odpowiadam, że wszystkie moje pomidory są najlepsze. Ona swoje, przewraca, przestawia, aż wyjmuje jakiś miękisz i mi go z triumfem pod oczy podstawia, że niby kłamię. Nic dziwnego, to przez nią, obmacuje je, to i miękną w końcu. Sama powinna zmięknąć!
Czas na twój wpis...
piątek, 9 stycznia 2009
wtorek, 6 stycznia 2009
Szczypanie nosa
Choroba, choć zamieniła mnie w stwora z widmową twarzą, osłabionego jak polska gospodarka, przynajmniej na tyle się przydała – widzę to wyraźnie na termometrze – że nie wychodzę na zewnątrz. Nie tylko w Warszawie już dawno nie było takich mrozów; nawet Szarik zaszyłby się w Rudym 102 i nie wystawiał pyska ani na minimetr. Kto zatem chodzi do kiosku po prasę? Tutaj przekonam wszystkich singli, tych z nadania i tych z widzimisię, że naprawdę warto żyć w związku. To się zawsze przydaje. „Nie ma to jak poświęcenie, kochanie”. Poza tą oczywistą zaletą bycia złożonym przez wirusy, bakterie i inne dziwne mendy, które pokazywała kiedyś tak sugestywnie francuska kreskówka Było sobie życie, reszta jest monotonnym stanem apatii i nicnierobienia, wyplutych z flegmą chęci, wysmarkanej woli. Próbuję trochę pisać, lecz wyraźnie czuję, że nie mam tyle mocy nie tyle w umyśle (oby!), ile pod opuszkami, mordującymi się z klawiaturą. Większość czasu przeznaczam na lektury, lecz i to męczy jakoś podejrzliwie szybko, literki toną w antybiotykowym rozmemłaniu. Odkryłem, że jedynie obraz jest w stanie utrzymać mnie na powierzchni, a więc jako takiego funkcjonowania. Komedie i horrory, to jest to, co lekarze powinni dopisywać na recepcie. I tak, zaliczyłem brawurowo i z poświęceniem trylogię American Pie. Zdumiewający cykl. Kto kiedyś cieszył młodociany móżdżek lajtowowo erotyczną sagą produkcji izraelsko-niemieckiej Lody na patyku, ten przy American Pie stwierdzi ze zdumieniem, jak kino poszło dalej. No właśnie, w czym dalej? Nie, nie w erotyce, pośladki, piersi i takie tam to niekiedy nużąca scenografia dla tego, co tak naprawdę najciekawsze w American Pie – dialogi. I sytuacje zmierzające. Zmierzające do zaliczenia panienki. American Pie jest kawałkiem z tych, które albo można pokochać od pierwszego obejrzenia, albo znienawidzić: za często zatrważająco prostackie gagi, przestylizowane scenki wszelkich komplikacji, w które wikłają się bohaterowie. Mnie ujęło przeniesienie do czasów, kiedy został rok do matury. Bo tyle mają prawiczki z pierwszej części. Każda dziewczyna powinna obejrzeć Pie, może to by ją przekonało, że nie ma co uświęcać swojego tyłka dla wielkiej miłości z tym pierwszym i jedynym – tylko dać się ponieść choć przez chwilę niezobowiązującej namiętności, o ile tak można nazwać hormonalną powódź. American Pie zaskoczyła mnie też niewiarygodną wprost ilością wulgarności, zapodanej jednak w sposób dowcipny, konsekwentnie. Postaci są arcykomiksowe i to jest klucz do zrozumienia tego (nie)głupiego filmu. Jeśli kupisz konwencję, jeśli poczujesz się w wieku bohaterów tego filmu, jeśli nie oparłbyś się miękkiej szarlotce, którą można… zaliczyć na blacie w kuchni, to witaj w domu; dobra zabawa gwarantowana jak recesja w dwa tysiące zero dziewięć, a może i dziesięć. Gdybym miał teraz o czternaście lat mniej, odpalałbym Pie co tydzień, by szukać inspiracji; nie ma nic ciekawszego niż zrywanie lasek, panowie i panie (także).
Specyficzne filmy specyficznymi filmami, warto na koniec polecić wyjątkowo trafny felieton Jerzego Pilcha. W skrócie: to rzecz, by jako np. pisarz, kiedy już piszesz recenzję książki innego autora, nie oczerniać go – nawet jeśli dana rzecz ci się nie podoba. Coś w tym jest, szczególnie kiedy pomyślę o moich kolegach po fachu, którzy przywalili moim książkom w sposób chamski, bez empatii i przyzwoitości. Pilch wspaniale to wyjaśnia, nic tu dodać. Przy okazji pragnę się pokajać, że i mnie zdarzyło się parę razy kogoś – jednak nieznanego mi osobiście – pochlastać, choć bardziej w hermetycznym kontekście, nie publicznie. Może jestem na antybiotykach istotą o mizernej obecnie witalności, ale obiecuję poprawę, bo.
piątek, 2 stycznia 2009
O wampirach na Wartości.org.pl
„Stefan, z wyglądu niepodobny do nikogo, nawet do siebie (...)" - piszesz w swojej nowej książce „Znieczulenie miejscowe" o jednym z jej bohaterów. Jako prozaika łączy Cię ze Stefanem bardzo wiele. Masz swój styl pisania, który zmieniasz w każdej kolejnej książce na inny. Ale też tak samo własny. Skąd u Ciebie potrzeba bycia niepodobnym do siebie?Wydaje mi się, że to kwestia nie estetycznego wyboru czy podparta lingwistycznymi teoriami chęć udowadniania sobie za każdym razem kresu swoich możliwości pisarskich, raczej - psychiczna potrzeba. Ale także zwyczajna, czytelnicza potrzeba.
Nie mógłbym „tłuc" powieści wciąż na ten sam temat, typu biedni ludzie w upadłych PGR-ach. Nie ukrywam, że fascynują mnie tematy mocno związane ze światem wartości, ich przełamywaniem czy odmiennym interpretowaniem: jak przemoc, gwałtowne namiętności czy tzw. tematy tabu. Eksplorowanie ich w jednej tylko stylistyce czy kreowanie podobnych do siebie bohaterów byłoby ciemnym zaułkiem, drogą do przynudzania.
Ciąg dalszy wywiadu na stronie nowego portalu Wartosci.org.pl
środa, 31 grudnia 2008
Dziedzictwo Estery
Dobra rada wujka Dawida dla wszystkich, którzy w nadciągającym roku sięgną po raz pierwszy po książki węgierskiego pisarza Sandora Marai: nie zaczynajcie od Dziedzictwa. Wyznania patrycjusza,
od tego wszystko się zaczyna zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Później obowiązkowo wybitne Dzienniki. Po odrobieniu zadania pełna dowolność.
Marai bardziej jest eseistą niż fabularotem. Każda jego książka to przypowieść; gdyby Jezusowi zabrakło apostoła do spisania Ewangelii, pan Sandor spokojnie mógłby dołączyć do teamu ewangelicznego. Albo zostać co najmniej asystentem Pawła z Tarsu. Jego pisanie, przynajmniej dla mnie, wciąga inteligentnymi maksymami egzystencjalnymi - autor produkuje ich co niemiara, czytelnik aż żałuje, że Marai nie zrobił tego, co Sartre - oprócz prozy zaczął pisał książki filozoficzne. A tak ładuje swoje obserwacje w ilości wręcz inflacyjnej do fabuły, przez to dialogi brzmią papierowo, a może inaczej: jak dialogi z Uczty Platona. Taki to urok pana Marai, czasem przynudza, lecz uczy, głosząc nowinę o pewnych regułach życia. Nie zawsze można się z nimi zgodzić, jednak czuć, że autor ma swój charakter. Co zresztą potwierdził, w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat strzelając do siebie z pistoletu (wcześniej, jak notuje w Dzienniku, chodził na lekcję strzelania; szok!).
W ramach odreagowania po smucie Estery wpierw posłucham do oporu, do obrzydzenia perwersyjnie mi się podobającego singla Lady Gaga Poker Face (kto czuje się nieprzekonany, niech obejrzy klip), a później, po dwudziestej wybiorę się z żoną na szalony bal sylwestrowy.
niedziela, 28 grudnia 2008
Wojna (na basenie)
W Strefie Gazy znów wojna, na naszym kabackim basenie Aqua Relaks - również. Naturalnie, na miarę miejsca i przyziemnych emocji. Wszystko przez to, że w określonych godzinach, do trzydziestego pierwszego grudnia roku szatańskiego dwa tysiące osiem wejście na basen jest, jak napisali, "nieodpłatne". Ten wymęczony synonim obiegowego "gratis" czy "za darmo" też działa, i to jak działa!Jako stali fitness-bywalcy nie poznaliśmy wczoraj i dzisiaj naszego tłuszcz-spalającego-miejsca, taki najazd wodnych barbarzyńców. Rozpuszczone dzieciaki, zazwyczaj puszyste dziewczynki swawolą miast pływać, chlapią, rzucają się przed siebie, za siebie, rozbryzgują wodę. Dwie sauny oblężone jak Stalingrad, owłosieni obficie na piersiach i nad penisem brzuchale, których nigdy dotąd w Aqua Relaks nie widziałem (a bywam tam często), pojawili się w sile pięciu plutonów z kalorycznego (nie)bytu, zajmując każdy metr kwadratowy przestrzeni. Szkoda, że para czy żar nie potrafią rozpuszczać, wchodzi taki pacjent, siada, poci się, poci i nagle - bach - czary, mary, znika. Definitywnie. ZUS później dziwi się, że ubyło mu płatników. Żona stwierdziła, że pewnie wielu z nich poszło na mszę do pobliskiego kościoła w kostiumach pod garniturami, byle tylko skorzystać do godziny czternastej z "nieodpłatnej" wejściówki.
Najgorsze są krowy basenowe. To istoty płci żeńskiej, które cechują się udami jak dąb i tyłkami jak materace do skakania w parkach rozrywki. Ich napompowane sadłem uda wyróżniają się cellulitową rzeźbą terenu, podczas chodzenia drżą niczym żelatyna w kadziach. Krowy basenowe pływają, owszem, lecz tylko przez chwilę. Najważniejsze dla nich jest to, że w ogóle ruszyły swoje stadionowe dupy z domu, by później móc powiedzieć "Ha, byłam na basenie, dbam o siebie, chudnę" swoim zatroskanym bliskim, którym nie po myśli mordowanie się w nieodległej przyszłości z ciężką trumną, wypełnioną martwym ciałem krowy basenowej. Przeciętna krowa basenowa najmniej cieszy swe imponujące ciało w basenie, po przepłynięciu dwóch, trzech odcinków ładuje się, a raczej wypełnia jacuzzi, anektując je na dobre pół godziny. Tam, zatroskana swoim stanem, próbuje rozpuścić naleciałości gastronomicznej łapczywości. Lecz nic z tego, bąbelki jedynie szumią jej w głowie od domniemanego triumfu nad swoją zatrważającą nadwagą. Zdjęcie powyżej pokazuje prażącą się w słońcu krową basenową - tym razem na wyjeździe, na plaży w Sharm el Sheikh.
czwartek, 25 grudnia 2008
Księga zemsty dla miłośników zwierząt
Nie, to nie jest prowokacja wymierzona w bezlitosnych realizatorów akcji szlachtowania naszych mniejszych braci, jakby powiedział św. Franciszek, w tym przypadku - karpi na świąteczne stoły. Fakty fabularne są takie: włochaci, rogaci czy kopytni bohaterowie zabawnego zbioru opowiadań Highsmith biorą bezwzględny odwet na przedstawicielach gatunku homo sapiens, którzy ich w jakiś sposób źle traktowali, bili, wykorzystywali ponad przyjęte ramy. Może nie jest to inspirująca stylistycznie literatura, ot, zmyślne stories, jak to przyszła kryska na człowieka. Za to po lekturze nabiera się pokory wobec innych stworzeń, a sugestywne opisy zbrodni, jakich zwierzęta dokonują na naszych bliźnich, uaktywniają się ostrzegawczo w wyobraźni, i zamiast kopnąć szczekającego na nas pieska mówimy:- Nio, psiuńska, chodź tu, no chodź tu, ty, ty mój słodki. Nie szczekaj tak, co złego to nie ja.
Teraz, kiedy karmię naszego bojownika, przyglądam się mu z większą uwagą, czy aby nie wykazuje rozgniewania monotonną karmą... Chcąc mu się podlizać, zacząłem go rozpieszczać. Sucha karma, dotąd podawana mu dzień za dniem, została urozmaicona - uwaga - żywymi larwami komarów! Kupuje się je w woreczku za złotówkę i dawkuje tej krwiożerczej rybce. Jaka zadowolona, kiedy może spełnić się w swojej naturalnej roli drapieżnika. A jaka nienasycona, kiedyś wlałem całą zawartość woreczka, jadła bez opamiętania, brzuszek rósł jej w oczach niczym podczas piwnej biesiady, przejedzona nie odpuszczała, nadal polując na biedne larwy. Waliła później przerażająco długie kupki, aż trzy ślimaki, zatrudnione na etacie oczyszczania kuli, skuliły się z przerażenia.
Wniosek z tego taki, że sugestywnie zapodana proza potrafi zmienić nieco życie, a przynajmniej - niektóre przyzwyczajenia... ... ...
sobota, 20 grudnia 2008
Students.pl - recenzja
Społeczność polskich wampirów w "Znieczuleniu miejscowym"Dawid Kornaga w swym najnowszym dziele pt.: „Znieczulenie miejscowe” zmory przeszłości zastępuje wampirami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Polskimi wampirami, należy dodać. Tymi, które tak zmyślnie kształtują nasze narodowe przywary i pesymistyczne nastawienie do życia.
Ciąg dalszy na
www.students.pl/kultura/details/15635/Spolecznosc-polskich-wampirow-w-Znieczuleniu-miejscowym
piątek, 19 grudnia 2008
Mam wrażenie

że dziś jest już 24 grudnia, ludzie jacyś tacy nieobecni tu, a obecni właśnie w tym dniu. Łakocie, nie zważając na podkręcaną przez mediowe newsy recesję, pchają się dosłownie do rąk, może na osłodę? Dlatego w ramach odreagowania fragment nowej prozy:
Jasnowłosa Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii była ekstremalną rasistką, więc masz główny powód, dlaczego postanowiła mnie ujeżdżać. Czuła się panią globu, gdy leżałem na plecach, ona zaś robiła, co robiła. Zapomnij o odwróceniu jej na bok czy pozycji na misjonarza, nic z tego, odebrałaby to jako znieważenie białej kobiety. Tylko i wyłącznie
- Na jeźdźca, Farid. Zapomnij o innych konfiguracjach. Ciesz się moim boskim ciałem.
Faktycznie, Bóg rasistów obdarzył ją kształtami, które na co dzień zobaczysz jedynie na rozkładówkach topowych pism erotycznych. Swoją przewagę na męską chucią wykorzystywała z całym zaangażowaniem. Jakaś impreza u – jak rymują polscy raperzy – ziomów, pamiętam dobrze, dopalacze różnej proweniencji, wódka i jej wysokoprocentowe siostry, Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii napalona jak nigdy, jej słomiane włosy niczym słońce nad pustynią w południe, pigment się praży pod wpływem gorejącej ochoty (właśnie tak, to nie jest grafomańska wstawka, trzeba było to zobaczyć, cud na żywo, włosy jaśniejące pod wpływem pożądania), zwalamy się na filmowy materac w filmowym pokoju na filmowym pierwszym piętrze, reszta: wyłącznie dokument. Stwardniał mi jak jeden z tych jasnożółtych gatunków sera spod Bordeaux, mógłbym wyważać nim drzwi, bramy i mury, burzyć ustroje totalitarne na Bliskim i Dalekim Wschodzie, tłamsić recesje, windować ceny ropy, wystarczy, że ONZ poprosiłaby mnie o pomoc. Jacqueline de la coś tam, coś tam z północnej Lotaryngii pozbywa się stringów, lecz nie pozbywa się swych pieprzonych urojeń i dawaj, nakazuje podekscytowana:
- No, kładź się, Farid, wskoczę sobie.
Wskoczę? Co ja jestem, basen?
Udając, że mam woskowinę w uszach, zachodzę ją błyskawicznie od tyłu, gdy podtrzymuje się rękami o materac, pakuję się bezszelestnie oprócz jednego charakterystycznego plusku, jedno porządne pchnięcie i piesek gotowy.
Jak zaczęła krzyczeć! Nie z rozkoszy, z upokorzenia. Nie rób takich oczu, dokładnie z upokorzenia. Arab bierze ją od tyłu, co za zniewaga, klęska, porażenie.
Mimo to pozwala na kilkanaście przesunięć, w tę i we w tę, dochodzi rozwścieczona niczym oblężony pluton nazistów, wyślizguje się, umyka do północnej Lotaryngii, tryskam w powietrze, konkretnie na materac, a ta z pyskiem do mnie, jak śmiałem, jak mogłem, co ja sobie wyobrażam (ohydny poloarabie, ty wschodni niedojebie). Niedojebie? Chwyciłem ją za włosy i przywłaszczyłem kępkę. Nie zważając na jej łzy. Na przekleństwa. Ja, bojownik o równość i pozycję pieska. I parę innych zwierzaków.
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Gangrena - recenzja z horror online

www.horror.webd.pl, autor recenzji: M@rio
Adam to młody mężczyzna, który mieszka z babcią i trzema kotami. Żyje z udzielania korepetycji z matematyki, a babcia jest dla niego całym światem. Mimo tej łagodnej powierzchowności, mężczyzna ten jest zatwardziałym zwyrodnialcem i socjopatą, który nie przepuści żadnej okazji, aby zaspokoić swe chore zachcianki. Od dłuższego czasu, śledząc atrakcyjną Emilię, Adam snuje makabryczny plan upokorzenia i wykorzystania niewinnej kobiety. Któregoś dnia nadarza się odpowiednia okazja...
Plugastwo, skandal, pornografia – tymi oto słowami krytycy najczęściej witali powieść Dawida Kornagi. Trzeba przyznać, że dawno we współczesnej literaturze polskiej nie pojawiło się tak skandalizujące dzieło. Chyba nie będzie nadużyciem, jeśli nazwę „Gangrenę” polskim odpowiednikiem „American Psycho” (który nota bene wywołał podobne reakcje amerykańskich krytyków, co „Gangrena”). Świat widziany oczami psychopatycznego Adama bywa prawdziwie straszny. Jego chore myśli, seksualne obsesje i żądze czynią powieściowy świat prawdziwie zezwierzęconym. Dla Adama bowiem najważniejsza jest chuć, nie licząc oczywiście obsesyjnego przywiązania do schorowanej babci. Książkowy psychopata to osoba zupełnie toksyczna, która zatruwa swoim złem i wewnętrznym jadem całe otoczenie. Jak powiedział sam autor w jednym z wywiadów, skrzywiona osobowość głównego bohatera żywi się zwykłą codziennością, przetrawiając utarte opinie i tworząc na ich podstawie swoją prywatną, bezkompromisową ideologię, w której kobiety są tylko erotycznymi zabawkami. Z kart powieści wylewa się wręcz fala mizoginii. Kobiety lawinowo są gwałcone, wykorzystywane, a nawet mordowane. Szczególnie przytłaczającym momentem w powieści jest scena, gdy Adam gwałci, a następnie dusi Bogu ducha winną Emilię.
W gruncie rzeczy główny bohater książki to taki potwór z ludzką twarzą. Jego wewnętrzne monologi przypominają nieustający słowotok szaleńca, który ma pretensje do całego świata. Bluzgi, ubliżanie i poniżanie są tutaj na porządku dziennym. Kornaga dokonuje na swej powieści jeden wielki gwałt językowy. Nie baczy na żadną poprawność polityczną, czy utarte zasady literackie, momentami sprowadzając język książki do poziomu rynsztokowego. „Gangrena” przesycona jest drobiazgowymi opisami przemocy. Autor przyznał kiedyś, że zadaniem jego powieści jest porażać czytelnika, aby osiągnąć Arystotelowskie katharsis. Ja osobiście niespecjalnie czułem się oczyszczony po lekturze jego książki, niemniej jednak proza ta wzbudziła we mnie spore zainteresowanie. „Gangrena” to również opowieść o zagubieniu człowieka we współczesnym świecie. Kornaga zdaje się pytać o los człowieka, który błądząc na swej drodze życia, staje się niewolnikiem własnych popędów. Czy nie ma żadnych mechanizmów, które mogłyby powstrzymać takiego człowieka? Treść książki mówi wprost: nie ma, a jeśli są, to są one dalece nieskuteczne (vide reakcja mundurowych na potyczkę Adama z grupą wyrostków). Przekonany o swej własnej wyższości, główny bohater jest tak naprawdę chorobą, która trawi resztę społeczeństwa.
Ten książkowy festiwal patologii i zła może zszokować niejednego czytelnika. Typ bohatera, jakim jest Adam, Stephen King określił mianem współczesnego wcielenia mitu wilkołaka. Adam, za dnia ułożony korepetytor i oddany opiekun babci, wieczorami zdejmuje maskę przykładnego obywatela i wyrusza na polowanie, gwałcąc i zabijając słabszych. Najbardziej w tym wszystkim przeraża obraz drugiego człowieka, zdegenerowanego do granic możliwości, który może jeździć tym samym tramwajem, co my i który może być tym popularnym Kowalskim z bloku obok. Czy na takich ludzi jest jakieś lekarstwo?
„Gangrena” Dawida Kornagi to prawdziwie piekielna i wściekła powieść, która gra na nosie wielu krytykom literackim. Autor raz za razem przekracza kolejne granice, czyniąc ze swojego bohatera bestię w ludzkiej skórze. Ta odhumanizowana wizja świata, którą widzimy oczami Adama jest dla współczesnego czytelnika o wiele bardziej przejmująca niż niejeden tradycyjny horror literacki. A trzeba przyznać, że swoboda w posługiwaniu się słowem w połączeniu z solidnym stylem, wciąga niczym ruchome piaski w ten powieściowy wir szaleństwa. Panie Kornaga, brawa za odwagę!
niedziela, 14 grudnia 2008
Upiór w operze
Gdyby konsorcja budowlane potrafiły tak jak Roma wystawiać musicale - a więc: z rozmachem i zachłannym wręcz profesjonalizmem i oddaniem sprawie - nasza ukochana PL mogłaby się pochwalić najlepszymi autostradami i drogami na świecie. Co tu dużo mówić, Upiór w operze to niezła jazda, musical, któremu blisko do opery, nie tylko ze względu na tytuł. Może brakuje w nim porywającego lead songu, jak w innych musicalach, za to ani fabuła nie jest infantylna, ani muzyka kiczowata. Ciekawe, który wampir ze Znieczulenia miejscowego wybrałby się na Upiora?
sobota, 13 grudnia 2008
Disco Zachęta
Słowa organizatora:Nowa odsłona nagrodzonej Złotym Lwem wystawy "Hotel Polonia. The Afterlife of Buildings" prezentowanej niedawno w pawilonie polskim podczas 11. Międzynarodowej Wystawy Architektury w Wenecji. To przewrotna prezentacja fotografii i fotomontaży 6 ważnych budynków zrealizowanych w Polsce w ostatnich latach. Kuratorzy i artyści zastanawiają się, co stanie się z tymi budowlami, gdy zaniknie przypisana im funkcja? Co stanie się z Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego, gdy książki zostaną zdigitalizowane? Co począć z biurowcem Metropolitan Normana Fostera, gdy zmieni się model pracy biurowej? Co z terminalem lotniczym, gdy pod wpływem wzrostu cen ropy latanie znów będzie luksusem? Co stanie się z sanktuarium w Licheniu, gdy nawet Polacy przestaną chodzić do kościoła? Obiekty te, dziś ważne i prestiżowe, zaprezentowane zostały „przed” i „po” wielkiej zmianie. Przed – na uroczystych, nastrojowych zdjęciach Nicolasa Grospierre’a. Po – w hipotetycznej przyszłości, na surrealistycznych fotomontażach Kobasa Laksy.
I rzeczywiście, wczoraj w nocy Zachęta, stara dobra "Zniechęta" świetnie się zaprezentowała. Wystawa odbyła się w salach, w których kiedyś bawiliśmy się podczas Smirnoff Black Experience; wspomnienia były nadal żywe, bo spotęgowane pewnymi analogiami jak ostra muzyka, którą DJ rozprowadzał ze swej konsoli, jak napoje regenerująco-deregulujące (tym razem na koszt własny), jak znajome nam osoby. Dodam, że jak komuś gdzieś w necie wpadną zdjęcia "Afterlife", koniecznie niech przeczyta towarzyszące im teksty. Są po prostu rewelacyjne, potężna dawka ironii, świetna stylizacja na poważny ton, inspirujące zestawienia słów, może nie tak mocne jak rozpruwacz analny, lecz kto to wie. Ich autorowi ślę ukłony szacunku za poczucie humoru i opanowanie wymagającej, buntowniczej frazy.
piątek, 12 grudnia 2008
Wahabitki

Po wczorajszym wieczorze literackim (Czubaj i jego kryminał 21.37) w Zwiąż mnie, jestem przekonany, że ten klub, jak jego sąsiedzi - Hydrozagadka, Saturator i Skład Butelek - tworzą warszawski Prenzlauer Berg. Może znacznie skromniejszy, nawet nie może, lecz dobre i to. W Berlinie właśnie Prenzlauer zrobił na nas największe wrażenie, wspaniałe kluby-ostoje w kamienicach, alternatywa w swojej najbardziej inspirującej postaci.
W Zwiąż mnie udało nam się zająć pomieszczenie po lewej stronie przed salą z didżejką. Przechrzciliśmy ją na vip room. Chłodno w niej było, naprawdę. Na pewno nikt by nie rozebrał się do naga i poprosił o związanie. Szczęśliwie, kiedy towarzystwo dopisuje, to i mniej czuje się wszelkie niedogodności. I tak przez bite trzy godziny w gronie, a raczej chmielu przyjaciół można było oddać się rozluźniającej atmosferze, łącznie z zachwycającą, spontaniczną sesją fotograficzną pt. wahabitki. Spoglądająca na to z oldskulowego obrazka czarna madonna była naprawdę przerażona. Oprócz sesji, pewnie przez literacki kontekst, pewnie przez nazwę klubu, zebrało się na dosyć kontrowersyjne metafory i zestawienia lingwistyczne. Żałuję, że ich nie spisaliśmy. Szczególnie pamiętam jedno wyrażenie: rozpruwacz analny. Cokolwiek to znaczy i cokolwiek implikuje, niech każdy dopowie sobie sam.
czwartek, 11 grudnia 2008
THE BEST OF PIKSEL 2006-2008
Wystawa THE BEST of PIKSEL to podsumowanie prawie 3 lat działalności wyjątkowego miejsca na matrycy warszawskiej sztuki niezależnej - pracowni i galerii PIKSEL oraz grupy artystycznej o tej samej nazwie.Na wernisażu, otwierającym wystawę, sporo ciekawych prac. Już dawno nie rozśmieszył mnie sam opis/eksplikacja pracy (tym razem w sensie pozytywnym), otóż: "(...) powstała podczas re-instalacji skanera". Genialne! Artysta, który korzysta z każdej okazji. Niczym wampir.
poniedziałek, 8 grudnia 2008
Kamorra
Tej książki przedstawiać nie trzeba. Jest tak dobra, jak piszą, zresztą fakt goni tu fakt, a talent autora do wciągającej narracji pozwala wyjść mu poza ramy klasycznego reportażu. Po prostu nie wyobrażam sobie, że pragnąca go zamordować mafia faktycznie to zrobi - to będzie zwycięstwo nad słowem, a tego, jak pisze Roberto Saviano, kamorra i jej podobne obawiają się najmocniej. Jedyne, co mnie nużyło podczas lektury, to włoskie nazwiska; nie mogłem do końca poczuć "bohaterów" kamorry. Już nie mogę doczekać się filmu na motywach Gomorry.
piątek, 5 grudnia 2008
Przystań literacka - wywiad
Daniel Koziarski: - W swojej czwartej książce pod tytułem "Znieczulenie miejscowe" wysłałeś zastęp wampirów, by te dotkliwie pokąsały polską rzeczywistość. Nie boisz się, że kogoś zbyt mocno zaboli?Dawid Kornaga: - Jestestwem wampira jest kąsanie, smakowanie czyjejś krwi. Ta opowieść już z założenia - poprzez specyficzne postacie, jakie ją zaludniają - musiała "wgryzać się" w pewne aspekty rzeczywistości. Jeśli kogoś zabolą pewne spostrzeżenia, to niech pocieszy się, że przynajmniej na papierze, w wyobraźni, a nie naprawdę...
Rzut oka na okładkę. Nie obawiasz się zbyt oczywistego skojarzenia z klasycznym horrorem? Przecież "Znieczulenie" jest co najwyżej horrorem nietypowym. W związku z tym kolejne pytanie - czy dla Dawida Kornagi, abstrahując od oczywistej zależności, bardziej przerażająca jest polska rzeczywistość czy sami Polacy?
Okładka, dla mnie zdecydowanie w stylu camp, ma tylko jedno zadanie - przyciągnąć uwagę. Od razu widać, że nie jest na poważnie, śmiertelnie poważnie, jak to jawi się na coverach klasycznych powieści z dreszczykiem. Poza tym ja tu niczego nie chcę ukryć, to naprawdę historie o polskich wampirach, historie, jakich jeszcze nie było w naszej literaturze, na dodatek ze sporym, humorystycznym akcentem. Inteligentny czytelnik na pewno zapozna się z opisem na okładce, sylwetką autora. Przekona się, że to nie żaden horror, a wręcz przeciwnie: powieść współczesna osadzona w konwencji literatury pięknej, z całym niezbędnym bagażem stylizacji, metafor, odniesień etc. Nie mam nic ani do polskiej rzeczywistości, ani do Polaków; sam jestem jednym z nich. Kto nie znosi swojego kraju, wzrusza tylko obojętnie ramionami lub atakuje go bez opamiętania. Ja nie potrafię przybrać jednoznacznej postawy. Wolę co nieco skrytykować, to znowu pochwalić, oczywiście w nadziei, że można to jeszcze ulepszyć, a przynajmniej - zmienić dotychczasowe postrzeganie danego problemu. Nie należę do pisarzy, dla których liczą się tylko fajerwerki fabularne.
Ciąg dalszy na stronie Przystani Literackiej:
http://www.przystan-literacka.pl/index.php?show=2404
środa, 3 grudnia 2008
Dostępność, a raczej jej brak
W odpowiedzi na liczne zapytania, dlaczego Znieczulenia miejscowego nie ma w warszawskich empikach już od 30 dni (tak!) od premiery, odpowiadam, czego się dowiedziałem. Otóż książka, jak kilka innych tytułów, leżała lub leży sobie w centralnym magazynie, chyba w Sochaczewie. A że empiki zaopatrywane są teraz nie przez handlowców wydawnictwa (szkoda!), tylko przez ich magazyn centralny, wszystko zależy też od zamówień poszczególnych kierowników salonów. No i wampir zabity, i to nie kołkiem osinowym...Sytuacja, jak widać, wygląda na razie beznadziejnie, po prostu szkoda słów. Zęby się zaciskają, a autor najchętniej wbiły je w parę szyj winnych tej komplikacji.
Jeśli więc ktoś jeszcze chce kupić Znieczulenie bez zamawiania w necie, proponuję albo księgarnię firmową wydawnictwa na ulicy Garażowej 7 (rabat 10%), albo w Trafficu, albo w jakiejś księgarence, choć to ostatnie raczej wydaje się nierealne. Wampiry na pewno będą ci, czytelniku, wdzięczne.
A gdyby ktoś cudem zobaczył Znieczulenie w empiku, proszę o informację.
niedziela, 30 listopada 2008
Hydrozagadka
Po wieczornym zlustrowaniu galerii Raster (promocja nowego numeru, a może stosowniej: numerku DIK Fagazine), nasza Ekipa, choć w niepełnym składzie, to pełna werwy i ludycznej zaciętości, mimo zacinającego śniegu, deszczu i co tam jeszcze z nieba leciało, systemem abordażowym - przesiadając się z tramwaju na tramwaj - dotarła do Hydrozagadki. Zaanektowaliśmy stadem złączone ze sobą stoliki na antresoli, by nie słyszeć rzępolenia przygotowującego się do koncertu zespołu. Zgodnie podjęto radykalne działania (co widać na zdjęciu) zmierzające do częściowej utraty kontroli nad rzeczywistością - bym tym ostrzej ją widzieć. Przyznam, jakoś tak o prozie mało się gadało. Może to i lepiej - w końcu po prostu się ją mimochodem, mimołykiem tworzyło.
Dobrze, że po tej eskapistycznej sesji przyjaciele zaprosili nas wszystkich do siebie na herbatę. I znów z tramwaju na tramwaj, przez kałuże, deszcze niespokojne do mieszkania na Grochowie. To jest ta wampiryczna wytrwałość, niech zazdrości, kto jej (jeszcze albo w ogóle) nie ma.
sobota, 29 listopada 2008
Już jakby Święta
Lodówka pusta jak brzuch eremity, więc chcąc nie chcąc wybraliśmy się na wielkie zakupy do superhipermarketu. Było jeszcze wcześnie, a tu prawdziwy najazd konsumentów, którego mogliby pozazdrościć nawet Marsjanie lub inna obca cywilizacja, pragnąca skolonizować naszą planetę. Samochodów jak główek kapusty przed piętnastoma laty na Kabatach. W środku kotłowisko, w pierwszej alei, zaraz przy wejściu, hurtownicy "w trosce" o zbliżające się Mikołajki nawalili zabawek jak dinozaury kup w Parku Jurajskim. Najbardziej przerażające wydały się nam wielkie lalki w dziwkarskich minispódniczkach, sięgające tak przynajmniej do pępka. Idealny substytut dla spragnionych pedofilów. Lalki miały w sobie coś przerażającego, bo ludzkiego; pamiętacie laleczkę Chucky? Przyznam, przeraziłbym się takiej w ciemności, stojącej w kącie pokoju. Później coraz gorzej (komunikaty o zagubionych dzieciach, pewnie przez te góry zabawek, stały się wręcz nudne i przewidywalne), manewrowaliśmy wózkiem normalnie jak Sowieci czołgami pod Kurskiem. Ludzie, miłośnicy dziesięciu przykazań, przykazania miłości i paru innych, sprytnie skonstruowanych maksym, by być cicho i nie wychylać się przez całe życie, z obłędem w oczach absolutnie nie zważali na innych bliźnich. Gorzej niż na meczu południowoamerykańskich drużyn o puchar kontynentu, wszystkie chwyty dozwolone ku radości kibiców. W tym przypadku kibicami byli menedżerowie superhipermarketu, zadowoleni z zalewu ludzkiej masy płacącej. A to dopiero początek, co będzie na tydzień przed Świętami? Wielu kasjerkom przybędzie mięśni w rękach od przesuwania towarów.
Wytrwaliśmy. Kosztem mojego późniejszego bólu głowy. I wydania dodatkowo około 5 PLN. Otóż dopiero w domu okazało się, że ktoś w amoku pomylił swój wózek w z naszym i wrzucił do niego siatkę z kilkoma olbrzymi pomidorami. Gdyby choć nadawały się do jedzenia, nie, rasowe "hipermarketówki", sflaczałe doszczętnie.
środa, 26 listopada 2008
Guns
O tym pichconym przez kilkanaście lat albumie chyba już wszystko napisano, ja tylko dodam skromnie z mojej strony, że wcale nie jest taki zły czy nieudany, jak co niektórzy stwierdzają. Na pewno daleko mu do "Use your Ilusion", ale sporo w nim mocy, melodii i swoistego kombinowania; a że to nie takie oryginalne, nie oznacza, że kiepsko się tego słucha. Tak jak są piękne kobiety, tak są też ładne - i też dostarczają przyjemności, prawda? Bezkompromisowe krytyki mają w sobie coś z faszyzmu, są definitywne i zakochane w swoich konstatacjach; boję się ludzi, którzy mają do nich inklinację. Należy docenić - to nie żart - wytrwałość Axle Rose'a, że pomimo odejścia głównych muzyków zespołu, nie popadł w zapomnienie, wciąż kombinował, kręcił, smęcił i wreszcie dokonał swojego. Ponadto tyle już zarobił... Więc gdzie miał się spieszyć? Za pomocą megalomanii i wrodzonej upartości spełnił swoje marzenie. I daje czadu. Przynajmniej.
niedziela, 23 listopada 2008
Kojec Kogutów
Niewątpliwie "Biały tygrys" to powieść wciągająca, jednak niekoniecznie zasłużyła sobie na tegorocznego Bookera; nie mnie jednak oceniać wybory Anglosasów, wpadłbym w jakiś żałośnie mentorski ton. Moim zdaniem książka wybitna, poniekąd z podobnego rytu kulturowego to "Londonistan", którą polecam każdemu, kto szuka w literaturze nie tylko doznań fabularnych.
Prowadzenie narracji w "Białym tygrysie" jest po prostu mistrzowskie; każdy pisarz, czy początkujący, czy doświadczony na pewno weźmie sobie do serca parę niuansów, które mimowolnie wypłyną podczas lektury przed jego czujnymi oczami. Zgrabne rzeźbienie typów charakterologicznych, stopniowanie dialogów, długie, gdy trzeba, krótkie, gdy trzeba, no po prostu gratulacje i szacunek.
Co mnie razi, to sama konwencja realistyczna, przez którą nie potrafiłem mimo wszystko poczuć głównego bohatera. Autor powieści wybrał sobie "wsioka" na hero, jednak niekonsekwentnie go zbudował. Przykład? Teza o tym, że Indie to kraj - Kojec Kogutów; system kastowy zastąpił układ bogacz-biedak, trudno uciec z tego kojca, "tresura" odbywa się od małego. Wszystko to ciekawe, kiwam głową. Lecz absolutnie nie kupuję tych błyskotliwych konstatacji w pakiecie z bohaterem-narratorem, czuję, że to manifest zaangażowanego społecznie i politycznie pisarza. A właśnie chcę czuć bohatera "Tygrysa"; na to nie ma szans. Przez całość książki ewidentnie jest niewykształconym służącym z Ciemności, ostatecznie autor próbuje wmówić nam, że to jednak cwaniaczek, do tego błyskotliwy i... Nie, więcej nie zdradzę, bo zepsuję ewentualną lekturę. "Biały tygrys" to powieść naprawdę warta przeczytania, tyle.
czwartek, 20 listopada 2008
Listospadek

Wiatr wlatuje nawet do dziurek nosa. Na ulicach zakwitają stłuczki niczym truskawki w czerwcu. Politycy na wizji jacyś tacy niemrawi. Każdy pieprzy o złej pogodzie. A ja mam to gdzieś, bo zamierzam dziś w najmilszym towarzystwie na świecie spróbować najbardziej wylansowany sikacz w dziejach - czyli Beaujolais nouveau. Bo dziś jego dzień, trzeci czwartek listopada. Francuzi potrafiliby światu sprzedać nawet zeschnięte, marchewkowe wiórki (pewnie to robią w swoich hipermarketach), kto zaś wątpi w ich możliwości, w Znieczuleniu miejscowym znajdzie liczne tego dowody...
środa, 19 listopada 2008
Recenzje

Pierwsze recenzje:
Jarosław Czechowicz (krytycznymokiem.blogspot.com)
Jeśli uważacie, że na co dzień mijacie na ulicy takich samych ludzi jak wy, to bardzo się mylicie! Jeżeli jesteście przekonani, iż świat zdominowany przez homo sapiens podlega rzekomo rozumnemu człowiekowi i nie ma w nim miejsca na rządy innych, inteligentniejszych i potężniejszych istot, jesteście w dużym błędzie. Nowa książka Dawida Kornagi udowodni wszem wobec, iż wokół nas żyją… wampiry. I to nie byle jakie wampiry! Cwane to bestie, sprytne i tak doskonale kamuflujące swą obecność, że nijak nie możemy odkryć ich obecności czy to na wykładach z teorii filozofii, czy to pod łóżkiem domu rozkoszy, czy też w perfumerii, na plaży, w parku lub w budce z kebabem. A jeśli myślicie, że pojawiły się znienacka i straszą Bogu ducha winnych Polaków w XXI wieku, wbijając swe zęby w ich szyje, dowiecie się, że jeden z nich uczestniczył w bitwie pod Grunwaldem i pod Warną, drugi był wielbicielem przedwojennego kina lwowskiego, a jeszcze jeden namiętnie wypijał krew stróżów porządku na mrocznych polskich ulicach podczas stanu wojennego.
Kornaga wybornie udowadnia, iż nie wyczerpały się w polskiej literaturze pomysły na krytykę polskości i codziennych absurdów, jakie są udziałem każdego z nas. Podążając śladami jego wampirów, wędrujemy ścieżkami wydeptanymi już przez wielu literackich kontestatorów polskiej rzeczywistości. Skąd innowacyjny pomysł na lubujących się we krwi bohaterów? „(…) A na tym właśnie polega bycie wampirem, na byciu sobą, co nieliczni potrafią; kiedy ktoś się odważy, zaraz wytykają go palcem, że niby zęby mu się wydłużyły, serce zhardziało, sumienie poplątało.” Bohaterowie odważni, bohaterowie z krwi (sic!) i kości, bohaterowie wyraziści i przekonujący… obecność takowych jest mocno deficytowa we współczesnej literaturze polskiej. Ci wampiryczni są straszni i … przekonujący. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo!
Na pierwszy rzut oka nie są rozpoznawalni. Były agent nieruchomości Stefan po prostu beztrosko podróżuje sobie Polskimi Kolejami Państwowymi oraz stołecznym metrem w porze nocnej, wbijając czasami zęby w szyje konduktorów i pasażerów. Maurycy zostaje eksmitowany i poznaje, czym jest życie bezdomnego w światowej stolicy mało światowego państwa nad Wisłą. Ugryźć w szyję jest łatwo, ale czy wówczas warto? Jeremi chętnie rozmawia z samotnikami i skutecznie namawia do samobójstwa niepewnego swej wartości pisarzynę oraz starszą panią, z którą nikt już nie chce utrzymywać kontaktu. Paulina natomiast „podgryza” polskie gwiazdeczki show businessu, których blask jest tak samo nikły jak ślad po ukąszeniu sprytnej wampirzycy. Wiesław zaś, poliglota i znany tłumacz, wymierzy krwawą zemstę pisarzowi, który zignoruje swego wielbiciela na wieczorze autorskim. Strasznie? Śmiesznie? Tragicznie? To jedynie namiastka tego, co czeka czytelnika tej fascynującej – jak to określa autor – kompilacji o wielu losach jednostkowych i jednym, smutnym losie smutnego kraju…
Ta książka ma przerażać, bawić i zmuszać do refleksji. Przerażać, czyli tak naprawdę na nowo ukazywać codzienne fobie rodaków. Dlaczego? „Polska to kraj ukrytych strachów. Czają się w przeróżnych miejscach i wyskakują znienacka, a potem ludzie gadają, że Matka Boska się im objawiła na korze sosny, co przed domem od dwudziestu dwóch lat rośnie”. Lektura „Znieczulenia miejscowego” wyraźnie i na trwale odbije swoje piętno na czytających. Nie jest to może literackie objawienie na miarę wizerunku Świętej Panienki, przed którą Polacy padają na kolana, ale… Kornaga na pewno spowoduje, że polskie kolana ugną się nieco, kiedy przyjdzie nam poznać zawikłane losy polskich wampirów.
Powieść ma bawić. Rozciągnąć w uśmiechu choć na moment zastygłe w wiecznym napięciu rysy twarzy przerażonych samymi sobą i wściekłych na siebie nawzajem rodaków. „My, jak się dąsamy, to tak, że z wąsów iskry lecą. Wiecznie nastroszeni. Wiecznie czujni. W Polsce bowiem ciągle zmagamy się z naszymi podstępnymi marami i czarami.” Kornaga udowodni, że podstępne mary mogą się czaić nawet tam, gdzie się ich zupełnie nie spodziewamy. Swoistym zaś aktem ekspiacji ma być… uśmiech i zachowanie dystansu do samych siebie.
Książka ma także zmusić do refleksji. Refleksji o istocie polskich bolączek, kompleksów, lęków i urojeń. Jak pisze autor: „Polska – w przeciwieństwie do liberalnych, innowacyjnych, bogatych, cudownych, tolerancyjnych, po prostu dorobionych w każdym detalu krajów Europy – to dominium ukrytych strachów, upiorów i wampirów, które coraz częściej wychodzą do nas. I z nas.” Truizmem może być stwierdzenie, że „Znieczulenie miejscowe” powstało ze złości i zatroskania, że to książka, która wyskoczyła niejako z naszych gardeł, trzewi i umysłów. I jeżeli ktoś może mieć do Kornagi pretensję o to, iż tchnął życie w straszne wampiry, należałoby najpierw zapytać – czy to my sami nie jesteśmy wampirami, o jakich napisał autor?
Mocną stroną książki jest ironiczny język, który pozornie trywializuje ważkie kwestie, a jednocześnie ostrą brzytwą satyry tnie wymagającą operacji na żywym organizmie tkankę społeczną, którą wszyscy tworzymy. Z pewnością uczucie niedosytu wywoła fakt, iż zbyt wiele rozwiniętych opowieści nie ma w książce spójnego zamknięcia. Z drugiej jednak strony jest „Znieczulenie miejscowe” powieścią – kolażem, literacką galerią postaci i zdarzeń, które dopiero wspólnie tworzą dość przygnębiający obraz polskości.
Dawid Kornaga pokazał, że potrafi być pisarzem twórczym, zaangażowanym w codzienne problemy własnego kraju i pisarzem, który po raz kolejny sięga po oryginalną i odmienną od wcześniejszego dokonania formę, będącą złośliwym Stendhalowskim lustrem, w jakim przejrzy się smutna Polska i smutni Polacy. W miejscowym znieczuleniu łatwiej będzie znieść widok, którego możemy się tylko wstydzić.
Daniel Koziarski (daniel-koziarski.bloog.pl)
Była sobie Polska, kraj od gór do morza, najprzedniejszy w Europie, co tyle krwi w przeszłości przelał, że kurwa ich wszystkich mać, niestraszne mu więc własne wampiry, które chętnie zawartością żył i tętnic swoich obywateli żywi.
W tym zdaniu zawiera się niejako esencja nowej powieści Dawida Kornagi pt. ,Znieczulenie miejscowe'. Autor ,Gangreny' po wzięciu pod lupę w ,Rzęsach na opak' psującej się podstawowej komórki społecznej, przestawia się na skalę makro, rozprawiając się z Polską (jak długa i szeroka terytorialnie) oraz z Polakami (jak długa jest lista naszych narodowych przypadłości, lęków, kompleksów i jak szerokie pasmo naszych mentalnych klęsk, przyzwyczajeń i stereotypów).
Kornaga ubrał swoją powieść w zgrabną formę - krótkie rozdziały przedstawiają sylwetki rozmaitych polskich wampirów, umiejscowionych na rozmaitych tłach społeczno-historycznych (a nawet geograficznych, bo przecież i wampiry podatne są na pokusę emigracji), które - każdy w swojej kategorii - zadowalają się specyficzną grupą dawców (tak na przykład wampir Mirosław pije krew duchownych i uduchowionych; wampir Stefan odżywia się krwią konduktorską). Za każdym razem dana grupa i określone tło pozwalają autorowi w zręczny sposób rzucać światło na pewien wycinek polskiej rzeczywistości. Za pomocą błyskotliwej ironii, bezkompromisowej chłosty albo dla odmiany odrobiny defetyzmu, wyciąga on pewne rzeczy przed nawias, aby poddać mniej lub bardziej subtelnej ocenie.
Z tymi ocenami nie zawsze musimy się zgadzać (możemy na przykład zgrzytać zębami na zbyt oczywiste momentami kpiny z religijności Polaków), ale przecież czasami należy odczytywać je po prostu przez pryzmat autorskiej prowokacji. Tak samo należałoby interpretować wypowiadane kategorycznym sądem tu i ówdzie - wprost - stwierdzenia o Polsce i Polakach - wszak tych, którzy nie mają poczucia humoru i odrobiny dystansu do siebie i rzeczywistości może w oczywisty sposób razić mentorski ton Kornagi czy stosowane przez niego niejednokrotnie w ,Znieczuleniu miejscowym' poglądowe uogólnienia i skróty myślowe.
W ,Znieczuleniu miejscowym' skrzy się od humoru (znakomity jest humor obserwacyjny - vide podział polskich taksówkarzy na grupy) i autorskiej erudycji (filozofia, historia, geografia, popkultura); Kornaga zgrabnie żongluje konwencjami i nie stroni od zmian stylu (pojawia się m.in. pastisz, internetowy czat, felieton w ogórkowym stylu).
O ile w głośnej ,Gangrenie' Kornaga szył prowokację grubymi nićmi przemocy i wulgarności, to w ,Znieczuleniu miejscowym' robi to w sposób zdecydowanie bardziej subtelny i przemyślany, z nieporównywalnie lepszym i głębszym efektem końcowym, a co najważniejsze, z pokaźną dawką humoru na wysokim poziomie.
Pozostaje mi zatem polecić, żeby udali się Państwo w podróż po Polsce w towarzystwie wampirów stworzonych przez Kornagę - naprawdę nie będzie bolało (nie potrzeba będzie stosować żadnego znieczulenia, chyba, że ktoś jest za bardzo przeczulony na punkcie polskości). Za to, na podstawie pobranych przez książkowe wampiry próbek krwi, będziemy mogli przejrzeć się w wielkim społecznym lustrze i dojść do naprawdę ciekawych wniosków. A potem, naturalnie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku czytelniczego, z powrotem schować biało-czerwone upiory do szaf i udawać, że nie mamy się czego wstydzić, bo przecież polska krew jest najbardziej wartościowa i nieskażona na świecie (naturalnie, kto śmie wątpić, ten jest głupi, ma wszy, krzywy kręgosłup i zaraz dostanie w policzek).
ssrobertos.blogspot.com
Znieczulenie miejscowe, czyli kolejna twarz Dawida Kornagi. Na samym początku warto powiedzieć, że to naprawdę kawał dobrej literatury.
Kornaga w swojej nowej książce przenosi nas w świat, który fascynuje, niepokoi, bawi, ale przede wszystkim wgryza się w czytelnika. To doskonały zestaw kilku bohaterów. Czytając ma się wrażenie, że autor rozmawia z nimi, że pisze ich biografie. Przedstawia bohaterów w sytuacjach, które mogłoby się wydawać zarezerwowane są dla zwykłych śmiertelników, przez co ci bohaterowie są bliscy czytelnikom. Czytając ma się wrażenie, że są oni obdzierani ze wszystkich sekretów. Mimo tego książka niepokoi. Zastanawiam się ilu takich wampirów spotykam codziennie na ulicy, w pracy, itd.
Jest jeszcze jedna rzecz. Ta książka, to znakomity obraz Polski, naszego społeczeństwa, które jest jak wampir.
Książkę polecam zdecydowanie. Jest to wybitna pozycja na miałkim rynku polskim
poniedziałek, 17 listopada 2008
Passé

A jednak pewne książki, mimo wielkiej prawdy o życiu, stają się niekiedy NIEZNOŚNIE archaiczne, szczególnie gdy ta archaiczność wpływa na konstrukcję całości, a całość - na konstrukcję bohatera.
Po Łaskawych, w ramach odreagowania, a przed zanurkowaniem w prozie współczesnej (oprócz pewnego tomu Żywotów równoległych Plutarcha, który wyjdzie pod koniec listopada), czytam właśnie ponownie (jakoś po szesnastu latach) Panią Bovary i zaczynam odczuwać coraz większy dystans do dzieła Flauberta.
Oto społeczno-biologiczny status quo ówczesnej madame:
"Mężczyzna przynajmniej jest swobodny; może dać się porwać namiętnościom, zwiedzać obce kraje, zwalczać przeszkody, kosztować najniedostępniejszych rozkoszy. Kobieta, przeciwnie, zawsze jest skrępowana. Bezbronna i ulegająca wpływom, ma przeciwko sobie pokusy ciała i zależność prawną. Wola jej, jak woalka od kapelusza, drży za każdym powiewem wiatru, zawsze ją pociąga jakieś pragnienie, wstrzymuje jakiś wzgląd przyzwoitości."
Tylko wyjątkowy gbur, ultrakonserwatysta i niepoprawny onanista mógłby się pod tym podpisać. Stąd blisko do uznania powieści mistrza Flauberta za literacki rekwizyt. A poniekąd ostrzeżenie dla wszystkich, którym marzy się ponadczasowe dzieło. Skoro nie udało się takiemu geniuszowi jak Flaubert, dlaczego wierzysz, że uda się tobie? To nie defetyzm, to twórczy manifest. Naturalnie, literatura z pękiem kluczy do współczesności, ukrytych aluzji i "jednowarstwowych" kotar na pewno żyje krócej. Ale nie taka jest tu przedmiotem tej krótkiej analizy.
niedziela, 16 listopada 2008
Łaskawe

Arcydzieło. Odurzające obrazami, obezwładniające stylem narracji. Scena z mrówkami (oczywiście nie zdradzę szczegółów) najlepiej oddaje nieograniczoną wyobraźnię autora. Ostatnie strony nieco przekombinowane, odezwał się w Littellu nieodrodny syn ojca, również pisarza, ale zdaje się, kryminałów czy sensacyjniaków. Poza tym porażający fresk potwora i jego obsesji.
piątek, 14 listopada 2008
Po WWL

Przyznam, byłem pełen obaw przed tym wieczorem literackim, sporo osób nie potwierdziło przyjścia, sporo oświadczyło, że nie dotrze, sporo oświadczyło, że dotrze, a nie dotarło, a nie ma nic gorszego, niż kilkanaście dusz na spotkaniu (w "Znieczuleniu miejscowym" jest taki epizod, w którym na spotkanie pisarza H. właściwie nie przyszedł nikt oprócz wampira Wiesława...). Szczególnie tak zamkniętym, w specjalnie do tego wynajętej klubogalerii Piksel. Jakie było moje zdziwienie, gdy frekwencja przekroczyła tzw. najśmielsze wyobrażenia, zeszło się znanych mi i nieznanych osób chyba ze sto albo i więcej! Przed dwudziestą drugą skończyło się wino (tak intensywnie czerwone, że wielu amatorów miało czerwone kreski i zakrzepy na ustach, normalnie jak krwiopijcy po kolacji), a przecież było go naprawdę sporo, prawie czterdzieści butelek; niestety, WWL to nie wesele w Kanie Galilejskiej, zabrakło sponsora-cudotwórcy. Przy okazji przepraszam rzeszę tych, dla których zabrakło miejsc siedzących; nie przewidzieliśmy takiej ofensywy wampirycznej. To był mój chyba najlepszy dotąd wieczór literacki, wspaniały prowadzący, świetna atmosfera, a do tego niezwykle klimatyczny set DJ Hiro Szymy i projekcja "Nosferatu" z 1922 r. na wielkim płótnie-ekranie. Nie mnie osądzać i podsumowywać, pragnę tylko jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy przyszli.
niedziela, 9 listopada 2008
Wampiryczny wieczór literacki

W programie m.in. rozmowa o "Znieczuleniu miejscowym" (prowadzenie: Cezary Polak, "Dziennik") oraz inspirowany klimatem książki set muzyczny live (DJ Hiro Szyma, producent Audiowizualnej Grupy Przyjaciół RH+).
13 listopada (czwartek), godz. 19,
klubogaleria Piksel,
ul. Noakowskiego 12 m.43 (I piętro)
Szczegóły na www.piksel.art.pl
piątek, 7 listopada 2008
Ngo Van Toung

Wietnam po warszawsku, czyli spotkanie z Ngo Van Tuong w ramach "literatury na peryferiach" w Teatrze Komuny Otwock, cyklu prowadzonych przez Cezarego Polaka. Dziwna sprawa z tym językiem polskim pana Ngo (po naszemu zwany Tomkiem), 25 lat w naszym kraju, a ma nie tylko straszny akcent, po prostu kiepsko mówi, niezrozumiale, kaleczy słowa, jakby nauczył się ich dopiero wczoraj. Podejrzewam, że byle sprzedawca z budki z sajgonkami lepiej potrafi się porozumieć. Być może lepiej wypadł jego polski podczas drugiej części spotkania, do której nie dotrwaliśmy; po powrocie z Rzymu rozchorowałem się (nosowy głos wyraźnie słyszalny podczas wywiadu w TVN), wczoraj rozrywający kaszel po prostu nie dawał mi spokoju, w efekcie zagłuszyłbym (chyba poważną) rozmowę o literaturze, a co jak co, ostatnia to rzecz, którą chciałbym skrzywdzić.
wtorek, 4 listopada 2008
Telewampiry
Subskrybuj:
Posty (Atom)
